poniedziałek, 7 listopada 2011

Kradzież brutto

Niedawno pewna ponura historia  zakończyła się definitywnie. Sąd Najwyższy nie miał wątpliwości i uznał kasację za oczywiście bezzasadną. Pamiętajcie zatem: jak coś kradniecie, to rzecz ma wartość powiększoną o VAT. Sposób rozstrzygnięcia SN spowodował, że nie poznamy uzasadnienia (na ogłoszeniu wyroku nie byłem). W międzyczasie musiałem jednak przeczytać art. 124 kw i wówczas stało się jasne, że nic z tej kasacji nie będzie. Otóż w przypadku kradzieży kryterium rozgraniczenia pomiędzy przestępstwem, a wykroczeniem jest wartość rzeczy (art. 119 k.w.). W przypadku zniszczenia, uszkodzenia itd. takim kryterium jest wartość szkody (art. 124 k.w.). Wydaje się więc oczywiste, że niszczycie netto, a kradniecie brutto, a całe uzasadnienie feralnego środka zaskarżenia pasowałoby do sytuacji, w której klient zamiast kraść olej napędowy po prostu go zniszczył. To byłaby jednak zupełnie inna, znacznie bardziej intrygująca historia, ale niewykluczone, że wam się kiedyś przytrafi. Wówczas możecie sobie skorzystać z argumentów zawartych w naszym piśmie.

Na marginesie: napisałem tę kasację, między innymi z uwagi na rzekomą, korytarzowo-sądową opinię jednego z profesorów. Może mój informator opacznie zrozumiał wypowiedź uczonego, może ja kiepsko to pismo wykonałem, w każdym razie, na wszelki wypadek, radzę wam: nigdy nie ufajcie nikomu z tytułem dr hab.



piątek, 28 października 2011

Fart

 
Kiedy przyszedł pożyczyć odkurzacz, nie wyglądał na bohatera newsów w prasie fachowej.
- Sprzątamy biuro - mówił - chcemy poodkurzać. Daliśmy mu sprzęt i jednego klienta na farta. Narzekał potem, że nasz odkurzacz kiepsko ciągnie, klient też pewnie mu się nie za bardzo podobał, ale zawsze coś na początek. Wiedzieliśmy już wówczas o tym słynnym przeszukaniu, ale nic nie wskazywało, że on zostanie gwiazdą i warto byłoby zainwestować we wzajemne relacje. W każdym razie pożyczyliśmy mu odkurzacz, który rzeczywiście kiepsko ciągnął.

Potem widziałem go w sądzie. Czekał smutny pod sekretariatem wydziału cywilno-rodzinnego. Chyba mu to nie pasowało, bo jest autorem jeszcze bardziej modelowych apelacji ode mnie, a dodatkowo umie pisać kasacje. Coś tam nawet powiedział, że trzeba się zajmować tym co się przytrafia.

Wczoraj było o nim w Rzeczpospolitej. Pokazywaliśmy wszystkim, że to jest o tym facecie, co niedawno pożyczał od nas AGD, że go znamy.

Wychodząc z sądu spotkałem go na schodach. Szedł rozpromieniony. Przyznał że zaangażowanie Sądu Najwyższego w tę sprawę było w porządku, nawet jeśli odmówili podjęcia uchwały. To pasowało mu zdecydowanie bardziej niż kolejka do sekretariatu rozwodów. To było jakieś życie, walka.

Pomyślałem, że taka sprawa w początkach działalności zawodowej to najlepsza rzecz jaka mogła się przytrafić. Kto wie co robiłbym teraz (i pod którym sekretariatem stałbym w kolejce), gdyby kilka lat temu pewien bezdomny nie skrytykował nieżyjącego już polityka, w czasie przechadzki w podziemiach dworca centralnego.

środa, 26 października 2011

Bufonada

Dawniej było oczywiste, że każdy adwokat to palant i bufon. Teraz coraz więcej jest bezrobotnych, ale pewnie niewiele się zmieni, skoro w podobnej sytuacji rynkowej znajdowali się adwokaci amerykańscy w latach 40-tych, a w „Buszującym w zbożu” czytamy: „adwokaci są w porządku (…) jeśli bronią niewinnych ludzi, ratują im życie i tak dalej, ale adwokaci przeważnie zajmują się czymś innym. Głównie zależy im na kasie, grają w golfa i w brydża, kupują coraz to nowe samochody, popijają martini i zgrywają ważniaków.” Zresztą mi też zależy tylko na kasie, bo duże mam rachunki, kredyty, opłaty za szkoły i przedszkola. Chciałem nawet zrezygnować z obrony jednego z ukochanych klientów uznając, że emocjonalne koszty nie znajdują stosownego ekwiwalentu w wynagrodzeniu. Pieniądz jest zatem najważniejszy.

Wśród kolegów karnistów (krakowskich) nie dostrzegam natomiast jakiejś patologicznej bufonady. Nikt chyba nie udaje ważniaka, a nawet jakby próbował, to seria spektakularnych porażek jest w tej robocie zjawiskiem na tyle powszechnym, że taka aktywność szybko musiałaby zostać zarzucona. W ogóle w sądzie panuje spora wolność i zrozumienie dla działań niestandardowych, świeżych i nowatorskich. Przez ostatnie 10 lat uczęszczania na sale rozpraw prowadziłem wiele kontrowersyjnych działalności, opowiedziałem mnóstwo bzdur, ale nigdy nikt nie zarzucił mi, że jest to niestosowne, niepoważne, niegodne sprawowanej funkcji. Ostatnio na posiedzeniu aresztowym opowiedziałem o sycylijskich kobietach, które lubią jak jednocześnie ukąsi je tarantula melancholijna i wesoła, bo zapewnia im to szczególnie atrakcyjny przebieg rytuałów podejmowanych w ramach kultu tarantyzmu. Stwierdziłem, że klient mój ma tę cechę osobowości, że zawsze pozostaje ukąszony przez sporego pająka, przy czym kiedy pozostaje wolny, to z reguły jest to pająk wesoły, radosny, a kiedy w niewoli, to pająk smutny, destrukcyjny. I mogłem mówić! Sąd słuchał, cieszył się i bawił (a areszt przedłużył... ale dał nadzieję na lepszą przyszłość).

Nawykły do sądowej wolności i tolerancji dla działań nieco odmiennych, kiepsko znoszę bufondę w innych miejscach. Bo skoro majestat władzy sądowniczej pozwala na swobodę artystycznych, czy pseudoartystycznych dokonań, to jakiekolwiek ograniczenia w instytucjach pomniejszych wydają się śmieszne, są przejawem ważniactwa. Wczoraj zostałem poproszony o biogram. Prosiła organizacja zajmująca się kulturą, sztuką. Uważam, że najlepszy mój biogram brzmi: „Maciej Burda, ur. 1975 r., jak spuszczał wodę to się śmiał”. Taki zaproponowałem. Napisali, że nie można! Nie nadaje się. Musi być informacja gdzie urodzony, gdzie mieszka, pracuje, co napisał, gdzie publikował. W naszym sądzie nigdy by się coś takiego nie przytrafiło.



środa, 19 października 2011

Ambasador

Umieszczenie Artura Szpilki w zakładzie karnym to jeden z większych błędów tutejszego wymiaru sprawiedliwości. Ten chłopak twierdzi wprawdzie, że zaczął grać w szachy, czytać książki, przemyślał parę spraw i zmądrzał, ale doświadczenia te mógł zdobyć pozostając na wolności. Tymczasem został ambasadorem subkultury więziennej i wywiady kończy pozdrowieniami dla wszystkich „git ludzi”, przebywających w zakładach karnych, jego braci. Mówi, że w więzieniu było w porządku, bo trafił na fajnych kolegów, potraktował sprawę plażowo. Nie narzeka.

Jego postawa jest zresztą zrozumiała i chyba jedyna słuszna. Marek Hłasko też pisał niegdyś, że pobyt w więzieniu nie jest niczym złym, jeśli tylko odpowiednio do niego podejść. Trzeba to traktować jak przygodę, a nie jakąś nadmierną uciążliwość, szczególnie kiedy kara nie jest bardzo surowa. Problem pojawia się jednak, kiedy takie podejście zaczyna prezentować większość, a nie tylko literaci i sportowcy.

Jeszcze kilka wygranych walk i pan Artur będzie wzorem dla osiedlowych dzieciaków. Jest silny, pewny siebie, wygrywa i wygląda na fajnego chłopaka. Jego szczególna atencja dla marginesu społecznego i popularyzowanie subkultury więziennej trafią na podatny grunt. Nawet jak ktoś się będzie trochę bał więzienia, to przecież potraktuje je jako naturalny i koniczny etap rozwoju mężczyzny. Dotychczas takie postawy nie były rzadkością, obecnie zyskały potężnego promotora. Ponieważ już kiedyś o podobnych rzeczach pisałem, to chciałbym zapytać ponownie: czy o to walczyliście?

środa, 5 października 2011

Efekt instrukcji

Podobno przed rokiem 2000 instytucja warunkowego przedterminowego zwolnienia była stosowana. Wczoraj wyjawił to prof. Krzysztof Krajewski w czasie tak zwanego szkolenia zawodowego. W owym roku nastąpił krach i skuteczność wniosków skazanych spadła o 30 procent. Miał to być efekt instrukcji ówczesnego ministra sprawiedliwości, który zalecał dyrektorom zakładów karnych, by sprzeciwiali orzekaniu na korzyść osadzonych. Sąd podejmuje decyzję przede wszystkim w oparciu o materiały dostarczone przez administrację ZK i negatywna opinia najczęściej przesądza o losach wniosku. Ministrowie sprawiedliwości się zmieniali, ale zwyczaj i statystyki pozostały niezmienne.

Nie jest więc łatwo, być może niektórych pocieszy wiadomość, że problem dotyczy wszystkich państw postkomunistycznych. Kary pozbawienia wolności są orzekane częściej, a skazani spędzają w zakładach karnych więcej czasu. Pewnie to się zmieni i za 40 lat będzie jak na zachodzie, ale jakby się wam już teraz przytrafiła jakaś kara pozbawienia wolności, to dam wam parę wskazówek i być może osiągniecie sukces. Pamiętajcie zatem:

  1. Nie możecie przystępować do subkultury więziennej. Jak już to zrobicie, to proszę się zachowywać honorowo i nie występować o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Nie można walczyć z systemem i jednocześnie błagać o litość.
  2. Karę musicie wykonywać w systemie programowego oddziaływania. Wszyscy na te programy narzekają, podobno trzeba pisać idiotyczne wypracowania. Jak chcecie wcześniej odzyskać wolność, to trzeba się jednak przełamać.
  3. Próbujcie jak najszybciej znaleźć się w zakładzie półotwartym. Tam łatwiej o pracę, przepustki, a to ma zasadnicze znaczenie.
  4. Unikajcie kar dyscyplinarnych. Nawet jak będziecie mieli kilkadziesiąt nagród i jedną karę dyscyplinarną, to i tak sąd wam to wypunktuje.
  5. Jeśli kara została orzeczona za przestępstwo popełnione pod wpływem alkoholu, narkotyków itd., to dobrze wam zrobi leczenie, kurs.
  6. Trzymajcie kontakt z rodziną. Gdzieś musi was odwiedzać kurator.
  7. Praca. Trudno zdobyć, ale pomaga, szczególnie poza zakładem karnym.
  8. Szkoła, kursy, zaświadczenie o możliwości podjęcia pracy po opuszczeniu zk.
  9. Sztuka was wyzwoli. Uprawiajcie korzenioplastykę, piszcie wiersze, malujcie na czym popadnie, zaciągnijcie się do więziennego teatru.
  10. Przepustki. Wydaje mi się, że S.A. w Krakowie przywiązuje do nich sporą wagę.
  11. Do napisania wniosku możecie nająć adwokata. Ładny wniosek może wam pomóc, ale jest ostatnią z rzeczy mających jakiekolwiek znaczenie.





wtorek, 27 września 2011

Argument o wydźwięku performatywnym

Miałem niegdyś taki pomysł, żeby złapać karalucha do pudełka i wypuścić w czasie posiedzenia w przedmiocie przedłużenia tymczasowego aresztowania. To miał być taki argument – jak to ujął jeden z kandydatów na posła – o wydźwięku performatywnym. Był rok 2007, klient pozostawał „tymczasowo” aresztowany od 2001, a ja źle znosiłem wizyty na oddziale N w katowickim areszcie. Spośród pomieszczeń przeznaczonych na spotkania z osadzonymi najgorsze jest (dawno nie byłem, może to się zmieniło) to oznaczone nr 1. Nad nim znajdują się prysznice oddziału dla kobiet, których szczelność pozostawiała wówczas wiele do życzenia, bo ściany celi nr 1 pokrywał różnokolorowy grzyb. Spędzało się tam sporo czasu w samotności, bo przygotowanie osadzonego z oddziału N do spotkania z adwokatem trwa dość długo. Tam właśnie przychodziły karaluchy, zaś ich obserwacja umilała kilkudziesięciominutowe oczekiwanie. Karmiliśmy je batonikami, którymi częstował mnie klient. Zasada była taka, że jak  wywiązałem się z zadania to batonik był i karaluchy miały deser. Jak się nie udało, to niestety, musiały się zadowolić posiłkiem wyszukanym samodzielnie.

Pewnego razu przyszedł karaluch o wyjątkowej wielkości. Pojawił się  zanim mnie zamknięto w tym pomieszczeniu (to jest właśnie niekomfortowe: zamykają w czymś o wymiarach 2x2 i czekając na doprowadzenie siedzisz tam jak idiota, a jeszcze filmuje cię kamera), więc kiedy zaświeciliśmy światło (nie ma okna), postanowił udawać, że nie żyje. Świetnie się nadawał, był wielki, czarny, błyszczący, dobrze odżywiony. Wprawdzie kiepsko reagował na światło, ale być może dałby się wytrenować, w końcu chodziło zaledwie o krótką, nerwową bieganinę po ławie obrony, ewentualnie stole sędziowskim (to by się pewnie nie udało). Chyba każdego zdrowego karalucha stać na tego rodzaju występ. Stało się jednak nieszczęście, bo nadepnął go funkcjonariusz służby więziennej. Tam pracują dobrze zbudowani mężczyźni, dodatkowo noszą te ciężkie karabiny i kamizelki kuloodporne, więc sądowa kariera karalucha legła w gruzach, sczezł bowiem z  donośnym chrzęstem.

W ostatnim czasie trudno trafić na długoletni areszt, ale przyniesiono mi postanowienia aresztowe dotyczące Zdzisława Ł. osadzonego na wspomnianym oddziale N w Katowicach. Chcieli żebym napisał do jakiejś organizacji, fundacji, rzecznika. Ja już nie piszę do żadnych organizacji, ale powiem wam, ku przestrodze, jakbyście jednak kiedyś zostali sędziami, że kiepsko wygląda stosowanie „tymczasowego” aresztowania od 18 stycznia 1999 do dnia dzisiejszego. Była tam wprawdzie roczna przerwa z powodu wprowadzenia do wykonania  innej kary pozbawienia wolności, ale człowiek jest „tymczasowo” w więzieniu z powodu jednej sprawy od 12 lat. Jakbyście więc byli sędziami i trzymali kogoś „tymczasowo” w areszcie tak długo, to pamiętajcie, że obrońcom, choćby z nudów, mogą przychodzić do głowy różne argumenty. I patrzcie im na ręce.

wtorek, 20 września 2011

Posiedzenie

Byłoby lepiej gdyby pokrzywdzony (w razie śmierci rodzina) mogli brać udział w posiedzeniach dotyczących warunkowego przedterminowego zwolnienia. Z jednej strony pozwalałoby to na ochronę jego interesu, ale z drugiej można byłoby doprowadzić do jakieś ugody i tym ośmielić sąd do korzystnego rozstrzygnięcia. Większość skazanych, szczególnie w Tarnowie, narzeka, że warunkowe przedterminowe zwolnienie to fikcja, a wnioski składane nawet tuż przed zakończeniem kary nie są uwzględniane. Jest tak najpewniej dlatego, że warunkowe przedterminowe zwolnienie postrzegane jest jako nagroda za wyjątkowo dobre sprawowanie, nie zaś element dalszego, kontrolowanego wychowywania skazanego. W więzieniu mało kto jest zdolny do wzorowego zachowania (właśnie dlatego tam się znalazł), więc przy takim podejściu niewielu skorzysta z dobrodziejstwa wcześniejszego odzyskania wolności. Kto wie, być może lepiej wypuszczać, stosując dozór kuratora i licząc, że perspektywa odwołania warunkowego przedterminowego zwolnienia skutecznie zmotywuje do prawego życia (przynajmniej niektórych). W każdym razie pozyskanie przychylnego głosu pokrzywdzonego byłoby jakimś polem do popisu obrońcy, a i sam pokrzywdzony mógłby wiele zyskać, bo obecne podejście wielu osadzonych, którzy wolą odsiedzieć niż naprawić szkodę, nie daje żadnych nadziei na rekompensatę poniesionych strat.

O zwiększeniu uprawnień pokrzywdzonego pomyślałem parę lat temu oglądając ten materiał: http://www.youtube.com/watch?v=5Y_mYLxg9iQ To zapis posiedzenia w przedmiocie warunkowego przedterminowego zwolnienia Susan Atkins skazanej za osiem morderstw, w tym Sharon Tate. Warto to obejrzeć, zwróćcie uwagę, że ponad 30 lat po zdarzeniu prawnik rodzin ofiar mówi o szczegółach zdarzeń, jest odczytywany list ojca Sharon Tate zawierający jego relację z wizyty w domu na dzień po dokonaniu zbrodni (to w trzeciej części). W starciu z prawnikiem rodzin, adwokat reprezentujący Atkins (zresztą jej mąż, przeciwnik pokpiwa, że mogliby razem prowadzić kancelarię, gdyby wyszła) był na przegranej pozycji, bo przytoczenie zaledwie niektórych szczegółów zdarzenia musiało wzbudzić maksymalnie negatywne emocje sędziów. Gdyby udało mu się uzyskać przychylność przeciwników, to ci pominęliby to co najgorsze i być może Atkins umarłaby na wolności.