wtorek, 27 grudnia 2011

Wołanie do Yeti

Noblistka ogłosiła ten tomik w roku 1957. W 2011 podpisała apel o racjonalizację polityki narkotykowej, zresztą nie tylko ona, bo podpisał to Lech Wałęsa, Mario Vargas Llosa i kilku innych, równie znanych. Chodzi o to, że koszty walki z nielegalnym obrotem środkami odurzającymi dawno przerosły korzyści, a naukowcy dowodzą, że nie ma żadnych racjonalnych przesłanek dla obecnego, represyjnego kierunku działań.

Ostatnie dni przed świętami to kilkadziesiąt wydarzeń procesowych na policji, w sądach różnych instancji, w różnych sprawach. Kilkakrotnie poddałem próbie siłę poezji narodowej i muszę stwierdzić z żalem, że najpewniej jedynym, wsłuchanym w głos Noblistki, pozostaje niegdysiejszy adresat jej  wołania.


I tylko on z  rozumie może dlaczego płacimy 2.400 miesięczne za dwuletni pobyt w więzieniu posiadacza kilku gram marihuany, a jeśli rzeczywiście to pojmie, to niewykluczone, że stwierdzi, iż sprawiedliwa i słuszna była likwidacja stanu spoczynku sędziów i prokuratorów, skoro zgotowali społeczeństwu takie koszty.


piątek, 9 grudnia 2011

Barbarzyńca w getcie

To było zebranie katedry prawa karnego tutejszego uniwersytetu. Młodzi, żarliwi mężczyźni dyskutowali o obiektywnym przypisaniu, a było to piękne, fachowe i pouczające. Rozważano czy art. 2 k.k. nie powinien stanowić możliwie wiernego odbicia konkretnej koncepcji, zastanawiano się jak to zapisać, by owa koncepcja znalazła najpełniejsze, najbardziej wierne odzwierciedlenie. W pewnym momencie operator kamery zwrócił uwagę, że tylko w dwóch miejscach w Polsce naucza się o obiektywnym przypisaniu, a dwa zaledwie sądy testują te idee na żywej tkance społeczeństwa.

Jakoś nie mogłem sobie przypomnieć sprawy, w której problem obiektywnego przypisania zaważyłby o rozstrzygnięciu i wówczas zachrypnięty aplikant Adam W. wydobył z przeszłości tę romantyczną historię. Jak zwykle była to historia o kobiecie i mężczyźnie. On spiętrzył słup powietrza, który wdarł się do jej małżowiny usznej i doprowadził do uszkodzenia błony bębenkowej. Biegły stwierdził, że gdyby pomiędzy dłoń, a ucho dostały się jej loki, to wówczas nie powstałoby niszczycielskie ciśnienie, które zdestabilizowało czynności narządu ciała na okres przekraczający 7 dni. Były dwie edycje tego procesu, bo zasadniczy problem polegał na ustaleniu, czy mężczyzna mógł przewidzieć, iż wykreowany przez niego słup powietrza wedrze się w ucho, osiągając zarazem ciśnienie wystarczające dla zdemolowania jego wnętrza. W końcu sąd umorzył postępowanie. Tak właśnie zrobił. Żadnych uniewinnień, skazań, warunkowych umorzeń. Po prostu umorzenie i sprawy nie ma. W ten sposób rozprawił się z problemem obiektywnego przypisania, co wszystkim bardzo odpowiadało, bo ona już nie była przecież zła.

Pewnie znakomita większość prawników praktykujących byłaby – podobnie jak ja – barbarzyńcami w ogrodzie myśli tych żarliwych dyskutantów. Większość z nas problem obiektywnego przypisania załatwia jak wspomniany sąd. Ci młodzi mężczyźni nie mogą jednak utyskiwać, że nikt nie naucza, a sądy nie pamiętają o obiektywnym przypisaniu, bo nikt normalny nie jest w stanie tego słuchać, zgłębiać, ekscytować się. Może chociaż jeden z dyskutantów wylazłby w końcu z uniwersyteckiego getta, zstąpiłby duch, a ów śmiałek zaczął mówić językami. Wówczas napisałby jakiś przepis, którego właściwe stosowanie nie wymagałoby zagłębiania się w chaszcze jego intelektu, a lud znałby ten przepis, rozumiał i stosował.


Na razie, niczym Czesław Miłosz w latach 70tych tamtego wieku, piszą coś w rodzaju wierszy w nikomu bliżej nieznanym języku.

środa, 30 listopada 2011

Oszukany

Problem jest poważny ale nudny. Może historia R. okaże się pomocna. Otóż pukał on niegdyś do drzwi mieszkania pewnej damy, a przynajmniej tak to później określał. Jego natarczywość spowodowała przybycie funkcjonariuszy policji, których R. natychmiast poinformował, że „jest z mafii” toteż nie powinni mu przeszkadzać. Ci nie posłuchali, co skończyło się lotem jednego z nich wzdłuż klatki schodowej, połączonym z pokonaniem szyby drzwi wewnętrznych i lądowaniem w dalszych rewirach tego smutnego pomieszczenia. Przybycie posiłków spowodowało skuteczne ujęcie nieszczęśnika i osadzenie w areszcie. Po dwóch edycjach procesu wymierzono ostatecznie karę łączną 1 roku pozbawienia wolności (przypisano wiele różnych czynów, stosowano art. 64 par. 1).

Proces jeszcze trwał, kiedy R. znalazł się na wolności. Pewnej jesiennej nocy romantyczne jego porywy znów zostały zakłócone interwencją policjantów. Los sprawił, że byli to ci sami, którzy słyszeli R. pukającego do drzwi. Najpewniej uznali, że proces karny nie jest skuteczną formą walki z patologią społeczną, bo kiedy zobaczyłem R. o poranku miał na sobie resztki odzieży, sporo siniaków i świeżych ran. Ponieważ w tym wypadku sprawiedliwość została wymierzona od razu, to w sądzie skończyło się karą 6 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania.

Obie historie wydarzyły się przed 7 czerwca 2010.

Pewnego dnia R. postanowił spojrzeć wstecz i dokonać podsumowania. Złożyliśmy wniosek o wydanie wyroku łącznego. Wiele było możliwości i nadziei, bo wzięto pod uwagę czyny popełnione na przestrzeni 15 lat. W drugiej edycji tego postępowania okazało się, że zasadnicze znaczenie ma sposób połączenia wyroków zapadłych w dwóch opisanych sprawach. Sąd Rejonowy łącząc karę bezwzględną i zawieszoną orzekł 1 rok i 6 miesięcy pozbawienia wolności, nie znajdując podstaw do warunkowego zawieszenia wykonania. R. uznał, że go oszukano, bo przecież na łącznym stracił – miał zawiasy, a teraz musi to odsiedzieć. Gdyby nie łączono, to siedziałby 6 miesięcy krócej. Takie niesłychane historie nigdy wcześniej nikomu się nie zdarzały.

Trzeba powiedzieć, że sąd rejonowy bardzo dobrze uzasadnił swe rozstrzygnięcie. Nie ma przecież żadnych podstaw, by twierdzić, że art. 89 k.k. w dawnym brzmieniu wykluczał możliwość wymierzania łącznej kary pozbawienia wolności bez warunkowego zawieszenia w przypadku kiedy w jednym z łączonych wyroków orzeczono karę „w zawiasach”. Kara łączna wymierzona R. powinna być zatem uznana za słuszną. Tymczasem Sąd Najwyższy w kilku orzeczeniach twierdzi inaczej, podkreślając przy tym oczywistość głoszonego poglądu (np. IV KK 186/11, V KK 108/11, II KK 327/10, V KK 74/11). Wcześniej SN też tak twierdził, więc poza poglądem uczonego prof. P. Kardasa i jakimś pojedynczym orzeczeniem SN nie było argumentów przeciwko naszej apelacji. Poparł ją zresztą prokurator. Sęk w tym, że w ostatnim czasie Sąd Najwyższy był uprzejmy zająć również stanowisko przeciwne (V KK 159/11), a nasz sąd odwoławczy wsłuchał się w ten właśnie przekaz uznając, że nie ma przeszkód dla pogorszenia sytuacji skazanego.

Do czasu jakiejś uchwały nie będzie sprawiedliwości, a na razie trzeba wstrzymać się z wnioskami o wydanie wyroku łącznego, jeśli w choćby w jednym z wyroków "bazowych" orzeczono karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania. Niech los R. będzie dla was przestrogą.




czwartek, 17 listopada 2011

Możesz go nazwać

Jedyna korzyść z tego, że ministrem sprawiedliwości został polityk Jarosław Gowin to potencjalna możliwość bezkarnego określania go mianem idioty (tak ETPCZ w sprawie Oberschlick przeciwko Austrii (skarga 20834/92)). To jest bardzo ekscytująca perspektywa, chociaż byłoby znacznie ciekawiej gdyby ministrem sprawiedliwości został ktoś nieco bardziej „prawdziwy”, a równie kompetentny. Nie tak dawno, w okolicach 80 kilometra biegu siedmiu dolin, widziałem traktorzystę. Jechał pod tak stromą górę, że musiał z przodu swego pojazdu przywiązać wielki, betonowy blok. Ciągnął przyczepę wypełnioną nawozem naturalnym, zresztą ślady tej życiodajnej substancji pokrywały i jego. Uwierzcie, ten traktorzysta miał wspaniałe oczy. Ten kto w nie spojrzał zyskiwał siłę i biegł rześko dalej, kto nie popatrzył zostawał w tyle (naprawdę jeden kolega zaniedbał bacznej obserwacji rzeczywistości i trochę został). Traktorzysta był kandydatem lepszym, ciekawszym, równie przygotowanym, a jednocześnie obdarzonym darem mocy. Niestety, ci którzy wybierali ministra ograniczyli się do truchtu wokół błoń i nie mieli szans na spotkanie z Człowiekiem.


wtorek, 15 listopada 2011

Yamabushi

Po wszystkim Adam nazwał go Mistrzem Aikido. On dzwonił, rozmawialiśmy, jednak dopiero na rozprawie ujawnił swą sztukę. Naruszył chyba każdą z zasad procesu karnego i wiele, wiele przepisów. Nie sprowadził nawet jednego z oskarżonych – stwierdził, że przyznamy się za niego, przekonał wszystkich (a było wielu), że wymierzy dobre kary, przeprowadził w jeden dzień proces, który normalnie trwałby dwa lata (nie stosował 387 kpk!). Pracę wykonał sprawnie, stanowczo i sprawiedliwie. Dziesiątki pokrzywdzonych, oskarżeni, prokurator i my czuliśmy się szczęśliwi. To była najwyższa forma wymiaru sprawiedliwości.

Podobno wielcy wojownicy wschodu praktykujący sztukę aikido osiągają stan, w którym porzucają wszelkie techniki, zyskując najwyższą skuteczność. Być może randori oznacza zaledwie walkę z kilkoma przeciwnikami, być może „przyjmowanie chaosu”, czyli krótkotrwałą formę egzystencji, w której technika bitewna ustępuje oświeconej zdolności poskromienia zła. Sumienna realizacja praktykowanej przez lata techniki staje się niepotrzebna wobec samoistnej, pozbawionej jarzma zasad, doskonałości ducha i ciała. Nasz sędzia osiągnął to samo w wymiarze sprawiedliwości. Siedzi pewnie teraz w domu i powtarza: niech sczezną kodeksy, a my szanujemy go nie mniej od tych, którzy zasad się trzymają.

Byłem na wielu sprawach prowadzonych przez sędziów nie tylko przyjmujących chaos, ale również mających swój istotny udział w kreacji tego pierwotnego stanu. Najczęściej z chaosu wyłania się sprawiedliwość, chociaż nie zawsze się udaje. Nie wszyscy są tak sprawni jak nasz Mistrz i bywa, że trudno znieść porzucenie reguł kodeksu postępowania karnego. Nie warto się jednak skarżyć, Sprawiedliwość Naturalna jest dobrem.


poniedziałek, 7 listopada 2011

Kradzież brutto

Niedawno pewna ponura historia  zakończyła się definitywnie. Sąd Najwyższy nie miał wątpliwości i uznał kasację za oczywiście bezzasadną. Pamiętajcie zatem: jak coś kradniecie, to rzecz ma wartość powiększoną o VAT. Sposób rozstrzygnięcia SN spowodował, że nie poznamy uzasadnienia (na ogłoszeniu wyroku nie byłem). W międzyczasie musiałem jednak przeczytać art. 124 kw i wówczas stało się jasne, że nic z tej kasacji nie będzie. Otóż w przypadku kradzieży kryterium rozgraniczenia pomiędzy przestępstwem, a wykroczeniem jest wartość rzeczy (art. 119 k.w.). W przypadku zniszczenia, uszkodzenia itd. takim kryterium jest wartość szkody (art. 124 k.w.). Wydaje się więc oczywiste, że niszczycie netto, a kradniecie brutto, a całe uzasadnienie feralnego środka zaskarżenia pasowałoby do sytuacji, w której klient zamiast kraść olej napędowy po prostu go zniszczył. To byłaby jednak zupełnie inna, znacznie bardziej intrygująca historia, ale niewykluczone, że wam się kiedyś przytrafi. Wówczas możecie sobie skorzystać z argumentów zawartych w naszym piśmie.

Na marginesie: napisałem tę kasację, między innymi z uwagi na rzekomą, korytarzowo-sądową opinię jednego z profesorów. Może mój informator opacznie zrozumiał wypowiedź uczonego, może ja kiepsko to pismo wykonałem, w każdym razie, na wszelki wypadek, radzę wam: nigdy nie ufajcie nikomu z tytułem dr hab.



piątek, 28 października 2011

Fart

 
Kiedy przyszedł pożyczyć odkurzacz, nie wyglądał na bohatera newsów w prasie fachowej.
- Sprzątamy biuro - mówił - chcemy poodkurzać. Daliśmy mu sprzęt i jednego klienta na farta. Narzekał potem, że nasz odkurzacz kiepsko ciągnie, klient też pewnie mu się nie za bardzo podobał, ale zawsze coś na początek. Wiedzieliśmy już wówczas o tym słynnym przeszukaniu, ale nic nie wskazywało, że on zostanie gwiazdą i warto byłoby zainwestować we wzajemne relacje. W każdym razie pożyczyliśmy mu odkurzacz, który rzeczywiście kiepsko ciągnął.

Potem widziałem go w sądzie. Czekał smutny pod sekretariatem wydziału cywilno-rodzinnego. Chyba mu to nie pasowało, bo jest autorem jeszcze bardziej modelowych apelacji ode mnie, a dodatkowo umie pisać kasacje. Coś tam nawet powiedział, że trzeba się zajmować tym co się przytrafia.

Wczoraj było o nim w Rzeczpospolitej. Pokazywaliśmy wszystkim, że to jest o tym facecie, co niedawno pożyczał od nas AGD, że go znamy.

Wychodząc z sądu spotkałem go na schodach. Szedł rozpromieniony. Przyznał że zaangażowanie Sądu Najwyższego w tę sprawę było w porządku, nawet jeśli odmówili podjęcia uchwały. To pasowało mu zdecydowanie bardziej niż kolejka do sekretariatu rozwodów. To było jakieś życie, walka.

Pomyślałem, że taka sprawa w początkach działalności zawodowej to najlepsza rzecz jaka mogła się przytrafić. Kto wie co robiłbym teraz (i pod którym sekretariatem stałbym w kolejce), gdyby kilka lat temu pewien bezdomny nie skrytykował nieżyjącego już polityka, w czasie przechadzki w podziemiach dworca centralnego.

środa, 26 października 2011

Bufonada

Dawniej było oczywiste, że każdy adwokat to palant i bufon. Teraz coraz więcej jest bezrobotnych, ale pewnie niewiele się zmieni, skoro w podobnej sytuacji rynkowej znajdowali się adwokaci amerykańscy w latach 40-tych, a w „Buszującym w zbożu” czytamy: „adwokaci są w porządku (…) jeśli bronią niewinnych ludzi, ratują im życie i tak dalej, ale adwokaci przeważnie zajmują się czymś innym. Głównie zależy im na kasie, grają w golfa i w brydża, kupują coraz to nowe samochody, popijają martini i zgrywają ważniaków.” Zresztą mi też zależy tylko na kasie, bo duże mam rachunki, kredyty, opłaty za szkoły i przedszkola. Chciałem nawet zrezygnować z obrony jednego z ukochanych klientów uznając, że emocjonalne koszty nie znajdują stosownego ekwiwalentu w wynagrodzeniu. Pieniądz jest zatem najważniejszy.

Wśród kolegów karnistów (krakowskich) nie dostrzegam natomiast jakiejś patologicznej bufonady. Nikt chyba nie udaje ważniaka, a nawet jakby próbował, to seria spektakularnych porażek jest w tej robocie zjawiskiem na tyle powszechnym, że taka aktywność szybko musiałaby zostać zarzucona. W ogóle w sądzie panuje spora wolność i zrozumienie dla działań niestandardowych, świeżych i nowatorskich. Przez ostatnie 10 lat uczęszczania na sale rozpraw prowadziłem wiele kontrowersyjnych działalności, opowiedziałem mnóstwo bzdur, ale nigdy nikt nie zarzucił mi, że jest to niestosowne, niepoważne, niegodne sprawowanej funkcji. Ostatnio na posiedzeniu aresztowym opowiedziałem o sycylijskich kobietach, które lubią jak jednocześnie ukąsi je tarantula melancholijna i wesoła, bo zapewnia im to szczególnie atrakcyjny przebieg rytuałów podejmowanych w ramach kultu tarantyzmu. Stwierdziłem, że klient mój ma tę cechę osobowości, że zawsze pozostaje ukąszony przez sporego pająka, przy czym kiedy pozostaje wolny, to z reguły jest to pająk wesoły, radosny, a kiedy w niewoli, to pająk smutny, destrukcyjny. I mogłem mówić! Sąd słuchał, cieszył się i bawił (a areszt przedłużył... ale dał nadzieję na lepszą przyszłość).

Nawykły do sądowej wolności i tolerancji dla działań nieco odmiennych, kiepsko znoszę bufondę w innych miejscach. Bo skoro majestat władzy sądowniczej pozwala na swobodę artystycznych, czy pseudoartystycznych dokonań, to jakiekolwiek ograniczenia w instytucjach pomniejszych wydają się śmieszne, są przejawem ważniactwa. Wczoraj zostałem poproszony o biogram. Prosiła organizacja zajmująca się kulturą, sztuką. Uważam, że najlepszy mój biogram brzmi: „Maciej Burda, ur. 1975 r., jak spuszczał wodę to się śmiał”. Taki zaproponowałem. Napisali, że nie można! Nie nadaje się. Musi być informacja gdzie urodzony, gdzie mieszka, pracuje, co napisał, gdzie publikował. W naszym sądzie nigdy by się coś takiego nie przytrafiło.



środa, 19 października 2011

Ambasador

Umieszczenie Artura Szpilki w zakładzie karnym to jeden z większych błędów tutejszego wymiaru sprawiedliwości. Ten chłopak twierdzi wprawdzie, że zaczął grać w szachy, czytać książki, przemyślał parę spraw i zmądrzał, ale doświadczenia te mógł zdobyć pozostając na wolności. Tymczasem został ambasadorem subkultury więziennej i wywiady kończy pozdrowieniami dla wszystkich „git ludzi”, przebywających w zakładach karnych, jego braci. Mówi, że w więzieniu było w porządku, bo trafił na fajnych kolegów, potraktował sprawę plażowo. Nie narzeka.

Jego postawa jest zresztą zrozumiała i chyba jedyna słuszna. Marek Hłasko też pisał niegdyś, że pobyt w więzieniu nie jest niczym złym, jeśli tylko odpowiednio do niego podejść. Trzeba to traktować jak przygodę, a nie jakąś nadmierną uciążliwość, szczególnie kiedy kara nie jest bardzo surowa. Problem pojawia się jednak, kiedy takie podejście zaczyna prezentować większość, a nie tylko literaci i sportowcy.

Jeszcze kilka wygranych walk i pan Artur będzie wzorem dla osiedlowych dzieciaków. Jest silny, pewny siebie, wygrywa i wygląda na fajnego chłopaka. Jego szczególna atencja dla marginesu społecznego i popularyzowanie subkultury więziennej trafią na podatny grunt. Nawet jak ktoś się będzie trochę bał więzienia, to przecież potraktuje je jako naturalny i koniczny etap rozwoju mężczyzny. Dotychczas takie postawy nie były rzadkością, obecnie zyskały potężnego promotora. Ponieważ już kiedyś o podobnych rzeczach pisałem, to chciałbym zapytać ponownie: czy o to walczyliście?

środa, 5 października 2011

Efekt instrukcji

Podobno przed rokiem 2000 instytucja warunkowego przedterminowego zwolnienia była stosowana. Wczoraj wyjawił to prof. Krzysztof Krajewski w czasie tak zwanego szkolenia zawodowego. W owym roku nastąpił krach i skuteczność wniosków skazanych spadła o 30 procent. Miał to być efekt instrukcji ówczesnego ministra sprawiedliwości, który zalecał dyrektorom zakładów karnych, by sprzeciwiali orzekaniu na korzyść osadzonych. Sąd podejmuje decyzję przede wszystkim w oparciu o materiały dostarczone przez administrację ZK i negatywna opinia najczęściej przesądza o losach wniosku. Ministrowie sprawiedliwości się zmieniali, ale zwyczaj i statystyki pozostały niezmienne.

Nie jest więc łatwo, być może niektórych pocieszy wiadomość, że problem dotyczy wszystkich państw postkomunistycznych. Kary pozbawienia wolności są orzekane częściej, a skazani spędzają w zakładach karnych więcej czasu. Pewnie to się zmieni i za 40 lat będzie jak na zachodzie, ale jakby się wam już teraz przytrafiła jakaś kara pozbawienia wolności, to dam wam parę wskazówek i być może osiągniecie sukces. Pamiętajcie zatem:

  1. Nie możecie przystępować do subkultury więziennej. Jak już to zrobicie, to proszę się zachowywać honorowo i nie występować o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Nie można walczyć z systemem i jednocześnie błagać o litość.
  2. Karę musicie wykonywać w systemie programowego oddziaływania. Wszyscy na te programy narzekają, podobno trzeba pisać idiotyczne wypracowania. Jak chcecie wcześniej odzyskać wolność, to trzeba się jednak przełamać.
  3. Próbujcie jak najszybciej znaleźć się w zakładzie półotwartym. Tam łatwiej o pracę, przepustki, a to ma zasadnicze znaczenie.
  4. Unikajcie kar dyscyplinarnych. Nawet jak będziecie mieli kilkadziesiąt nagród i jedną karę dyscyplinarną, to i tak sąd wam to wypunktuje.
  5. Jeśli kara została orzeczona za przestępstwo popełnione pod wpływem alkoholu, narkotyków itd., to dobrze wam zrobi leczenie, kurs.
  6. Trzymajcie kontakt z rodziną. Gdzieś musi was odwiedzać kurator.
  7. Praca. Trudno zdobyć, ale pomaga, szczególnie poza zakładem karnym.
  8. Szkoła, kursy, zaświadczenie o możliwości podjęcia pracy po opuszczeniu zk.
  9. Sztuka was wyzwoli. Uprawiajcie korzenioplastykę, piszcie wiersze, malujcie na czym popadnie, zaciągnijcie się do więziennego teatru.
  10. Przepustki. Wydaje mi się, że S.A. w Krakowie przywiązuje do nich sporą wagę.
  11. Do napisania wniosku możecie nająć adwokata. Ładny wniosek może wam pomóc, ale jest ostatnią z rzeczy mających jakiekolwiek znaczenie.





wtorek, 27 września 2011

Argument o wydźwięku performatywnym

Miałem niegdyś taki pomysł, żeby złapać karalucha do pudełka i wypuścić w czasie posiedzenia w przedmiocie przedłużenia tymczasowego aresztowania. To miał być taki argument – jak to ujął jeden z kandydatów na posła – o wydźwięku performatywnym. Był rok 2007, klient pozostawał „tymczasowo” aresztowany od 2001, a ja źle znosiłem wizyty na oddziale N w katowickim areszcie. Spośród pomieszczeń przeznaczonych na spotkania z osadzonymi najgorsze jest (dawno nie byłem, może to się zmieniło) to oznaczone nr 1. Nad nim znajdują się prysznice oddziału dla kobiet, których szczelność pozostawiała wówczas wiele do życzenia, bo ściany celi nr 1 pokrywał różnokolorowy grzyb. Spędzało się tam sporo czasu w samotności, bo przygotowanie osadzonego z oddziału N do spotkania z adwokatem trwa dość długo. Tam właśnie przychodziły karaluchy, zaś ich obserwacja umilała kilkudziesięciominutowe oczekiwanie. Karmiliśmy je batonikami, którymi częstował mnie klient. Zasada była taka, że jak  wywiązałem się z zadania to batonik był i karaluchy miały deser. Jak się nie udało, to niestety, musiały się zadowolić posiłkiem wyszukanym samodzielnie.

Pewnego razu przyszedł karaluch o wyjątkowej wielkości. Pojawił się  zanim mnie zamknięto w tym pomieszczeniu (to jest właśnie niekomfortowe: zamykają w czymś o wymiarach 2x2 i czekając na doprowadzenie siedzisz tam jak idiota, a jeszcze filmuje cię kamera), więc kiedy zaświeciliśmy światło (nie ma okna), postanowił udawać, że nie żyje. Świetnie się nadawał, był wielki, czarny, błyszczący, dobrze odżywiony. Wprawdzie kiepsko reagował na światło, ale być może dałby się wytrenować, w końcu chodziło zaledwie o krótką, nerwową bieganinę po ławie obrony, ewentualnie stole sędziowskim (to by się pewnie nie udało). Chyba każdego zdrowego karalucha stać na tego rodzaju występ. Stało się jednak nieszczęście, bo nadepnął go funkcjonariusz służby więziennej. Tam pracują dobrze zbudowani mężczyźni, dodatkowo noszą te ciężkie karabiny i kamizelki kuloodporne, więc sądowa kariera karalucha legła w gruzach, sczezł bowiem z  donośnym chrzęstem.

W ostatnim czasie trudno trafić na długoletni areszt, ale przyniesiono mi postanowienia aresztowe dotyczące Zdzisława Ł. osadzonego na wspomnianym oddziale N w Katowicach. Chcieli żebym napisał do jakiejś organizacji, fundacji, rzecznika. Ja już nie piszę do żadnych organizacji, ale powiem wam, ku przestrodze, jakbyście jednak kiedyś zostali sędziami, że kiepsko wygląda stosowanie „tymczasowego” aresztowania od 18 stycznia 1999 do dnia dzisiejszego. Była tam wprawdzie roczna przerwa z powodu wprowadzenia do wykonania  innej kary pozbawienia wolności, ale człowiek jest „tymczasowo” w więzieniu z powodu jednej sprawy od 12 lat. Jakbyście więc byli sędziami i trzymali kogoś „tymczasowo” w areszcie tak długo, to pamiętajcie, że obrońcom, choćby z nudów, mogą przychodzić do głowy różne argumenty. I patrzcie im na ręce.

wtorek, 20 września 2011

Posiedzenie

Byłoby lepiej gdyby pokrzywdzony (w razie śmierci rodzina) mogli brać udział w posiedzeniach dotyczących warunkowego przedterminowego zwolnienia. Z jednej strony pozwalałoby to na ochronę jego interesu, ale z drugiej można byłoby doprowadzić do jakieś ugody i tym ośmielić sąd do korzystnego rozstrzygnięcia. Większość skazanych, szczególnie w Tarnowie, narzeka, że warunkowe przedterminowe zwolnienie to fikcja, a wnioski składane nawet tuż przed zakończeniem kary nie są uwzględniane. Jest tak najpewniej dlatego, że warunkowe przedterminowe zwolnienie postrzegane jest jako nagroda za wyjątkowo dobre sprawowanie, nie zaś element dalszego, kontrolowanego wychowywania skazanego. W więzieniu mało kto jest zdolny do wzorowego zachowania (właśnie dlatego tam się znalazł), więc przy takim podejściu niewielu skorzysta z dobrodziejstwa wcześniejszego odzyskania wolności. Kto wie, być może lepiej wypuszczać, stosując dozór kuratora i licząc, że perspektywa odwołania warunkowego przedterminowego zwolnienia skutecznie zmotywuje do prawego życia (przynajmniej niektórych). W każdym razie pozyskanie przychylnego głosu pokrzywdzonego byłoby jakimś polem do popisu obrońcy, a i sam pokrzywdzony mógłby wiele zyskać, bo obecne podejście wielu osadzonych, którzy wolą odsiedzieć niż naprawić szkodę, nie daje żadnych nadziei na rekompensatę poniesionych strat.

O zwiększeniu uprawnień pokrzywdzonego pomyślałem parę lat temu oglądając ten materiał: http://www.youtube.com/watch?v=5Y_mYLxg9iQ To zapis posiedzenia w przedmiocie warunkowego przedterminowego zwolnienia Susan Atkins skazanej za osiem morderstw, w tym Sharon Tate. Warto to obejrzeć, zwróćcie uwagę, że ponad 30 lat po zdarzeniu prawnik rodzin ofiar mówi o szczegółach zdarzeń, jest odczytywany list ojca Sharon Tate zawierający jego relację z wizyty w domu na dzień po dokonaniu zbrodni (to w trzeciej części). W starciu z prawnikiem rodzin, adwokat reprezentujący Atkins (zresztą jej mąż, przeciwnik pokpiwa, że mogliby razem prowadzić kancelarię, gdyby wyszła) był na przegranej pozycji, bo przytoczenie zaledwie niektórych szczegółów zdarzenia musiało wzbudzić maksymalnie negatywne emocje sędziów. Gdyby udało mu się uzyskać przychylność przeciwników, to ci pominęliby to co najgorsze i być może Atkins umarłaby na wolności.

wtorek, 13 września 2011

Dozór elektroniczny

Było jak  w tych wierszach Bukowskiego i pieniądze, które mieliśmy dostać od razu zostałyby wydane na torze Agua Caliente. Nawet to, że ich nie dostaliśmy, tylko ona rzucała się nam po kolei na szyję, było całkiem na miejscu, podobnie jak jej niezbyt długi życiorys i przygody, które zaprowadziły ją na salę 306. No więc nic się w zasadzie nie wydarzyło. Adam napisał najlepszy na świecie wniosek o zezwolenie na wykonywanie kary pozbawienia wolności w systemie dozoru elektronicznego, ja też coś tam napisałem ale niewiele, trochę posiedziałem na tej sali, a sędzia chciał być dobry, czy może po prostu był dobry i zgodził się z nami, że wyrok eksmisyjny nie wyklucza wykonywania dozoru elektronicznego w mieszkaniu, z którego być może niedługo skazanego wyrzucą. I to sobie zapamiętajcie, bo podobno nie było jeszcze takiej sprawy w Polsce.

wtorek, 6 września 2011

Kokaina?

Ukochany Klient miał pecha. Znalazł się w mieszkaniu, do którego weszli policjanci i ujawnili na stole cukiernicę. Było to znalezisko przypadkowe, bo weszli w innym celu, jednak uradowało ich, gdyż substancja wypełniająca naczynie wydawała się podejrzana. Najpewniej po użyciu testera przyjęto, że to kokaina.

W czasie postępowania sądowego Adam zrobił wniosek dowodowy, którym Ukochany Klient chwalił się potem na Monte. Uwzględniając ten wniosek sąd dopuścił dowód z opinii biegłych. Ci odważywszy próbki reprezentatywne poddali je analizie metodą wysokosprawnej chromatografii cieczowej sprężonej z tandemową spektrometrią mas z jonizacją typu elektrospray i uzyskali następujące rezultaty:

- kokaina – w zależności od próbki pomiędzy  2.1-2.8 %
- Levamisol – lek stosowany w weterynarii, przeciwko tasiemcom i przeróżnym pasożytom.
- Benzokaina (około 4%) – środek znieczulający
- Tetrakaina – substancja 10 razy mocniejsza od kokainy,  mocno toksyczna (wykryto 1-2%)
- Lidokaina – środek znieczulający, może działać i depresyjnie i pobudzająco
- fenacetyna – lek przeciwbólowy, biegli napisali, że w większości krajów wycofany z obrotu z uwagi na efekty uboczne.
- kofeina (4-5 %)
- benzoiloekgonina – nieaktywny farmakologicznie produkt rozpadu kokainy

Pamiętajcie o tej opinii zawsze kiedy częstują was kokainą, lecz także wtedy gdy bronicie w sprawie, w której zabezpieczono coś, co określono mianem tego narkotyku. Taka opinia może odwrócić los procesu, chociaż z drugiej strony nie jest to sprawiedliwe, bo nieuczciwy dystrybutor nie zasługuje na fachową obronę i nie powinien stać się beneficjentem procesowych korzyści płynących z przeprowadzenia takiego dowodu. Wszystko w waszych rękach.

piątek, 2 września 2011

Pejzaż z penisami, czyli bądź głodny, bądź głupi

Jeśli utrzyma się obecna dysproporcja pomiędzy przychodem generowanym przeze mnie, a tym, który wypracowują moi wspólnicy, to będę musiał poszukać sobie jakiejś innej roboty. Najlepiej byłoby zostać prokuratorem, bo w prokuraturach napotykam coraz więcej osób, z którymi można miło brnąć przez rzeczywistość, a dodatkowo odpadłaby konieczność użerania się z marginesem społecznym o wynagrodzenia, co też miałoby pewną wartość. Zdarzył się ostatnio dzień, w którym Adam odbył mistyczną, tramwajową podróż z przedstawicielem Urzędu, zakończoną konsumpcją łakoci, zaś ja napotkałem policjanta,  który pamiętał „Pejzaż z penisami” i szereg innych ważkich zdobyczy kultury i sztuki. Późnym popołudniem  dodatkowe okoliczności spowodowały, że nie trzeba było konsumować żadnych substancji odurzających, by pójść na dach i rytualnie krzyczeć „przyjdziemy po was” do przewodów wentylacyjnych. Prekursorem tej aktywności jest niegdysiejszy baron telekomunikacyjny pan Wojciech Nowak, który zamieszkuje obecnie zbyt dobrą dzielnicę, by kontynuować swe dzieło. Tymczasem lokatorzy też winni obcować z Tajemnicą i oczekiwać na Zapowiadaną Wizytę.

W każdym razie praca po przeciwnej stronie miałaby wiele zalet i wcale nie oznaczałby redukcji intensywności obcowania z dziwnością bytu. Nawet Steve Jobs nawołuje "Bądź głodny, bądź głupi", a napotkany w sądzie kolega informuje, że zrezygnował z wygodnej posady w imię zasad. I jak tu teraz żyć? 

środa, 24 sierpnia 2011

Sprawa DSK


Najlepszy tekst o różnicach pomiędzy Polską, a Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej napisał Stanisław Mancewicz. Niby chodziło jedynie o porównanie standardów hotelowych, ale była w tym prawda i siła. Niestety felieton jest obecnie dostępny odpłatnie, więc w skrócie przypomnę, że autor snuł swe rozważania na kanwie dwóch fotografii. Pierwsza przedstawiała pokój hotelowy, w którym cielesnym uciechom miał się oddawać polityk amerykański, przy czym o ile pamiętam dbał o dywersyfikację towarzyszących mu dziewcząt. Druga przedstawiała wnętrze legendarnego pokoju 71 w motelu Krak, w którym to lokalny polityk Jacek Majchrowski miał rozmyślać, rozmawiać i pracować. Zdjęcia wciąż możecie gdzieś tam znaleźć i warto to zrobić.

Z niewiadomych powodów pokój 71 przypomniał mi się w związku ze słynną sprawą Dominika Strauss Kahna. Nie chodzi oczywiście o domniemane skłonności bohaterów tych historii do ulegania dziewczęcym wdziękom, wszak plotki te nie zyskały potwierdzenia, wręcz okazały się krzywdzące. Chodzi o różnice, tym razem w postępowaniu tamtejszych i naszych prokuratorów. Bo przypomniała mi się jeszcze jedna rozmowa sprzed kilku miesięcy, w której lokalny prokurator mówił mi, że wie, że klient mój nie powinien być aresztowany. Jego przekonanie nie przeszkadzało jednak w składaniu wniosków o kolejne przedłużenia stosowania tego środka. Wprawdzie jakoś bardzo się nie starał (co zrozumiałe, bo przecież wiedział, że to bez sensu), ale dla sądu nie miało to większego znaczenia. W porównaniu z naszym prokuratorem, ten amerykański wypada znacznie mniej finezyjnie. Nie potrafi prowadzić wyrafinowanej, wewnętrznej gry, polegającej na zachowaniu dobrego samopoczucia pomimo zajmowania stanowiska wbrew własnym przekonaniom. W sprawie DSK prokurator amerykański powziąwszy wątpliwości co do prawdziwości wersji pokrzywdzonej niezwłocznie poprosił sąd o zmianę środka zapobiegawczego, a po dalszej weryfikacji dowodów doprowadził do umorzenia postępowania, co właśnie stało się przedmiotem doniesień prasowych. Dla polskiego kolegi to pójście na emocjonalną łatwiznę.

Być może mój rozmówca to wyjątek, być może różnica w postępowaniu wynika z różnego standardu pokojów, w których pracują amerykańscy i polscy prokuratorzy. Niewykluczone też, że wszystko rozbija się o to, że klient mój nie był szefem Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Pomnik Obrońcy

Dobra jest wakacyjna Palestra. Nie dość, że zawiera teksty kolegów, to jeszcze znakomitą historię adwokata Zygmunta Hofmokla Ostrowskiego. Tekst Adama Redzika koniecznie musicie przeczytać, bo opowiada historię prawdziwego twardziela, buntownika, który nie wahał się przed niczym. Wydawał swoje bezkompromisowe czasopisma, walczył z warszawską Radą Adwokacką, słynął z ciętych ripost (w tekście przykłady), był skazany na karę aresztu za obrazę sądu, rządu i Marszałka Piłsudskiego. Jego postrzeganie praktyki adwokackiej jest mi bardzo bliskie, pisał: „Zawód adwokata, stającego co dzień w szranki z niedowładem społecznym każe mu schodzić na niziny, mieszać się z tłumem wydziedziczonych, oglądać ustawicznie owe dno nędzy(...)”. Ci przedwojenni adwokaci byli żołnierzami, legionistami (Hofmokl Ostrowski był artylerzystą) i to może dodawało im animuszu, a jednocześnie pozwalało na dystans do bezkrwawej rzeczywistości czasu pokoju.

Zygmunt Hofmokl Ostrowski walczył z ówczesnymi organami adwokatury, ale swój zawód kochał. Po wojnie zaproponował krakowskiej Radzie Miasta postawienie pomnika obrońcy, który sam zaprojektował, jako że odkrył w sobie talent rzeźbiarski. Ten pomnik koniecznie powinien powstać. Hofmokl Ostrowski widział go tam, gdzie obecnie w Krakowie stoi pomnik Piotra Skargi, więc trzeba rozważyć inną lokalizację, zresztą nie wiadomo co się stało z niegdysiejszym projektem. Moja propozycja jest następująca. Otóż dawno temu słyszałem o pomyśle antypomnika Klausa Kinskiego. To miał być „negatyw” postaci stanowiący ujście studzienki kanalizacyjnej w Sopocie (negatyw w tym sensie, że gdyby zalać gipsem, czy czymś innym tą studzienkę, to by właśnie wyszedł Klaus). Wszystkie kanalizacje świata są połączone i każdy kto chciałby oddać Klausowi cześć wrzucałby różę do w dowolną kratkę ściekową, choćby los rzucił go do Bangalore. Z pomnikiem obrońcy powinno być podobnie, z tymże negatyw winien być ceramiczny i stanowić ujście jednego z szaletów sądowych. Wówczas każdy, kto chciałby oddać cześć obrońcom po prostu spuszczałby wodę. Ja mogę dać się odlać...

czwartek, 11 sierpnia 2011

Opinia przyjaciela


Skarga budzi entuzjazm. Poparł ją Rzecznik Praw Obywatelskich, Prokurator Generalny, przedstawiciel Sejmu RP. Teraz poparła ją ta lewacka Helsińska Fundacja Praw Człowieka, wprawdzie w „opinii przyjaciela sądu” nie napisali czego się domagają od Trybunału Konstytucyjnego, ale może zapomnieli (a może nie doczytałem). Chodzi o operacyjne rejestrowanie rozmów oskarżonego z obrońcą. Pisałem o tym tutaj.

Z biegiem lat (czy można skarżyć niewątpliwą opieszałość TK?) zmniejsza się natomiast mój entuzjazm. Na przykład obecnie uważam, że to dobrze, że policjant czasem kogoś uderzy przy zatrzymaniu. To porządkuje relacje. Tak właśnie powinno być, a jak się czasem dostanie niewinnemu, to trudno. Zatrzymanie nawet drobnego handlarza wiąże się niejednokrotnie z wielogodzinną obserwacją, narastającymi emocjami i jeśli znajdą one ujście w kilku lekkich ciosach, w pierwszych sekundach kontaktu z osobą podejrzaną, to nie widzę w tym nic złego. Sam bym tak robił, jakby mi przyszło tak bezpośrednio walczyć ze złem.  Dlatego odmawiam pisania zażaleń na zatrzymania, choćby sypały się razy i granaty hukowe. Nie poruszają mnie relacje o kopniakach i nadużywaniu paralizatorów, bo policjantowi trzeba pozwolić być twardym.  

Naturalnie nudzi mnie też mówienie o tym, że to straszne, że policja podsłuchiwała obrońców. To dobrze, że podsłuchiwała, miło się czytało swoje teksty. Teraz bym tej skargi nie napisał (zresztą coś z tą skargą jest nie tak, skoro ją wszyscy popierają, jeszcze mi się tak nie przytrafiło. Może trzeba ją cofnąć, bo jest za bardzo konformistyczna, kiepska, niedobra skoro tak chcą jej pomóc). Poza tym jako sympatyk akcji „Pomóż milicji - pobij się sam” muszę wspierać agresję i nadużycia w organach ścigania. Też tak róbcie. 


piątek, 5 sierpnia 2011

Wyrób tekstopodobny

Do dzisiaj wspomina dzień, w którym zobaczyła mnie po raz pierwszy. Pamięta szczegóły garderoby, w ogóle wszystko pamięta, chociaż miała wtedy 19 lat i chyba była nieco przestraszona. Nie myślcie, że się zakochała, wówczas uznałaby pewnie, że w czymś takim nie da się zakochać. Zdumiewało ją, że to coś ma wykonywać zawód zaufania publicznego i ten dysonans poznawczy spowodował, że wszystko jej się utrwaliło.

Przez lata nauczyła się ustalać. Jak czegoś nie wiecie, to ona zadzwoni, zapyta, pójdzie, dowie się i powie jak to jest. Po niedawnych kłopotach poprosiłem ją więc o sprawdzenie jako to jest z tym doprowadzeniem do zakładu karnego celem wykonania kary pozbawienia wolności. Potem chciałem żeby napisała krótki tekst, który wam pokażemy i będziecie wiedzieli kiedy spodziewać się wizyty policji (o ile nie stawicie się dobrowolnie). Klaudia napisała tak:

Skazany, po otrzymaniu zawiadomienia o terminie stawiennictwa w Zakładzie Karnym celem odbycia kary nie stawia się. Wówczas po upływie 3 dni od wyznaczonej daty Zakład Karny wysyła pocztą do Sądu informację o niestawiennictwie. Sąd otrzymuje to po ok. 3-4 dniach i niezwłocznie przygotowuje nakaz doprowadzenia do jednostki. Następnie przekazuję tę informację do Komisariatu Policji najbliższego do miejsca zameldowania skazanego, a wówczas funkcjonariusze po uprzednim zatrzymaniu doprowadzają skazanego do ZK. Powyżej opisana procedura trwa ok. 7 dni.

Tak mówią panie z sekcji wykonawczej jednego z krakowskich sądów i bywa, że rzeczywiście policja dość szybko zabiera celem osadzenia w zk. Uważajcie zatem na siebie.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Szczęście

Próbowałem niegdyś przekonać Sąd Najwyższy, by z urzędu wznowił postępowanie, bo mój klient był reprezentowany przez obrońcę, który się go bał. Chodziło o to, że główny świadek oskarżenia zeznał, iż klient, pośród licznych zleceń dokonania zabójstwa miał wydać i takie, które dotyczyło tego właśnie adwokata. Sprawę opisywała potem jedna z bulwarowych gazet i w krótkim wywiadzie obrońca powiedział, że w związku z tą sytuacją uzyskał pozwolenie na broń i zaopatrzył się w nią. Było więc jasne, że bał się, a dalej bronił (o ile pamiętam w tej sprawie wykonywał te czynności z urzędu).

Pisałem wtedy, że ówczesny obrońca „uwierzył (…), że oskarżony czyhał na jego życie, a nawet polecił dokonanie zabójstwa. Nie można w takiej sytuacji psychologicznej walczyć o niewinność, czy niższą karę dla klienta. Naturalną reakcją jest oczekiwanie, że oskarżony nie wyjdzie na wolność, nie zostanie uniewinniony, a co ważniejsze nie zostanie skazany na karę łagodną. Pomimo najlepszych chęci i największego profesjonalizmu prawidłowe realizowanie prawa do obrony jest w takiej sytuacji absolutnie wykluczone”.

Sąd Najwyższy stwierdził wówczas, że brak podstaw do wznowienia postępowania, wskazując, że w postępowaniu obrońcy nie można doszukać się żadnych konkretnych uchybień gdyż był na rozprawach, odwiedzał oskarżonego w areszcie, itd.

Być może rzeczywiście w sprawie nie pojawiło się nic poza obawą, że wystraszony obrońca, pomimo zachowania pewnych procesowych rytuałów, nie był w stanie świadczyć odpowiedniej pomocy prawnej. Była to jedynie obawa, nie pewność, bo nie wiedzieliśmy co naprawdę myślał.

Okazuje się jednak, że sama obawa, iż obrońca nie wykonywał należycie swych obowiązków  może być podstawą do wznowienia postępowania. W ostatnim czerwonym orzecznictwie znajdziecie wyrok SN z dnia 22 marca 2011 (sygn. II KO 66/10), którym wznowiono postępowanie z uwagi na to, że z okoliczności sprawy wynikało, iż adwokat zastępujący „głównego” obrońcę, nie miał czasu zapoznać się z aktami sprawy, nie znał wcześniej zeznań świadków, a pytania zadawał tylko oskarżony. To też niewiele (w perspektywie przesłanek wznowienia postępowania z urzędu), bo przecież obrońca „nieprzygotowany” słyszał zeznania świadka i odczytywane mu protokoły i w związku z tym na bieżąco zyskał wiedzę niezbędną do obrony. Poza tym nawet w krótkiej przerwie w rozprawie (a taka była zarządzona) mógł otrzymać odpowiednie wskazówki od obrońcy „głównego”. Nie można wykluczyć, że brak pytań ze strony adwokata był zamierzoną taktyką, nie zaś przejawem niedopełnienia obowiązków obrończych.

W tym przypadku samo podejrzenie niewłaściwego wykonywania obowiązków przez obrońcę było wystarczające dla wznowienia postępowania, a przesądził brak aktywności adwokata na rozprawie. Być może zamierzony, być może wynikający z nieznajomości akt. W „moim” przypadku było tak samo: być może obrońca udawał, że broni (bo jakby się wycofał, to zantagonizowałby konflikt z klientem zamierzającym go zabić), a być może nie udawał. Być może chciał dobrze, ale strach o własne życie nie pozwalał mu odpowiednie poświęcenie się sprawie. Być może udało mu się zachować pełny profesjonalizm.

Dla Sądu Najwyższego istotne okazuje się dopełnienie rytuału: zadawanie pytań, aktywność na sali rozpraw, nie zaś okoliczności rzucające cień na relacje klient-obrońca.  Tymczasem trudno pogodzić się z tezą, że ktoś został skazany w uczciwym procesie, jeśli jego adwokat bał się, że poniesie śmierć z polecenia klienta. Nawet jeśli zadawał te nieszczęsne pytania, chodził na rozprawy, odwiedzał w areszcie, to kto zagwarantuje, że nie broniłby lepiej, gdyby się nie bał?

A morał z tego taki: lepiej mieć szczęście niż dobrego adwokata. Oskarżony w sprawie II KO 66/10 je miał. 

poniedziałek, 11 lipca 2011

Wycieczka korekcyjno-wychowawcza

Budynek był na wyspie i z przystani wyglądało to mniej więcej tak: 




Opłat za wstęp nie pobierali.





W środku było, jak w podobnych miejscach w Polsce.






Jeden z autochtonów twierdził, że przebywali tam znani i niebezpieczni. Wymieniał ich nazwiska. Chodziło o to, że można było uciec tylko na inną wyspę. W 1997 roku uznano jednak, że współczesne systemy dozorowania osadzonych nie wymagają trzymania ich na takim odludziu i przybytek zamknięto, a raczej otwarto. Duchy pensjonariuszy smutno spoglądały i nie ujawniły żadnej interesującej historii.





Zamknęliśmy Celę w celi, licząc, że zdezorientowany Szatan opuści tę pierwszą, a pozostanie w drugiej.




Tak się jednak nie stało, lecz wówczas mecenas Radosław T. Skowron zwrócił uwagę na korekcyjno wychowawczy walor wycieczki i poczęliśmy szczegółowo informować dzieci o restrykcjach związanych z umieszczeniem w takim miejscu. Część wysłaliśmy  na spacer.





Pokazaliśmy jak mało zabawek mieści się w szafkach,



jak smutne są kąciki sanitarne,




i miejsca spacerowe




Powiedzieliśmy też, że jak mamie i tacie uda się zdobyć zgodę na widzenie, to odbywa się ono w takim miejscu (warto odnotować, że odwiedzający osadzonych w tym zk nie mieli bezpośrednich połączeń z tą wyspą i musieli organizować sporą wyprawę, u nas jest jednak łatwiej).




Na koniec pokazaliśmy jak miło wygląda świat, gdy opuszcza się zk.



W czasie niedawnej wizyty w Nowym Wiśniczu miałem taki pomysł, by dzieci ze starszych klas szkół podstawowych obowiązkowo chodziły do zakładów karnych. Zainteresowanie naszych dzieci (wprawdzie małych) potwierdza, że nie byłby to przykry obowiązek. Wycieczka taka miałaby wiele zalet i pozwalałby dostrzec, że nie warto ryzykować, ale jednocześnie – jeśli przydarzy się nam jakiś błąd – to można sobie poradzić, zorganizować rzeczywistość. Oczywiście dzieci powinny rozmawiać z osadzonymi (tu były tylko duchy), funkcjonariuszami sw, a najlepiej z rodzinami osadzonych, bo im jest niejednokrotnie ciężej niż samym więźniom. Jeśli zatem ktoś z Ministerstwa Edukacji to czyta, a nie wie jak się za zabrać do realizacji tej idei, to proszę o kontakt. Powiem jak zorganizować dzieciom wizytę w zakładzie karnym. Znam też kilku, którzy nadaliby się na przewodników.

środa, 22 czerwca 2011

Na rozstajach

Jedliśmy obiad kiedy zorientował się, że szatnia już zamknięta, a on nie odebrał togi. Stwierdził, że to pewien problem, bo pociąg miał o 7.28 i nie było szans na odbiór przed podróżą. Jednocześnie jego jedyne spodnie garniturowe  były dziurawe i dopiero za kilka dni  planował zakupić nowe. W takich spodniach, bez togi, bez legitymacji mógł mieć kłopoty, więc postanowił zreperować odzież na własną rękę. 

Miał przesiadkę w Radomiu. W lokalnym pociągu był jedynym pasażerem, sprawdził to przechodząc przez wszystkie wagony. Wysiadł w polach, żadnej stacji, tylko tablica z nazwą miejscowości. Zadzwonił do sekretarki

Mówił, że w oddali widzi pola i chałupy, ale sekretarka patrząc na mapę nie potrafiła mu pomóc. Po jakimś czasie dotarł do domostwa sołtysa, gdzie jeden z tych wszechobecnych, wiejskich  rowerzystów polecił mu wybrać zielony szlak.

Poszedł więc zielonym szlakiem, jakimiś żwirowymi drogami i ścieżkami, bacząc, by nie zgubić drogi.  Po godzinie dotarł do miasteczka i znalazł sąd. Nie spóźnił się. To dobrze, bo wartość przedmiotu sporu w tej sprawie wynosiła kilka milionów złotych.

Ostatnio rozważaliśmy czy chcemy pozostać kancelarią charakterystyczną, czy stać się wiodącą. Rozmyślamy o prestiżu i pieniądzach na starość. Trudno jednak podjąć decyzję, bo pomyślcie jak marne byłoby życie bohatera tej historii, gdyby na rozprawę pojechał samochodem.

środa, 15 czerwca 2011

Przypadki boksera Szpilki

UWAGA: od 1 stycznia 2012 teza tekstu nieaktualna. Parę uwag tutaj.




Za kilka dni na ring wraca bokser Artur Szpilka. Być może pamiętacie, że został zatrzymany dzień przed galą, na której miał wystąpić w jednej z walk poprzedzającej pojedynek Gołoty i Adamka. Wtedy czekał (nie zaniedbując ćwiczeń cielesnych) na rozstrzygnięcie wniosku o odroczenie wykonania kary i miał nawet wyznaczony termin posiedzenia. Niestety terminu tego nie doczekał.

Podobnych przypadków jest wiele. Wniosek o odroczenie kary pozbawienia wolności nie wstrzymuje automatycznie jej wykonania (co słuszne), jednak sąd nie ma możliwości zadecydowania, że do czasu rozstrzygnięcia skazany pozostanie wolny. Tymczasem bywa, że wnioski rozstrzygane są miesiącami. Ostatnio przytrafił nam się przypadek ekstremalny – sąd wyznaczał kolejne terminy na luty, marzec, kwiecień i czerwiec, bo nie mógł uzyskać akt z innego sądu. Przez 5 miesięcy nie wystawiał nakazu doprowadzenia do zakładu karnego, toteż nieszczęsny nasz klient, działając w zaufaniu do sądu (który nie mógł sobie z jego sprawą poradzić), nie ukrywał się, nie uciekał, aż w końcu został zatrzymany i osadzony w zakładzie karnym na krótko przed kolejnym terminem posiedzenia (jak bokser Szpilka). Gdyby tylko istniała możliwość wstrzymania wykonania, to niewątpliwie sąd w tej sprawie musiałby taką decyzję podjąć, skoro z przyczyn od skazanego niezależnych nie można było rozstrzygnąć wniosku. Zresztą i wspomniany pięściarz nie miałby przerwy w karierze, bo świat kocha wspaniale pewnych siebie gladiatorów i idzie im na rękę.


Musicie też wiedzieć, że sprawach o odroczenie wykonania kary pozbawienia wolności rola obrońcy jest bardzo niezręczna. Regularne sprawdzanie czy został wydany nakaz doprowadzenia do ZK nie jest dobrym rozwiązaniem, bo można sprowokować, że zostanie on wydany (uwierzcie, przydarzyło nam się). Brak aktywności w tym zakresie powoduje znowu, że klient nie zna swej sytuacji i nie wie czy jest już poszukiwany (przy okazji powstaje problem czy można zalecać ukrywanie się do rozstrzygnięcia wniosku o odroczenie, czy to jest porada prawna czy przestępstwo? Z drugiej strony trudno mówić klientowi, żeby się stawił do odbycia kary, skoro to powoduje, że wniosek o odroczenie nie jest rozpoznawany). Nie wiadomo zatem co czynić, a porażki w tych sprawach bywają bolesne, bo okazuje się, że o pozbawieniu wolności nie zadecdował czyn skazanego, a niedopatrzenie obrońcy.

Obecnie pozostaje ostrzegać klientów, że nie znają dnia ani godziny. Kiedy zostaną zatrzymani nie można im już pomóc (nawet wizyta Andrzeja Gołoty na komisariacie nie dała wolności Arturowi Szpilce). Sytuacja znacznie by się poprawiła gdyby sąd uzyskał możliwość wstrzymania wykonania kary do czasu odroczenia wniosku (nawet jeśli taka możliwość powstawałaby dopiero w wyjątkowych okolicznościach).

czwartek, 9 czerwca 2011

Pałka służbowa

Jakiś czas temu obiecałem pewnej damie tekst o służbowej pałce. Chciałbym mieć to już za sobą, ale nic się nie przytrafia, żadnych wydarzeń, orzeczeń, poglądów przedstawicieli nauki. Dodatkowo rzeczywistość zawodowa obfituje ostatnio w sytuacje, w których nie wiem czy to ja jestem winny, czy system, a to nie sprzyja rozmyślaniom. Wszystko co przychodzi mi do głowy, to ten utwór.


piątek, 3 czerwca 2011

Granica

 
W wigilię publikacji najnowszego raportu Światowej Komisji ds Polityki Narkotykowej, mam dla was tekst bohatera kilku poprzednich wpisów słynnego apl. adw. Adama Wojtaszczyka. Czytajcie i wyciągajcie wnioski, a raczej rozważcie przeprowadzkę do Wieliczki. Mówi Adam:


Było ich dwóch. Być może wiele ich łączy(ło), być może nie.

Na pewno łączyło ich to, że w pewnym momencie organy ścigania odkryły, że każdy z nich był w posiadaniu ponad 80 gram marihuany. Na pewno różniło ich to, że dla pierwszego posiadanie ponad 80 gram marihuany oznaczało zatrzymanie przez pluton uzbrojonej po zęby Policji, wywiezienie na Śląsk, otarcie się o tymczasowe aresztowanie i konieczność stawiania się 7 razy w tygodniu w pobliskiej jednostce Policji, natomiast drugi po szybkim załatwieniu niezbędnych, lecz przykrych formalności związanych ze znalezieniem u niego ponad 80 gram marihuany opuścił komisariat i poszedł w świat, wolny i swobodny jak kulka flipera.

Obaj przyznali się, obaj wyjaśnili, obaj wyrazili chęć dobrowolnego poddania się karze.

80 gram marihuany posiadane przez pierwszego to znaczna ilość narkotyków, art. 62 ust. 2 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Po 6 miesiącach prokurator zgodził się ostatecznie na karę 2 lat pozbawienia wolności z warunkowym jej zawieszeniem na lat 5 i kuratorem, bo ilość była znaczna. Taka kara to sukces obrony, taka kara możliwa była tylko w trybie art. 335 k.p.k., bo inaczej prokurator zapowiadał znacznie wyższe wnioski co do kary.

80 gram marihuany posiadane przez drugiego to „zwykła” ilość narkotyków, art. 62 ust. 1 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Prokurator wniósł akt oskarżenia, Sąd wyrokiem nakazowym za posiadanie takiej ilości narkotyków wymierzył karę grzywny (w sumie 1600 zł).

Gdzie przebiega granica pomiędzy ilością narkotyków opisaną w art. 62 ust. 1 a art. 62 ust. 2 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii? Odpowiedź wreszcie się znalazła. Granice przebiega... w okolicach Wieliczki. Człowiek przekracza ją nieświadomie, bez fajerwerków, zmiana następuje niepostrzeżenie.

Wniosek ten nie jest przesadzony, nie jest też paradoksalny. Wniosek ten nie został nawet postawiony przez piszącego te słowa, to nie piszący określił jego ściśle i wyłącznie geograficzny charakter.

Wniosek ten sformułowała Pani Prokurator z Krakowa podczas przesłuchania. Dlaczego 80 gram marihuany w Wieliczce to „zwykła” ilość narkotyku, a w Krakowie znaczna? „Bo jesteśmy w Krakowie, a nie w Wieliczce” - tak powiedziała i niczego więcej wyjaśniać Jej zdaniem nie było potrzeby (a wydawałoby się, że gdzie jak gdzie, ale to w Wieliczce raczej powinni chcieć „przysolić”).

Co więcej, Pani Prokurator stwierdziła, że skazanie za posiadanie ponad 80 gram marihuany na podstawie art. 62 ust. 1 powinno skutkować odpowiedzialnością dyscyplinarną Sędziego z Wieliczki, który wydał taki wyrok, gdyż w ten sposób rażąco naruszył on prawo, bo 80 gram to „domniemanie dilerki” (mniejsza o art. 5 k.p.k.). Niestety nie ustaliliśmy kwestii ważniejszej i ciekawszej w perspektywie Rozmówczyni – czy również prokurator z Wieliczki, który skierował tak brzmiący akt oskarżenia powinien zostać dyscyplinarnie ukarany?

Jak się bronić przed takimi sytuacjami? Nie wiem. I prokurator i obrońca na pewno znajdą na poparcie swojego stanowiska odpowiednie orzeczenia, których niemiara i które często prowadzą do całkowicie sprzecznych wniosków (zawsze wygra prokurator, w procesie to on jest silniejszy).

Wymiar sprawiedliwości święcie wierzy teraz, że znaczna ilość narkotyku to taka, która odurzy kilkadziesiąt osób. To nie podlega dyskusji, to oczywiste, to wprost wynika z brzmienia typu. Za jakiś czas Sąd Najwyższy wyda nowe orzeczenie. Sądy uwierzą w nie, a nowa definicja (całkiem możliwe, że sprzeczna z poprzednią) nie będzie podlegała dyskusji, będzie oczywista, będzie wprost wynikać z brzmienia typu.

W powyższej sytuacji – czemu prokuratura raz przyjmuje, że 80 gram marihuany to ilość „zwykła”, a innym razem, że znaczna? Bo może.

środa, 25 maja 2011

Córka Szatana

Dzisiaj będzie długo, ale nie da się inaczej.

Gdy szedłem z nią przez sąd, adwokat S. dzwonił i prosił żebym jej przekazał, że ją kocha. To miało pewne znaczenie, on nie zamierzał się umówić, nie pragnął zostać przelotnym beneficjentem jej wyjątkowych wdzięków, a jedynie chciał przekazać wyrazy uwielbienia.  Była niewątpliwie jedną z najpiękniejszych dziewcząt świata i jedynie osobnik pozbawiony jakiejkolwiek wrażliwości mógłby rozważać cokolwiek innego poza ekstatyczną kontemplacją. Nie wiem czy informacja, że jest córką Szatana potęgowała zachwyt, czy studziła emocje.

Innym razem siedzieliśmy w tej podziemnej części sądu, gdzie prawie nie ma słońca. Próbowaliśmy ją nagabywać na rozmowy o teatrze, operze, o tym kiedy ma maturę i czemu nie poszła dzisiaj do szkoły. W między czasie nastąpiło posiedzenie w przedmiocie przedłużenia aresztu, na którym ponieśliśmy klęskę, ale które zawodowo niezwykle nas wzbogaciło (o tym w innym odcinku). Wróciliśmy do słońca i Adam stwierdził, że zawsze powinniśmy razem chodzić na rozprawy i zawsze powinno być tak pouczająco i zawsze powinna być ona. Rozważaliśmy jeszcze przez chwilę czy mamy do czynienia z  przypadkiem Ścierwnika Barbridga, co jednak wykluczyliśmy (przy okazji chwała słowiańskiej fantastyce).

Musicie też wiedzieć, że kiedy w sobotę zmagałem się ze stukilometrową trasą pewnej ekstremalnej imprezy na orientację napisał do mnie  kolega, który wiedział, że popełniłem niegdyś utwór o tytule „Dzień Strasznej Czaszki”. Mało kto o tym wie, a on wiedział. Jakoś łatwo przekonał mnie do ujawnienia skrywanej od dłuższego czasu działalności parapoetyckiej. Dzięki tej korespondencji dowiedziałem się o istnieniu pisma o idealnej formule. Jest to bowiem miesięcznik artystyczno – literacko – softerotyczny! Czyli zawsze jest pouczająco, ciekawie  i zawsze jest ona! Czy można wymyślić lepszą formułę czasopisma branżowego? Czemu nikt z redaktorów pism prawniczych nie poszedł tym tropem?! Czemu Czasopismo Prawa Karnego i Nauk Penalnych nie jest również pismem softerotycznym? Albo po prostu prawniczo - erotycznym? Czemu rozebranie się dla CZPKiNP nie wiąże się z prestiżem i istotnym wzmocnieniem pozycji zawodowej i społecznej?

Wystarczą niewielkie zmiany, skorzystanie z dobrych wzorców, by czytelnictwo literatury fachowej znacznie wzrosło. W czasie pierwszego krakowskiego forum karnistycznego prof. Piotr Kardas wyraził obawę, że poza współautorem nikt nie oddał się lekturze jednego z jego tekstów. Ileż byłby spokojniejszy o rzesze odbiorców gdyby obok tego tekstu został zamieszczony  stosownie atrakcyjny materiał fotograficzny.

Czytajcie:  http://www.catrinas.pl W majowym numerze brawurowy debiut Klaudii  w charakterze fotografa, co znaczy, że zapewne niedługo pójdzie w ślady ś.p. Józka Kurosawy Tomczyka. Czytajcie jednak wszystko.

Tyle o przedziwnej koincydencji związanej z jednoczesnym pojawieniem się Córki Szatan i pisma Catrinas.



poniedziałek, 23 maja 2011

Jeszcze raz o znacznej ilości


To było w złotych latach dziewięćdziesiątych, kiedy nikt nie przejmował się podsłuchami i świadkami koronnymi. Mężczyźni jeździli pociągami, wożąc kokainę w siatkach reklamówkach, rosły im muskuły, kochały ich dziewczęta, a uczciwi biznesmeni nie chodzili na policję, tylko dzielili się zyskiem. Było to dawno.

Potem świat się zepsuł, a koledzy przestali zachowywać się elegancko. Niektórzy zaczęli opowiadać te prehistoryczne historie w prokuraturach i sądach. Mówili o  pociągach, kobietach, kokainie, napadach, naradach, konfrontacjach  i haraczach. Było tego tak dużo, że nie pamiętali ile tych narkotyków przywieziono, ile sprzedano, a ile skonsumowano po drodze. Prokurator pisząc zarzut dotyczący wprowadzenia do obrotu znacznych ilości środków odurzających nie mógł wskazać konkretnych liczb, ograniczył się do stwierdzenia, że były to ilości znaczne.

Sąd rejonowy opisując przestępstwo również nie wskazał jaka ilość kokainy została wprowadzona do obrotu. W uzasadnieniu bardzo obszernie wytłumaczył się jednak z tego postąpienia, wywodząc, że jakkolwiek nie da się napisać jak dużo kokainy przewieziono pociągami, to jednak trzeba uznać, że była to ilość znaczna, bo świadek koronny mówił o wielu wycieczkach.

Sąd Okręgowy stwierdził, że ta technika redagowania opisu czynu nie budzi zastrzeżeń.

W kasacji zarzucaliśmy naruszenie art. 413 par. 2 kpk w zw. z art. 440 kpk (bo obrońca piszący apelację nie zarzucił naruszenia 413, a naruszenie prawa materialnego). Chodziło nam o to, że skoro nikt ostatecznie nie wie co to znaczny „znaczna ilość”, to najpierw trzeba wskazać gramy, kilogramy, a potem zastanawiać się czy to ilość zwykła, znaczna czy przypadek mniejszej wagi. Wszak w ostatnich latach sądy orzekały różnie przyjmując, że chodzi o narkotyki wystarczające dla odurzenia od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób. W Trybunale Konstytucyjnym oczekuje na rozpoznanie pytanie prawne SR Kraków Krowodrza dotyczące pojęcia „znacznej ilości”. Naukowcy też nie mogą się zdecydować. W tej sytuacji lansowaliśmy pogląd, że jeśli mamy polemizować z orzeczeniem Sądu Rejonowego, to musimy mieć opis czynu możliwie precyzyjny (art. 413 par. 2  kpk), czyli wiedzieć ile tych narkotyków nasz klient przewiózł w siatce typu reklamówka.

Tym razem się jednak nie udało. SN uznał, że nie mamy racji w sposób oczywisty, z czym trudno nam się pogodzić. Próżno oczekiwać jednak glosy krytycznej do tego orzeczenia. Naukowcy stronią od komentowania orzeczeń, które nie mają uzasadnień.

poniedziałek, 16 maja 2011

Łzy kontystki

O tej dziewczynie wiemy niewiele. W 1953 roku pracowała w magazynie drukarni Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Wówczas  miała 21 lat i po sześciu tygodniach zwolniła się, albo ją zwolniono. Była kontystką.

Najprawdopodobniej w roku 1998 starała się o aplikację adwokacką i złożyła oświadczenie lustracyjne (czy to możliwe, że jej się wtedy chciało zostać adwokatem?). Nie ujawniła epizodu z magazynu drukarni, sprzed 45 lat dzięki czemu, po długim procesie, została ostatecznie uznana za kłamcę lustracyjnego. Tę smutną historię możecie przeczytać w  jednym z biuletynów SN (wyrok II KK 247/03).

Sprawa kontystki dowodzi jak dziwna jest konstrukcja ustawy lustracyjnej (poprzedniej  i obecnej). Sąd nie może miarkować sankcji i dostosować jej do wagi kłamstwa (obecnie sąd dyscyplinarny). To tak jakby za kradzież gumiaków karać, jak za kradzież miliona dolarów w banknotach o niskich nominałach. Przecież gdyby oświadczenie lustracyjne było składane po pouczeniu odpowiedzialności karnej (art. 233 par. 6 k.k.), to nieszczęsnej kontystki zapewne nikt by nie sądził,  a jej kariera adwokacka mogłaby się wspaniale rozwinąć. Zatajenie  sześciu tygodni zatrudnienia w magazynie drukarni, jest czynem o znikomej szkodliwości społecznej, bo przecież nie wiązało się z jakąkolwiek formą pracy operacyjnej, ukierunkowanej na zwalczanie opozycji.

Problem ten – jak się wydaje – dostrzegł ostatnio Trybunał Konstytucyjny, uznając, że art. 21f ust. 2 ustawy z 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990 oraz treści tych dokumentów jest niezgodny z art. 2 i art. 65 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 konstytucji (sygn. K 19/08, wyrok z 19.4.2011). Przepis ten przewidywał jeden tylko rodzaj kary dyscyplinarnej – najwyższy (regulacja z art. 30 poprzedniej ustawy lustracyjnej prowadziła do tożsamych skutków). Wciąż nie ma jeszcze uzasadnienia, ale najpewniej o rozstrzygnięciu zadecydował właśnie brak możliwości miarkowania sankcji i automatyzm najsurowszej kary. Teraz korporacyjny sąd  dyscyplinarny rozstrzygnie czy kłamstwo było „duże”, czy „małe”, czy kłamca zostanie z skreślony z listy adwokatów, czy jedynie pójdzie do piekła.

Trybunał próbował otrzeć kontystce łzy. Kilka lat za późno.