Chciałbym żeby aplikanci
adwokaccy jedli narkotyki. Chodzi o te masy, którym wydaje się, że status
aplikanta określa ich pozycję społeczną, a dobre samopoczucie odwrotnie jest
proporcjonalne do umiaru. Oni to bowiem wyznaczają estetyczne kanony na
wyjazdach szkoleniowych czy integracyjnych oddając się opilstwu, przypadkowym
kontaktom seksualnym, wizytując przy tym dyskoteki i inne miejsca, w których
piękno nigdy nie zagości.
Ci aplikanci –
oni są niewinni. Wszak niewielu potrafi pić, a prawie wszyscy muszą. Znam tylko
kilku biegłych w kunsztach alkoholowych - mogą konsumować od rana i nie wpływa to
negatywnie na pracę, wrażliwość, spostrzegawczość.
Ci aplikanci
wypełniają jedynie swoją rolę – materializują witkiewiczowską wizję powszechnego
zbydlęcenia. To konieczność dziejowa. Nieświadomy motłoch musi zawłaszczyć
przestrzeń, która (z przyczyn niewiadomych, ale właśnie stąd trafność
określenia „nieświadomy”) wydaje mu się atrakcyjna.
Te masy odurzając
się pospolitym alkoholem praktykują nieskomplikowaną redukcję człowieczeństwa (zawiść
itp.). To oczywiście problem formy, bo przecież wyniszczanie środkami odurzającymi
może być również atrakcyjne, przynajmniej dla obserwatora. Oni jednak czynią to
wyjątkowo smętnie i nie trzeba być radykalnym tropicielem obłudy piękna, by
dojść do takiego przekonania.
Gdyby narkotykami
zastąpić im alkohol (wiem, że bez środków odurzających sobie nie poradzą), być może
zaczęliby odczuwać metafizyczne łaknienie, plądrować duchowy kosmos, żarliwie odtwarzać
intelektualną zawartość wszechświata.
Być może
powróciłby Duch, ku chwale Ludowej Adwokatury Polskiej.