wtorek, 27 grudnia 2011

Wołanie do Yeti

Noblistka ogłosiła ten tomik w roku 1957. W 2011 podpisała apel o racjonalizację polityki narkotykowej, zresztą nie tylko ona, bo podpisał to Lech Wałęsa, Mario Vargas Llosa i kilku innych, równie znanych. Chodzi o to, że koszty walki z nielegalnym obrotem środkami odurzającymi dawno przerosły korzyści, a naukowcy dowodzą, że nie ma żadnych racjonalnych przesłanek dla obecnego, represyjnego kierunku działań.

Ostatnie dni przed świętami to kilkadziesiąt wydarzeń procesowych na policji, w sądach różnych instancji, w różnych sprawach. Kilkakrotnie poddałem próbie siłę poezji narodowej i muszę stwierdzić z żalem, że najpewniej jedynym, wsłuchanym w głos Noblistki, pozostaje niegdysiejszy adresat jej  wołania.


I tylko on z  rozumie może dlaczego płacimy 2.400 miesięczne za dwuletni pobyt w więzieniu posiadacza kilku gram marihuany, a jeśli rzeczywiście to pojmie, to niewykluczone, że stwierdzi, iż sprawiedliwa i słuszna była likwidacja stanu spoczynku sędziów i prokuratorów, skoro zgotowali społeczeństwu takie koszty.


piątek, 9 grudnia 2011

Barbarzyńca w getcie

To było zebranie katedry prawa karnego tutejszego uniwersytetu. Młodzi, żarliwi mężczyźni dyskutowali o obiektywnym przypisaniu, a było to piękne, fachowe i pouczające. Rozważano czy art. 2 k.k. nie powinien stanowić możliwie wiernego odbicia konkretnej koncepcji, zastanawiano się jak to zapisać, by owa koncepcja znalazła najpełniejsze, najbardziej wierne odzwierciedlenie. W pewnym momencie operator kamery zwrócił uwagę, że tylko w dwóch miejscach w Polsce naucza się o obiektywnym przypisaniu, a dwa zaledwie sądy testują te idee na żywej tkance społeczeństwa.

Jakoś nie mogłem sobie przypomnieć sprawy, w której problem obiektywnego przypisania zaważyłby o rozstrzygnięciu i wówczas zachrypnięty aplikant Adam W. wydobył z przeszłości tę romantyczną historię. Jak zwykle była to historia o kobiecie i mężczyźnie. On spiętrzył słup powietrza, który wdarł się do jej małżowiny usznej i doprowadził do uszkodzenia błony bębenkowej. Biegły stwierdził, że gdyby pomiędzy dłoń, a ucho dostały się jej loki, to wówczas nie powstałoby niszczycielskie ciśnienie, które zdestabilizowało czynności narządu ciała na okres przekraczający 7 dni. Były dwie edycje tego procesu, bo zasadniczy problem polegał na ustaleniu, czy mężczyzna mógł przewidzieć, iż wykreowany przez niego słup powietrza wedrze się w ucho, osiągając zarazem ciśnienie wystarczające dla zdemolowania jego wnętrza. W końcu sąd umorzył postępowanie. Tak właśnie zrobił. Żadnych uniewinnień, skazań, warunkowych umorzeń. Po prostu umorzenie i sprawy nie ma. W ten sposób rozprawił się z problemem obiektywnego przypisania, co wszystkim bardzo odpowiadało, bo ona już nie była przecież zła.

Pewnie znakomita większość prawników praktykujących byłaby – podobnie jak ja – barbarzyńcami w ogrodzie myśli tych żarliwych dyskutantów. Większość z nas problem obiektywnego przypisania załatwia jak wspomniany sąd. Ci młodzi mężczyźni nie mogą jednak utyskiwać, że nikt nie naucza, a sądy nie pamiętają o obiektywnym przypisaniu, bo nikt normalny nie jest w stanie tego słuchać, zgłębiać, ekscytować się. Może chociaż jeden z dyskutantów wylazłby w końcu z uniwersyteckiego getta, zstąpiłby duch, a ów śmiałek zaczął mówić językami. Wówczas napisałby jakiś przepis, którego właściwe stosowanie nie wymagałoby zagłębiania się w chaszcze jego intelektu, a lud znałby ten przepis, rozumiał i stosował.


Na razie, niczym Czesław Miłosz w latach 70tych tamtego wieku, piszą coś w rodzaju wierszy w nikomu bliżej nieznanym języku.

środa, 30 listopada 2011

Oszukany

Problem jest poważny ale nudny. Może historia R. okaże się pomocna. Otóż pukał on niegdyś do drzwi mieszkania pewnej damy, a przynajmniej tak to później określał. Jego natarczywość spowodowała przybycie funkcjonariuszy policji, których R. natychmiast poinformował, że „jest z mafii” toteż nie powinni mu przeszkadzać. Ci nie posłuchali, co skończyło się lotem jednego z nich wzdłuż klatki schodowej, połączonym z pokonaniem szyby drzwi wewnętrznych i lądowaniem w dalszych rewirach tego smutnego pomieszczenia. Przybycie posiłków spowodowało skuteczne ujęcie nieszczęśnika i osadzenie w areszcie. Po dwóch edycjach procesu wymierzono ostatecznie karę łączną 1 roku pozbawienia wolności (przypisano wiele różnych czynów, stosowano art. 64 par. 1).

Proces jeszcze trwał, kiedy R. znalazł się na wolności. Pewnej jesiennej nocy romantyczne jego porywy znów zostały zakłócone interwencją policjantów. Los sprawił, że byli to ci sami, którzy słyszeli R. pukającego do drzwi. Najpewniej uznali, że proces karny nie jest skuteczną formą walki z patologią społeczną, bo kiedy zobaczyłem R. o poranku miał na sobie resztki odzieży, sporo siniaków i świeżych ran. Ponieważ w tym wypadku sprawiedliwość została wymierzona od razu, to w sądzie skończyło się karą 6 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania.

Obie historie wydarzyły się przed 7 czerwca 2010.

Pewnego dnia R. postanowił spojrzeć wstecz i dokonać podsumowania. Złożyliśmy wniosek o wydanie wyroku łącznego. Wiele było możliwości i nadziei, bo wzięto pod uwagę czyny popełnione na przestrzeni 15 lat. W drugiej edycji tego postępowania okazało się, że zasadnicze znaczenie ma sposób połączenia wyroków zapadłych w dwóch opisanych sprawach. Sąd Rejonowy łącząc karę bezwzględną i zawieszoną orzekł 1 rok i 6 miesięcy pozbawienia wolności, nie znajdując podstaw do warunkowego zawieszenia wykonania. R. uznał, że go oszukano, bo przecież na łącznym stracił – miał zawiasy, a teraz musi to odsiedzieć. Gdyby nie łączono, to siedziałby 6 miesięcy krócej. Takie niesłychane historie nigdy wcześniej nikomu się nie zdarzały.

Trzeba powiedzieć, że sąd rejonowy bardzo dobrze uzasadnił swe rozstrzygnięcie. Nie ma przecież żadnych podstaw, by twierdzić, że art. 89 k.k. w dawnym brzmieniu wykluczał możliwość wymierzania łącznej kary pozbawienia wolności bez warunkowego zawieszenia w przypadku kiedy w jednym z łączonych wyroków orzeczono karę „w zawiasach”. Kara łączna wymierzona R. powinna być zatem uznana za słuszną. Tymczasem Sąd Najwyższy w kilku orzeczeniach twierdzi inaczej, podkreślając przy tym oczywistość głoszonego poglądu (np. IV KK 186/11, V KK 108/11, II KK 327/10, V KK 74/11). Wcześniej SN też tak twierdził, więc poza poglądem uczonego prof. P. Kardasa i jakimś pojedynczym orzeczeniem SN nie było argumentów przeciwko naszej apelacji. Poparł ją zresztą prokurator. Sęk w tym, że w ostatnim czasie Sąd Najwyższy był uprzejmy zająć również stanowisko przeciwne (V KK 159/11), a nasz sąd odwoławczy wsłuchał się w ten właśnie przekaz uznając, że nie ma przeszkód dla pogorszenia sytuacji skazanego.

Do czasu jakiejś uchwały nie będzie sprawiedliwości, a na razie trzeba wstrzymać się z wnioskami o wydanie wyroku łącznego, jeśli w choćby w jednym z wyroków "bazowych" orzeczono karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania. Niech los R. będzie dla was przestrogą.




czwartek, 17 listopada 2011

Możesz go nazwać

Jedyna korzyść z tego, że ministrem sprawiedliwości został polityk Jarosław Gowin to potencjalna możliwość bezkarnego określania go mianem idioty (tak ETPCZ w sprawie Oberschlick przeciwko Austrii (skarga 20834/92)). To jest bardzo ekscytująca perspektywa, chociaż byłoby znacznie ciekawiej gdyby ministrem sprawiedliwości został ktoś nieco bardziej „prawdziwy”, a równie kompetentny. Nie tak dawno, w okolicach 80 kilometra biegu siedmiu dolin, widziałem traktorzystę. Jechał pod tak stromą górę, że musiał z przodu swego pojazdu przywiązać wielki, betonowy blok. Ciągnął przyczepę wypełnioną nawozem naturalnym, zresztą ślady tej życiodajnej substancji pokrywały i jego. Uwierzcie, ten traktorzysta miał wspaniałe oczy. Ten kto w nie spojrzał zyskiwał siłę i biegł rześko dalej, kto nie popatrzył zostawał w tyle (naprawdę jeden kolega zaniedbał bacznej obserwacji rzeczywistości i trochę został). Traktorzysta był kandydatem lepszym, ciekawszym, równie przygotowanym, a jednocześnie obdarzonym darem mocy. Niestety, ci którzy wybierali ministra ograniczyli się do truchtu wokół błoń i nie mieli szans na spotkanie z Człowiekiem.


wtorek, 15 listopada 2011

Yamabushi

Po wszystkim Adam nazwał go Mistrzem Aikido. On dzwonił, rozmawialiśmy, jednak dopiero na rozprawie ujawnił swą sztukę. Naruszył chyba każdą z zasad procesu karnego i wiele, wiele przepisów. Nie sprowadził nawet jednego z oskarżonych – stwierdził, że przyznamy się za niego, przekonał wszystkich (a było wielu), że wymierzy dobre kary, przeprowadził w jeden dzień proces, który normalnie trwałby dwa lata (nie stosował 387 kpk!). Pracę wykonał sprawnie, stanowczo i sprawiedliwie. Dziesiątki pokrzywdzonych, oskarżeni, prokurator i my czuliśmy się szczęśliwi. To była najwyższa forma wymiaru sprawiedliwości.

Podobno wielcy wojownicy wschodu praktykujący sztukę aikido osiągają stan, w którym porzucają wszelkie techniki, zyskując najwyższą skuteczność. Być może randori oznacza zaledwie walkę z kilkoma przeciwnikami, być może „przyjmowanie chaosu”, czyli krótkotrwałą formę egzystencji, w której technika bitewna ustępuje oświeconej zdolności poskromienia zła. Sumienna realizacja praktykowanej przez lata techniki staje się niepotrzebna wobec samoistnej, pozbawionej jarzma zasad, doskonałości ducha i ciała. Nasz sędzia osiągnął to samo w wymiarze sprawiedliwości. Siedzi pewnie teraz w domu i powtarza: niech sczezną kodeksy, a my szanujemy go nie mniej od tych, którzy zasad się trzymają.

Byłem na wielu sprawach prowadzonych przez sędziów nie tylko przyjmujących chaos, ale również mających swój istotny udział w kreacji tego pierwotnego stanu. Najczęściej z chaosu wyłania się sprawiedliwość, chociaż nie zawsze się udaje. Nie wszyscy są tak sprawni jak nasz Mistrz i bywa, że trudno znieść porzucenie reguł kodeksu postępowania karnego. Nie warto się jednak skarżyć, Sprawiedliwość Naturalna jest dobrem.


poniedziałek, 7 listopada 2011

Kradzież brutto

Niedawno pewna ponura historia  zakończyła się definitywnie. Sąd Najwyższy nie miał wątpliwości i uznał kasację za oczywiście bezzasadną. Pamiętajcie zatem: jak coś kradniecie, to rzecz ma wartość powiększoną o VAT. Sposób rozstrzygnięcia SN spowodował, że nie poznamy uzasadnienia (na ogłoszeniu wyroku nie byłem). W międzyczasie musiałem jednak przeczytać art. 124 kw i wówczas stało się jasne, że nic z tej kasacji nie będzie. Otóż w przypadku kradzieży kryterium rozgraniczenia pomiędzy przestępstwem, a wykroczeniem jest wartość rzeczy (art. 119 k.w.). W przypadku zniszczenia, uszkodzenia itd. takim kryterium jest wartość szkody (art. 124 k.w.). Wydaje się więc oczywiste, że niszczycie netto, a kradniecie brutto, a całe uzasadnienie feralnego środka zaskarżenia pasowałoby do sytuacji, w której klient zamiast kraść olej napędowy po prostu go zniszczył. To byłaby jednak zupełnie inna, znacznie bardziej intrygująca historia, ale niewykluczone, że wam się kiedyś przytrafi. Wówczas możecie sobie skorzystać z argumentów zawartych w naszym piśmie.

Na marginesie: napisałem tę kasację, między innymi z uwagi na rzekomą, korytarzowo-sądową opinię jednego z profesorów. Może mój informator opacznie zrozumiał wypowiedź uczonego, może ja kiepsko to pismo wykonałem, w każdym razie, na wszelki wypadek, radzę wam: nigdy nie ufajcie nikomu z tytułem dr hab.



piątek, 28 października 2011

Fart

 
Kiedy przyszedł pożyczyć odkurzacz, nie wyglądał na bohatera newsów w prasie fachowej.
- Sprzątamy biuro - mówił - chcemy poodkurzać. Daliśmy mu sprzęt i jednego klienta na farta. Narzekał potem, że nasz odkurzacz kiepsko ciągnie, klient też pewnie mu się nie za bardzo podobał, ale zawsze coś na początek. Wiedzieliśmy już wówczas o tym słynnym przeszukaniu, ale nic nie wskazywało, że on zostanie gwiazdą i warto byłoby zainwestować we wzajemne relacje. W każdym razie pożyczyliśmy mu odkurzacz, który rzeczywiście kiepsko ciągnął.

Potem widziałem go w sądzie. Czekał smutny pod sekretariatem wydziału cywilno-rodzinnego. Chyba mu to nie pasowało, bo jest autorem jeszcze bardziej modelowych apelacji ode mnie, a dodatkowo umie pisać kasacje. Coś tam nawet powiedział, że trzeba się zajmować tym co się przytrafia.

Wczoraj było o nim w Rzeczpospolitej. Pokazywaliśmy wszystkim, że to jest o tym facecie, co niedawno pożyczał od nas AGD, że go znamy.

Wychodząc z sądu spotkałem go na schodach. Szedł rozpromieniony. Przyznał że zaangażowanie Sądu Najwyższego w tę sprawę było w porządku, nawet jeśli odmówili podjęcia uchwały. To pasowało mu zdecydowanie bardziej niż kolejka do sekretariatu rozwodów. To było jakieś życie, walka.

Pomyślałem, że taka sprawa w początkach działalności zawodowej to najlepsza rzecz jaka mogła się przytrafić. Kto wie co robiłbym teraz (i pod którym sekretariatem stałbym w kolejce), gdyby kilka lat temu pewien bezdomny nie skrytykował nieżyjącego już polityka, w czasie przechadzki w podziemiach dworca centralnego.