Jedliśmy obiad kiedy zorientował się, że szatnia już zamknięta, a on nie odebrał togi. Stwierdził, że to pewien problem, bo pociąg miał o 7.28 i nie było szans na odbiór przed podróżą. Jednocześnie jego jedyne spodnie garniturowe były dziurawe i dopiero za kilka dni planował zakupić nowe. W takich spodniach, bez togi, bez legitymacji mógł mieć kłopoty, więc postanowił zreperować odzież na własną rękę.
Miał przesiadkę w Radomiu. W lokalnym pociągu był jedynym pasażerem, sprawdził to przechodząc przez wszystkie wagony. Wysiadł w polach, żadnej stacji, tylko tablica z nazwą miejscowości. Zadzwonił do sekretarki
Mówił, że w oddali widzi pola i chałupy, ale sekretarka patrząc na mapę nie potrafiła mu pomóc. Po jakimś czasie dotarł do domostwa sołtysa, gdzie jeden z tych wszechobecnych, wiejskich rowerzystów polecił mu wybrać zielony szlak.
Poszedł więc zielonym szlakiem, jakimiś żwirowymi drogami i ścieżkami, bacząc, by nie zgubić drogi. Po godzinie dotarł do miasteczka i znalazł sąd. Nie spóźnił się. To dobrze, bo wartość przedmiotu sporu w tej sprawie wynosiła kilka milionów złotych.
Ostatnio rozważaliśmy czy chcemy pozostać kancelarią charakterystyczną, czy stać się wiodącą. Rozmyślamy o prestiżu i pieniądzach na starość. Trudno jednak podjąć decyzję, bo pomyślcie jak marne byłoby życie bohatera tej historii, gdyby na rozprawę pojechał samochodem.