sobota, 6 października 2012

Problem formalnego ujawnienia materiałów niejawnych na posiedzeniu w przedmiocie zastosowania tymczasowego aresztowania (nudne studium przypadku)

Ssały odkurzacze, krzątały się panie sprzątające, a media publikowały już filmy z zatrzymania. Czekając na posiedzenie aresztowe obiecaliśmy pani protokolantce, że przeczytamy akta zanim zdąży powiedzieć ciastko z jagodami i udało się. W aktach jawnych nie było nic. Wszystkie dowody zbrodni miały wynikać z materiałów niejawnych. Niby sprawa była beznadziejna, jednakże nasi chłopcy wyjaśnili, że o żadnych okropnych substancjach odurzających nie wiedzieli (no może jeden wyjaśnił, że trochę tam wiedział).

W związku z ich wyjaśnieniami, pośród szumu tych odkurzaczy, powstała taka koncepcja, że sąd musi jakoś  materiały niejawne wprowadzić do postępowania, bo inaczej nie będzie formalnych podstaw do ustalenia, że zachodzi przesłanka ogólna – prawdopodobieństwo popełnienia zarzuconych czynów.  Przymus wynikał z art. 92 kpk (wtedy tego oczywiście nie wiedziałem, ale z komentarzy wynika, że również w postępowaniu incydentalnym trzeba podstawę faktyczną orzeczenia formalnie uzyskać, przy czym postanowienie nie wymaga takich reżimów jak wyrok -  intuicja była więc dobra). Dalszy plan był taki, że jak sąd zacznie się wikłać w ujawnianie, to wtedy może uda się jakoś spowodować, że nasi chłopcy skomentują te tajne świadectwa ich aktywności (chociaż mógł ujawnić bardzo dyskretnie, ale nie podpowiadaliśmy przecież) i wyjdzie z tego jakieś dobro. Pułapką miał być  więc moment, w którym sąd powie, że „odczytano”, albo „ujawniono” materiały tajne (różne rzeczy można było wtedy zrobić, poczynając od prostej konstatacji, że nie ma ich na sali). Dodatkowo mieliśmy złożony wniosek o zapoznanie z aktami w zakresie stanowiącym podstawę wniosku. Próba ujawnienia materiałów niejawnych w czasie posiedzenia spowodowałaby nasze oświadczenie o pilnej potrzebie zapoznania się z nimi (a zgodę już wszak mieliśmy, skoro pokazano nam część jawną), co w piątkowy wieczór mogło spowodować korzystne komplikacje czasowe (pan z kancelarii tajnej raczej nie wsłuchuje się melancholijnie w głos odkurzaczy).

Próba sprowokowania sądu do formalnego uczynienia z materiałów niejawnych faktycznej podstawy  rozstrzygnięcia  wywołała taki efekt, że sąd na wszelki wypadek w ogóle nie zapisał w protokole, że „ujawniono akta”. Orzekł natomiast tak jakby ujawnił, chociaż mówiłem - o ile pamiętam -  wprost, że tak nie może, że musi się jakoś uporać z tą podstawą  faktyczną.

W zażaleniu będziemy zatem zarzucać naruszenie art. 92 kpk. Będziemy twierdzili, że w tym układzie procesowym, jeśli sąd nie zdecydował się na jakiekolwiek oświadczenie co do ujawnienia akt jawnych i niejawnych, to orzeczenie nie ma żadnych podstaw faktycznych i musi zostać uchylone do ponownego rozpoznania (a jako rzecze SN wówczas podejrzani odzyskują wolność). Jeśli komuś się już coś podobnego przytrafiło, w szczególności w zakresie materiałów niejawnych, to będę wdzięczny za sygnał co uczynił sąd odwoławczy. Nigdy jakoś nie przemyślałem problemu formalnego uczynienia z materiałów niejawnych podstawy faktycznej postanowienia o tymczasowym aresztowaniu.


p.s. niestety jednym z bohaterów opisanych wydarzeń był mężczyzna, którego dotyczył i ten tekst

p.s. szczęśliwy, aczkolwiek nieostatni epizod tutaj, a postanowienie S.O. tutaj


wtorek, 25 września 2012

Protest


Wszystko zaczęło się od pana Kękusia. On pierwszy usadowił się przy wejściu do sądu, ustawił planszę informacyjną, zgromadził stosowne wyposażenie i rozpoczął protest głodowy. Początkowo nie miał za wiele roboty, czytał książkę, czasami z nim gawędziłem.  W letnie, ciepłe noce koczowanie pod sądem  miało być może jakiś urok.

Potem dołączyła kobieta. Swoje plansze ustawiła po drugiej stronie wejścia. Miała podobną metodę – szczegółowo opisała problemy, bacząc, by lista prawników winnych jej krzywd była kompletna.  

W ślad za nią poszli następni i pod wejściem zaroiło się od protestujących.  Pan Kękuś – weteran i pomysłodawca miał znacznie więcej roboty. Udzielał wywiadów, konsultował, chyba raz widziałem jak pisał coś na takim małym komputerku. Z kolejnych plansz wynikało, że akcja obejmuje inne miasta, a koczowanie pod sądem stało się zjawiskiem ogólnopolskim.

Jeszcze przed Wielkim Wysypem Protestujących pan Kękuś powiedział mi, że jego głodówka przyniosła częściowy skutek bo – o ile pamiętam – wiceprezes sądu przyniósł mu korzystną decyzję procesową. Ja nawet poinformowałem o tym jednego z ukochanych klientów i jego rodzina na chwilę dołączyła do grona koczowników, osiągając niemalże natychmiastowy sukces (przez ponad półtora roku nie potrafiłem spowodować, by odzyskał wolność, a oni osiągnęli to niemal od razu).

Jesienna aura osłabia  ducha protestujących. Dzisiaj w porannym dżdżu mokły coraz mniej liczne plansze. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że protest jest najlepszą formą uzyskania korzystnego rozstrzygnięcia. Szkoda pieniędzy na adwokatów,  wystarczy stanąć pod sądem i naprawdę można osiągnąć znacznie szybciej, znacznie lepsze efekty. W ogóle myślę, że taka ludowa rewolucja sporo by zmieniła. 

czwartek, 30 sierpnia 2012

Pedagogika


Słusznie pisał poeta Bursa, że z dziećmi trzeba surowo. Ja to przesłanie  codziennie wprowadzam w życie. Na przykład ostatnio nieszczęsne me córki zostały zmuszone do wysłuchania utworu lirycznego Wielkiego Twórcy (co prawda o wątpliwej  reputacji, ale jednak wielkiego). Skończyłem czytać  i wówczas Marianna, co ma już 8 lat, pyta mnie, bez jakiegoś wstępu, tak od razu: czy wolę telefon dotykowy czy normalny. Tak mnie pyta po tym jak wysłuchała tekstu istotnego dla  dziejów literatury polskiej. Więc odpowiadam: droga córeczko, tatuś sra na to jaki ma telefon. 

Dzięki takiej odpowiedzi dziecko poznaje kilka zasadniczych prawd:

- w swoich  zainteresowaniach, dążeniach i pragnieniach jesteśmy samotni

- ujawnienie tych zainteresowań nie zawsze zostanie ciepło przyjęte nawet przez osoby najbliższe

- nie wolno przywiązywać wagi do rzeczy materialnych

- brutalna rzeczywistość wyistacza się  nawet w  formie wypowiedzi prezentowanych przez ojca

Dziecko winno  chłonąć taką wiedzę, musi być świadome zła i niesprawiedliwości  na wypadek kontaktu z sądem  dla nieletnich. Ja wiem, że to może  nudne, że znowu o tym piszę ( bo  robiłem to tu), ale  dostałem takie oto pismo:



Chodzi o to, że sąd uważa, iż jak rozpoznaje sprawę w postępowaniu poprawczym, to nieletniego trzyma się w schronisku bezterminowo, bez kolejnych postanowień o przedłużeniu stosowania tego środka. Właśnie na wypadek takich pism z dziećmi trzeba surowo.  

piątek, 17 sierpnia 2012

Burda w świątyni


Burdy w świątyni można wyczyniać tylko wtedy, gdy jest się wędrownym kaznodzieją z dobrymi koneksjami rodzinnymi. Podobna akcja dziewcząt z Pussy Riot ma skutkować dwuletnim łagrem,  co okrzyknięto karą wyjątkowo surową, niebywałą i orzeczoną z przyczyn politycznych.

Ja w te przyczyny polityczne  nie wierzę. Obejrzałem początek procesu. Atmosfera na sali swojska, znajoma. Kiedy jeszcze  nie przynosiłem do sądu pokoju, to często sprawy miały taki sam przebieg. Ten sąd nie był proputinowski. To zwykły, wschodnioeuropejski sąd, ja to widziałem, wszystko jak na naszych salach rozpraw. Ruganie oskarżonych, średnia uprzejmość, okazywanie irytacji. To zresztą ludzkie i bardzo to lubię, chociaż przyznam, że dawno nie widziałem w takim dobrym wykonaniu.

Zastanówcie się zresztą  co by się stało gdyby tak u nas jakieś dziewczyny dokleiły Matce Boskiej Częstochowskiej wąsy. Gdyby coś jeszcze straszliwego zrobiły na Jasnej Górze w proteście przeciwko uwikłaniu Kościoła w życie polityczne. Jaka byłaby kara? Wszak piosenkarka Doda została skazana za jedno zdanie, które każdy czytelnik Mistrza i Małgorzaty mógłby sobie pomyśleć. Przecież nasz sąd zrobiłby z takimi dziewczynami  to co z tymi nieszczęśnicami zrobił sąd rosyjski, tylko na naszą, mniejszą skalę. Z perspektywy moskiewskiej taki wyrok to pewnie nic wielkiego. Mają tak samo represyjny system jak my. Tu Putin nie ma nic do rzeczy, w Polsce też by się to przytrafiło, tylko kara byłaby pewnie niższa, może w zawieszeniu. 

A na marginesie: moim zdaniem, obrona fatalnie zaczęła ten proces. Zwróćcie uwagę, że Aliochina, która wygląda na rozgarniętą dziewczynę, oświadcza, że nie rozumie zarzutu. Nie można sobie wyobrazić gorszego otwarcia, nic tak nie irytuje sądu, jak takie kretyńskie oświadczenie. Atmosfera napięta, sąd zdenerwowany, pełno kamer, a ona się upiera, że nie rozumie i od razu wchodzi w konflikt. Sąd nie umie sobie z tym poradzić i szuka wsparcia w… prokuratorze. To jest koniec procesu, chociaż trwa dopiero od kilku minut. Moim zdaniem dziewczęta od początku powinny tworzyć takie relacje:

- sprawiedliwy i dobry jest tylko sąd, pod jego obronę się uciekamy
- sąd jest naszym wybawcą i sprzymierzeńcem, on nas ochroni
- prokurator bardzo się myli, ale przenikliwy sąd wykryje drzemiące w nim zło i nie pozwoli wygrać

Nawet najbardziej zatwardziali recydywiści  stosują tę rozgrywkę i niejednokrotnie zapobiega to duchowemu braterstwu sądu i prokuratora. W tym procesie brak takiego braterstwa był zapewne warunkiem koniecznym,  by mieć jakąkolwiek nadzieję. Niestety już po kilku minutach można było ją porzucić.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Upadek


Każde dziecko czasem upada.



Najgorzej gdy upadek wiąże się z interwencją sądu dla nieletnich. Jeśli dodatkowo sąd  umieści dziecko w schronisku, to możecie sobie szukać nowego dziecka, bo to stare jest już stracone. Na początku zostanie pobite i je okradną (o czym możecie poczytać w dzisiejszej Gazecie Wyborczej), a  co więcej nie będziecie wiedzieli kiedy wam je oddadzą. Posłuchajcie tego:

1. Trzy miesiące  temu Sąd Rejonowy dla Krakowa Krowodrzy umieścił chłopaka w schronisku dla nieletnich

2. Właśnie przedwczoraj minęły  te trzy miesiąca, ale jakoś  wolności nie odzyskał, chociaż sąd nie wydał postanowienia o przedłużeniu umieszczenia w schronisku.

3. Wczoraj poszedłem do sądu. W sekretariacie powiedzieli mi, wcale nie trzeba wydawać postanowienia o przedłużeniu pobytu. Wystarczy, że sąd zadecyduje o rozpoznaniu  sprawy w postępowaniu poprawczym. Tak było! Na prawdę!

 4. Dzisiaj zadzwoniłem do schroniska. Mówię, że nie mają postanowienia o przedłużeniu, więc niech zwalniają. Oni na to (bardzo grzecznie), że nie trzeba. To jest podobno powszechna ogólnopolska praktyka!

Ja wiem, że te dzieci są niegrzeczne. Biją i kradną.  Coś trzeba z nimi robić. Ale niech Bogowie rzucą sądy  rodzinne w czeluści piekieł! To jest – mówiąc młodzieżowo – masakra. Jeszcze nigdy żaden sąd mnie tak nie zasmucił. Art. 27 upn mówi przecież o tym, że o przedłużeniu umieszczenia w schronisku orzeka się postanowieniem. Zapada ono na posiedzeniu. Zawiadamia się o nim strony i obrońcę.  Przedłużyć można wyjątkowo. Czyli jak się to przeczyta, to nie trzeba wielkiego intelektu, by  dojść do przekonania, że trzeba wydać postanowienie, a bez postanowienia dziecko siedzi w schronisku nielegalnie.  Wymiar sprawiedliwości zwyczajnie okrada je z wolności! Jeśli moja rozmówczyni ze schroniska ma rację, to sądy dla nieletnich w Polsce nie znają tej regulacji, a zatem nie powinny istnieć. Nie mają prawa decydować o losie naszych dzieci . 

Żeby było smutniej powiem wam o innym chłopaku.  Chodzi o pobicie. Jak przeczytacie  27 upn to zobaczycie, że przy zwykłym pobiciu  schronisko może być stosowane tylko wtedy jak poza okolicznościami uzasadniającymi umieszczenie w tym schronisku, występuje jednocześnie: obawa ukrycia się, obawa zatarcia śladów przestępstwa albo brak możliwości ustalenia tożsamości nieletniego (bo niestosuje się par. 2). W tej sprawie, w postanowieniu Sąd napisał tylko o okolicznościach uzasadniających umieszczenie  w schronisku dla nieletnich. Pozostałych przesłanek nie dostrzegł i chyba ich nie było (nie wiem, bo przecież jestem subiektywnym obrońcą).  Składam zażalenie. Po tygodniu ustalam, że nie nadano mu biegu. Dyrektor schroniska informuje rodzinę, że złożenie zażalenia automatycznie przedłuża pobyt w  schronisku do pół roku, bo on nie przygotuje dokumentów. Cofam zażalenie. Mówię matce by najęła czołg i  wjechała  do tego schroniska, bo  dziecko jest przetrzymywane niesłusznie,  a na pewno je tam biją,  a może i gwałcą. Co innego miałem jej powiedzieć?!

Już myślałem, że moje relacje z  sądami dla nieletnich się odmienią. Niedawno piękny sąd (dzielnica Kraków Śródmieście), przypominający nieco Izabelę Rosselini z „Dzikości serca”, pokazał, że i wobec  nieletnich  można stosować przepisy (nie chodzi o to, że się udało, chodzi o  działanie w oparciu o powszechnie obowiązujące, łatwe  do zrozumienia regulacje). Był to jednak wyjątek, więcej szczęścia  nie miałem.

Na koniec zwracam się więc do was młodzi przestępcy, bo wiem, że czytacie tego bloga. To smutne, ale odwieczne - nie potraficie żyć zgodnie  z prawem. Przynajmniej nie dajcie się więc  złapać, póki nie będziecie mogli stanąć przed zwykłym sądem!  Wówczas będzie jeszcze dla was jakaś nadzieja. 



wtorek, 7 sierpnia 2012

Po śladach Crulica

Jeśli mieliby mnie pozbawić wolności, a mógłbym wybrać jednostkę penitencjarną,  to chciałbym na Montelupich 7. Tam jest życie towarzyskie, duchowe i dobra obsługa. Wprawdzie znowu ktoś tam umarł, ale to nie zmienia ogólnego obrazu placówki, bo przecież wielu jest symulantów i nie można się pochylać nad każdym utyskującym na stan zdrowia. Społeczeństwo, które preferuje represyjny model walki z patologią społeczną, musi akceptować śmierć w zakładach karnych. To normalne, bo osadzeni nie mogą mieć dobrej opieki medycznej, a w konsekwencji  muszą czasem umierać.

Dawniej przejmowałem się relacjami klientów dotyczącymi ich kontaktów z więziennymi lekarzami. Jeden twierdził, że miał  bóle w klatce piersiowej, ale został zbadany przez psychiatrę, który orzekł, że wszystko w porządku. Inny leczył się psychiatrycznie od dzieciństwa, podejmował próby samobójcze i wielokrotnie był hospitalizowany, jednak w areszcie został uznany za całkowicie zdrowego, przestali mu dawać lekarstwa, które brał od wielu lat.  Teraz uważam, że  tak musi być  i przekonuje mnie tłumaczenie lekarzy oskarżonych w sprawie śmierci Claudiu Crulica: "umarł, bo nie jadł i chciał" (cytat za gazeta.pl: http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,44425,12266027,Kolejny_skazany_zmarl_w_szpitalu_wieziennym.html). Tak właśnie było: umarł bo nie jadł. Podjął ryzyko rozgrywki z wymiarem sprawiedliwości (to czy miał rację jest problemem zupełnie odrębnym), ale przegrał. Inni podejmują ryzyko określonej rozgrywki ze społeczeństwem i czasem też przegrywają. To normalne.


sobota, 21 lipca 2012

Unknown Pleasures


Ten prokurator był pierwowzorem jednej z postaci kryminalnej powieści środowiskowej. Postać (ta książkowa) przeprowadziła między innymi taki oto dialog (nie da się usunąć wulgaryzmów, wrażliwi niech pominą tę prozę):

        „(…)
Postać: Ale wkurwił mnie ten B. Zapytał przed chwilą czy pozowałem do okładki „Unknown Pleasures” Joy Division.
Inny prokurator: A co tam jest na tej okładce?
P: Nie wiem dokładnie, coś mówił, że czarne tło i jakieś wykresy.
IP: On rzeczywiście jest pojebany, ale niech pan się nie martwi, no chyba, że pan rzeczywiście pozował
P: Nie pozowałem do żadnej okładki
IP: To może jakieś podobieństwo jest chociaż?
P: Panowie, na tej okładce nic nie ma! Czarne tło i jakieś białe kreski. To jest do niczego nie podobne.
(…)”

Postać była zdecydowanie tragiczna, podobnie jak wieści z ostatniego tygodnia: według gazet ten prokurator podobno uciekał przed policją, oni do niego strzelali, on próbował przejechać któregoś z nich. Każdemu z was może się to przytrafić.