wtorek, 14 października 2014

Nieuniewinnianie


Wygrałam sprawę Oburzonych. Tych, o których już było tu i tu

To była kolejna odsłona ich działalności buntowniczej, szyderczej degrengolady zagrażającej obyczajom i estetyce centrum miasta. Cichcem, nie zgłaszając nic nikomu, zebrali się w rocznicę Wydarzeń Namiotowych. Przynieśli transparent, ulotki, rower z tabliczką i megafon, kilku nawet przezeń gawędziło do gawiedzi. 

Niewielu ich było tym razem, bo jakieś 10 dusz, chyba że liczyć razem z policją, to ze 12. Czujni stróże prawa i tym razem nie zawiedli, asystując Oburzonym w nielegalnym zgromadzeniu, lecz w nim nie przeszkadzając*, a nagrywając i uwieczniając czyn wykroczeniowy kamerą służbową. Po wszystkim podeszli do dwóch młodzieńców najmocniej siejących ferment, wylegitymowali i zaprosili do Sądu na później. Przyszliśmy.

Postawili zarzut przewodniczenia nielegalnemu zgromadzeniu Oburzonemu, który mówił przez megafon. Nie mieli racji bo:
- było mniej niż 15 osób, nie wymagało zgłoszenia;
- zebranie było niepokojąco spontaniczne, ustawili się na nie rok wcześniej, i niektórzy nawet przyszli (dlaczego? – nie mógł zrozumieć oskarżyciel z władzy);
- nie było planu, celów, środków, przygotowań, ustaleń, organizacji. Tak sobie przyszli;
- przez megafon mówiło kilka osób, w tym charyzmatyczna Pani z ruchu lokatorskiego, której powaga i wiek dojrzały jakoś nie pasowały do tego całego zamieszania, więc nie dostała mandatu ani wniosku o ukaranie;
- i z kilku jeszcze przyczyn, ale to już mniej istotne.

Mieli natomiast film. Przed jego obejrzeniem Sąd przesłuchał kilku naszych świadków wichrzycieli, którzy walczyli z obwinionym** ramię w ramię, nawracając zblazowanych spacerowiczów. Po filmie Sąd udzielił głosu stronom. Oskarżyciel poprosił o nie uniewinnianie. Odniósł porażkę.




*policjanci mówili w Sądzie, że obserwowali nielegalne zgromadzenie, ale nie interweniowali do jego zakończenia, gdyż nie chcieli przeszkadzać.
**obwiniony kiedyś nie przyszedł na rozprawę, bo miał egzamin na uczelni. Obronił doktorat. 

czwartek, 18 września 2014

Rocznica

W dniu 18 września wspominamy aplikanta adwokackiego Atanazego Bazakbala. Zginął tragicznie i dość przypadkowo rozstrzelany przez pluton pograniczników jako szpieg, którym w istocie nie był. Obecnie jest postacią nieco zapomnianą.

Nie zachowały się żadne relacje z jego wystąpień sądowych, czego należy niewątpliwie żałować, bo jeśli były one choć w niewielkim stopniu zapośredniczone w doświadczeniu życiowym mówcy, to należała im się najwyższa uwaga. Wszak poczucie dziwności bytu towarzyszyło mu stale i - co ważne - nie wynikało z egzaltowanego mistyfikowania rzeczywistości. Atanazy Bazakbal przeżył te ekstremalne i perwersyjne przygody, kokainowe sesje i egzotyczne podróże. Mógł czerpać z przepastnego rezerwuaru duchowych potworności, które stały się jego udziałem i niechybnie to czynił. Brak jakiejkolwiek dokumentacji tej ważkiej dla polskiej adwokatury działalności jest więc tyle smutny co niesprawiedliwy. Próżno szukać o nim wspomnień w archiwalnych numerach Palestry.

Dziś byłby znakomitym wychowawcą młodzieży, ukochanym wykładowcą i wzorem do naśladowania. Niech każdy aplikant adwokacki w tym kraju nosi go w swoim serduszku. Przynajmniej przez jeden dzień.

sobota, 13 września 2014

裳着

Bardzo trudno znaleźć aplikantkę adwokacką o aparycji i duszy aniołka. Przyszła jednak sama.

Nie popełniła nigdy złego uczynku (być może raz niestarannie zawiązała łyżwy i trener musiał krzyczeć). Uważa, że świat jest dobry, ludzie przyjaźni i interesujący, a Alice in Chains to taki blog o prawie karnym.

To ona była dublerką Audrey Tautou w scenie, w której Amelię przepełnia potrzeba niesienia pomocy każdej istocie na ziemi. W ogóle nie myśli o śmierci, a w szczególności czy będzie padało gdy umrze. Zresztą ona nie umrze, tylko przeniesie się do Berlina.

Po rytualnym spotkaniu z Szatanem posłaliśmy ją do sądu. Na znak pokoju. Poszła.

Tu trzeba przywołać pewne smutne wydarzenia. Możemy to zrobić bo napisała o nich lokalna prasa, więc cierpienie ktoś już wywlekł i sprzedał. Nam pozostaje zazwyczaj wygodna, leczy w tym wypadku przykra rola obserwatora.

Otóż poszła na rozprawę, na którą wezwano świadka słabego zdrowia. Przybył pomimo dokuczliwego bólu różnorakich części ciała (dość od siebie odległych) i awizując kiepskie samopoczucie wzbudzał wątpliwości – czy słuchać go, czy wezwać na inny termin. Po przerwie (akurat przyszedłem) stan jego się pogorszył ale biegły psycholog otarł łzy, dodał otuchy, świadek przeprosił i już miał zacząć zeznawać. Spojrzał jednak na zegarek. Była 12.36. Poinformował, że za minutę kończy mu się opłata parkingowa, więc chciałby pójść ją uiścić. Uznałem, że przynoszę nieszczęście i zacząłem pakować manatki bo to ważny świadek i trzeba go w końcu przesłuchać. Sąd po krótkim namyśle (to nie był pierwszy dzień walki o relacje i nie pierwszy problem) zgodził się. Wówczas dopiero świadek pokazał, że jest absolutnym mistrzem: przeprosił i zapytał czy ktoś z obecnych na sali ma drobne na tę opłatę. Zapanowała ogólna konsternacja i pewnie nikt nie dostrzegł, że lokatorka nieba nad Berlinem in spe wyciągnęła portfel.

Nie pozwoliłem na sponsorowanie nieszczęsnego. Wyszedłem, a zło przysiadło się do niej. Będziemy obserwować jego postępy.

czwartek, 4 września 2014

Zemsta



Jestem trochę zła na Sąd Rejonowy w Oświęcimiu. Skazał ostatnio kolejne wcielenie białogłowy, o której była mowa tutaj. Sprawdziła się więc złowieszcza przepowiednia A. Pepłowskiego, że złoczyńcy sprawiedliwość na tym świecie wymierzona nie będzie, a białogłowie pozostaje szaleństwo. Zarządził też niedawno ponownie karę. Zażalimy, poapelujemy, a tymczasem remont. 

Dla jasności – Sąd w Oświęcimiu jest teraz w remoncie, także sale z pierwszego piętra znalazły się na drugim, i teraz tam mieszka prawo. Prawo też do remontu. Nieszczęsny ten moment uniemożliwia interesantom Sądu w Oświęcimiu załatwienie potrzeb fizjologicznych w remontowanym gmachu, gdyż skrzydło sanitarne odcięto.

Za dobrych czasów, kiedy jeszcze w oświęcimskim Sądzie działała łazienka, wyglądała tak:


środa, 27 sierpnia 2014

Agencja nietowarzyska

Można łatwo ustalić, że w dniu 20 maja 2011, o godz. 21.56 staliśmy w jednym miejscu (miejsce to niełatwo było odszukać przy pomocy mapy). W dniu 10 września 2011 widzieliśmy się przez kilkanaście sekund. To wszystko.

Jego śmierć była jednak poruszająca.

Obawiam się, że zdążył przeczytać fragment: „Dzisiaj, prowadząc program sportowy „Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015”, gdy wiodę młodych ludzi w góry najwyższe, walczę i pilnuję jak oka w głowie wypracowanych przeze mnie zasad, które w lat 80. nie zawsze były stosowane. Na moich wyprawach obowiązuje zasada utrzymywania ciągłego kontaktu z partnerem (wzrokowy, radiowy), nie rozdzielania się, szczególnie w zejściu (...)” (Artur Hajzer posłowie do drugiego wydania „Ataku rozpaczy” str. 246).

Musiał być zawiedziony. Haiku w ostatnim tchnieniu, inspirowane poetką Podgórnik, mogłoby więc zawierać przekaz, iż świat to agencja nietowarzyska, piknik w niepogodę.

Nazywał się Tomasz Kowalski i wraz z trzema innymi osobami wszedł na Broad Peak (8051 mnpm według Wikipedii). Wróciło tylko dwóch zdobywców. To było pierwsze zimowe wejście na tę górę. Podobno zimy w Karakorum są surowsze niż w Himalajach.

O jego umieraniu napisano dwie książki, jeden raport, wiele artykułów prasowych. Były też programy telewizyjne, wywiady, konferencja.

Ktoś zawiadomił Prokuraturę Okręgową w Krakowie o możliwości popełnienia przestępstwa. Podobno nikt z rodzin zmarłych. Początkowo uznałem, że może ma to jakiś sens, ale szybka diagnoza jednego z autorytetów („idiotyzm”) i analiza licznych publikacji wykluczyły mnie z grona entuzjastów angażowania organów wymiaru sprawiedliwości w tę historię. Wszystko przez zmorę zręcznego adwokata.

Informacje podstawowe:

  • do ataku szczytowego wyruszył zespół czteroosobowy. Nie ustalono zasad powstępowania na wypadek słabego tempa (ostateczna godzina odwrotu), czy osłabnięcia jednego z uczestników. Nie wybrano lidera ataku. Ustalono, że wyjście nastąpi o 5.00 (w raporcie PZA uznano to za porę zbyt późną, kierownik wyprawy zwracał na to uwagę uczestnikom ataku).
  • zasady wejścia na ośmiotysięcznik nie są nigdzie spisane. Trudno mówić nawet o jakiś jasnych regułach wypracowanych zwyczajowo (literatura himalajska pełna jest przykładów ataków wieloosobowych, dwójkowych, solowych, w składach zmieniających się w trakcie). Dla prawnokarnej oceny postępowania osób, które przeżyły trudno znaleźć jednoznaczny wzorzec właściwego postępowania.
  • pozostający w bazie kierownik wyprawy zalecił, by atakujący się nie rozdzielali, jednak na grani szczytowej różnice w tempie były znaczne. Pierwszy zdobywca dotarł na szczyt w słońcu, ostatnich dwóch (w tym Tomasz Kowalski) po 40 minutach. Zaraz później nadeszła noc.
  • Pomimo zdobycia szczytu przez tego pierwszego (i bardzo późnej pory) pozostali nie zdecydowali się na wspólne zejście i kontynuowali atak. Drugi zdobywca również niezwłocznie rozpoczął odwrót i nie czekał na pozostałą dwójkę. Podobno podczas wymijania Tomasz Kowalski proponował mu ponowne wyjście na szczyt i nakręcenie filmu.
  • Tylko Tomasz Kowalski utrzymywał stałą łączność przez radiotelefon. Utrzymywał ją do końca.
  • Z rozmów pomiędzy Tomaszem Kowalskim, a kierownikiem wyprawy (ten ostatni je nagrał) wynika, że umierał sam. Był na końcu, nie mógł iść, miał kłopoty z oddychaniem, miał problem z odpięty rakiem. W jednym z połączeń, po długim czasie, stwierdził, że jednak jest z towarzyszem, jednak tamtemu nie chce się rozmawiać. Miejsce śmierci Kowalskiego zostało ustalone, ciało towarzysza nigdy
  • Dla prawnokarnej oceny wydarzeń istotne jest jeszcze to, że pogoda była dobra jak na zimę w Karakorum. Wyjątkowo bezwietrznie. Jeden z tych co przeżyli, podczas zejścia zmieniał baterie w czołówce przez 40 minut. Nie zamarzł. Nie nabawił się poważnych odmrożeń.


Najgorsze zatem co się może przytrafić rodzinom zmarłych, to zręczny adwokat tych, którzy przeżyli. Taki adwokat będzie bezwzględnie eksplorował procesową fikcję, która dla rodzin może być bardzo bolesna. Na przykład jedynym możliwym ustaleniem wydaje się, że Kowalskiego zostawili nie tylko ci, którzy przeżyli, a również i ten co zginął. Tymczasem ten właśnie był najbardziej doświadczony. Nie ma dowodów, że byli razem, przeczą temu nagrania kierownika wyprawy i pewne fakty (gdyby byli razem to pewnie towarzysz pomógłby zapiąć raki i pokonaliby wspólnie Rocky Summit), jest jedna poszlaka (w jednej z rozmów Kowalski nagle stwierdza, że siedzą razem na kamieniach), więc trzeba będzie bazować na procesowej fikcji i zgodnie z art. 5 par. 2 kpk przyjąć, że nawet bardzo doświadczony himalaista, jeden z największych polskich wspinaczy, znany z troski o partnerów zostawił Tomka Kowalskiego. Skoro on to zrobił, to dlaczego pozbawić tego prawa młodszych, mniej doświadczonych, których wina polega być może tylko na tym, że mieli więcej siły (jak powiedziałby zręczny obrońca). Jeśli zatem w procesie miałby być ustalany wzorzec właściwego postępowania w czasie tej akcji górskiej (na potrzeby stosowania art. 160 k.k.), to samotna śmierć zostanie instrumentalnie wykorzystana, a druga z ofiar ataku zostanie – być może niesłusznie – obciążona pozostawieniem kolegi w górach.

Bolesne mogą być również rozważania na płaszczyźnie związku przyczynowego pomiędzy odłączeniem się tych, którzy przeżyli, a zwiększeniem zagrożenia dla życia, tych, którym zejść się nie udało. Lektura publikacji fachowych dowodzi bowiem, że najczęściej wybiera się wariant dwójkowy ataku szczytowego jako zapewniający odpowiednie bezpieczeństwo. Zatem ci, którzy się odłączali, nie zwiększali ryzyka dwóch pozostałych, a co najwyżej swoje własne. Ta dwójka – stanowiąc zespół – była najbezpieczniejszym ogniwem. Dopiero kiedy ostatni opuścił Kowalskiego, to naraził go na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia. W bezwzględnej procesowej fikcji jednym sprawcą może być więc ten nieżyjący. Ucieczka pozostałych pozostawała bez związku z poziomem zagrożenia dla życia, a nie było powodów, by przewidywać, że dwuosobowy zespół się rozdzieli.

Nie można też wykluczyć skutecznej argumentacji, że nawet gdyby cała czwórka szła cały czas razem, to i tak nie powstrzymałoby to narastającego zagrożenia dla życia i zdrowia. Zręczny adwokat będzie wykazywał, że ofiary były zbyt słabe, nie nadawały się do wędrówek w tak wysokie góry.

Argumentacja na płaszczyźnie szkodliwości społecznej może być najgorsza. Zręczny obrońca może powiedzieć, że nikt nie jest zobowiązany do narażania własnego życia w imię pomocy osobie z motywacją nieprofesjonalną (szerzej o tym Jacek Hugo Bader w „Długim filmie o miłości”, nawet jeśli w książce nie wszystko jest prawdą, to zręczny obrońca będzie drążył, co może być trudne do zniesienia), a zatem nie ma żadnej szkodliwości społecznej w porzuceniu w górach nieodpowiedzialnego uczestnika wyprawy, który sam podejmuje szkodzące mu działania. Jeśli rzeczywiście Kowalski chciał się oświadczyć przed kamerą na szczycie Broad Peak, to jest to romantyczne, ale zostanie przedstawione jako szczeniacki przejaw braku przewidywania konsekwencji ryzykownych zachowań. Jeśli jego ambicją była notka w encyklopedii, to zręczny obrońca powie, że zaburzało to racjonalne postępowanie i wykluczyło odwrót wraz z powracającymi ze szczytu zdobywcami (o zasadności takiego postępowania pisze Aleksander Lwow we wznowieniu „Zwyciężyć znaczy przeżyć”). Kowalski będzie przedstawiany jako bezrefleksyjny kolekcjoner osiągnięć, który narażał siebie i innych (bo np. kręcił film na szczycie, zamiast natychmiast uciekać przed nadchodzącą nocą i skrajnym wyczerpaniem). Zręczny obrońca powie, że zostawienie go w górach w ogóle nie było szkodliwe społecznie, bo stanowiło jedyne rozsądne rozwiązanie.

Teza o filmie zostanie też wykorzystana na płaszczyźnie strony podmiotowej. Padnie argument, że nikt nie mógł przewidywać słabej kondycji Tomka Kowalskiego skoro ten szykował się do sesji zdjęciowej na szczycie i nakłaniał do powrotu jednego ze schodzących. Takie zachowanie wskazywało,na świetne samopoczucie. Nikt nie mógł więc wiedzieć, że już wkrótce Kowalski zacznie umierać i znajdzie się w sytuacji zagrożenia życia. Nie ma nawet nieumyślności.

Zręczny obrońca może irytująco mnożyć więcej wątpliwości (np. czy ci, którzy nie poczekali mieli status gwaranta, czy zaniechanie oczekiwania to działanie, itd.) więc nie ma to większego sensu i cała nadzieja w mądrych mieszkańcach Pakistanu, którzy być może nie mają w kodeksie karnym odpowiednika art. 160 naszego k.k. (innych przepisów nie rozważam – art. 162 k.k. nie może być stosowany, bo kiedy pojawiła się potrzeba udzielenia pomocy, to taka aktywność wiązała się z narażeniem życia powracających po Tomasza Kowalskiego). Sens ma tylko polska poetka Podgórnik Marta.

sobota, 19 lipca 2014

Policja czasem też pomaga



Życie, czyli Sąd Rejonowy, napisało ciąg dalszy historii, o której Szef wspominał we wpisie Obrona dzieci Polskich. Mimo braku moralnego prawa muszę więc zrelacjonować, co dalej z tą obroną, bo musimy – i bronić, i opowiadać o tym, ku przestrodze, i być może – pokrzepieniu serc.

Faktycznie było tak, że pojechałam na zatrzymanie. Młoda, po nocy spędzonej w izbie dziecka, nie wyglądała najlepiej. To wszystko już było tu i tu

Ponad tydzień później obejrzałam akta. Notatka służbowa z rozmowy mojej z zatrzymaną. Czyli z tego, co mówiłam do nielatki, kiedy funkcjonariusza nie było w pomieszczeniu. Był na korytarzu i albo używał szklanki (stary dobry sposób prawdziwych konspiratorów) albo metody kelnerskiej (dobrze już znanej bywalcom knajpy Sowa i Przyjaciele). Z treści notatki wynikało, że protokołując rozmowę, dodał od siebie. Złych rzeczy. Przykro się czytało, że niby pochwalam narkotyki miękkie w rękach dzieciaków (tym bardziej, że od długiego czasu towarzyszy mi duch abstynencji, nawet alkoholowej). Nie mniej nieprzyjemne było, że szefowa tegoż policjanta napisała, że demoralizuję. Czyli kolejna notatka urzędowa. Kłamstwa.

Sąd Rejonowy zmienił swoje postanowienie o częściowej niezasadności zatrzymania na 577 kpc. To miażdżyło rozum i duszę. Napisał, że jednak zatrzymanie było całkiem super całe, bo policjanci wyjaśnili co i jak, że mieli takie a takie jeszcze podstawy, no i wszystko lege artis. W takich momentach nadzieja umiera. 

Napisałam zażalenie. Długie, merytoryczne, wściekłe – przyznaję. Dwutorowe, bo po pierwsze: podstawy zatrzymania winny być w protokole zatrzymania, a nie w notatkach służbowych reagujących na postanowienie o jego niezasadności (w obu miejscach podano różne), a po wtóre: 577 kpc nie służy do zmieniania postanowienia wydanego wskutek zażalenia na zatrzymanie. Nie służy i koniec, bo jego funkcją jest swoboda zmiany postanowień opiekuńczych kiedy zmienia się sytuacja dziecka, a nie poglądy i marzenia policjantów. 

Przyszło, bez uzasadnienia, postanowienie o uchyleniu tego zmieniającego pierwotne. Czyli sukces – eliminacja z rzeczywistości decyzji na 577, o tym że było lege artis. Czyli jednak nie było. Sąd nie przekazał tego nawet do II instancji, uchylił w autokontroli. Może wiedział od początku, może się zreflektował. 

Wcześniej jeszcze Sąd zakończył postępowanie zatrzymanej nieletniej, uznając że dopuściła się czynu karalnego (miał rację) i ustanowił nadzór odpowiedzialny rodziców (art. 6 pkt 3 upn, miał rację). 

Jestem jeszcze ciekawa kilku rzeczy: jak Rada Adwokacka zadziała po naszym (Szefa i moim) zawiadomieniu o naruszeniu tajemnicy obrończej; czy Sąd zrealizuje zapowiedź donosu dyscyplinarnego, w którym zawiadomi Radę Adwokacką o tym, że demoralizowałam – na podstawie brawurowych notatek służbowych z rozmowy objętej tajemnicą obrończą; co w końcu zrobi Prokuratura, zawiadomiona o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariuszy?


***

Przy tej okazji nie mogę nie napisać o jeszcze jednym wydarzeniu. Ponad tydzień temu zatrzymano nieletniego, zarzut najgorszy prawie z możliwych. Okazało się, że zarzut jak kulą w płot, z pomówienia. I tutaj wielkie podziękowania dla Szanownych Pań Funkcjonariuszek z Komendy Powiatowej Policji w Krakowie - za: uniknięcie schroniska, wyczucie sytuacji, kulturę, zrozumienie dla Młodego, dążenie do prawdy, humanitaryzm, rozmowę. Za wyrzeczenie się roli inkwizytora i wykreowanie sytuacji tak, że chłopak nie bał się mówić prawdy. Więcej takich Funkcjonariuszy, bo przywracają wiarę dawno zagubioną w to, że Policja pomaga.


wtorek, 8 lipca 2014

Piosenka dla trzech osób

Teraz jest noc i system rozgrzewa się, by wygenerować kolejną, alarmującą wiadomość. Teraz jest czas na proklamację pasma absolutnie najniższej poczytalności, zawiadomienie o rozpoczęciu okresu radykalnie hermetycznego. Nocna piosenka jest zatem dla trzech tylko osób. Pozostali, nieupoważnieni, niech nie ważą się jej słuchać, gdyż piosenka jest straszna. 
 
Ta trójka niech sobie nuci. Chociażby przed plutonem egzekucyjnym.