piątek, 20 lutego 2015

Tekst o Sławomirze

Z okazji publikacji wyroku Sądu Najwyższego w sprawie III KK 70/14 wspominamy mężczyznę o imieniu Sławomir. Teraz on na pewno opala swe ciało i ćwiczy je, by kobiety znajdowały przyjemność w patrzeniu na niego. To jednak niedługo się skończy za sprawą św. Floriana, który weźmie odwet za zastępy swych wiernych podopiecznych, którzy w jesienne dni musieli przemierzać niedostępne brzegi akwenu wodnego w poszukiwaniu Sławomira. Wszyscy bogowie łąkowi, leśni i ci od stawów jezior oraz sztucznych zalewów również szykują okropne męki w zemście za trudy płetwonurków ofiarnie poszukujących Sławomira w zimnych i ciemnych obszarach poniżej termokliny. My zaś jesteśmy tylko smutni, że zostaliśmy oszukani.

W wyroku z dnia 3 września 2014, sygn. III KK 70/14 Sąd Najwyższy uznał, że art. 413 par. 2 pkt. 1 kpk wymaga dokładnego określenia czynu przypisanego oskarżonemu i konieczne jest wskazanie ilości środków odurzających wprowadzonych do obrotu, nie zaś poprzestanie na stwierdzeniu, że stanowią one znaczną ilość.

Jakkolwiek wydawałoby się, że Sąd Najwyższy nie odkrywa w tym orzeczeniu nowych światów i nie penetruje awangardowych kierunków interpretacji, to jednak Sławomir – w swoim czasie – został prawomocnie skazany za wprowadzenie do obrotu znacznych ilości kokainy i nikt nie zadał sobie trudu wskazania ile rzeczywiście sprzedał. Również Sąd Najwyższy nie dostrzegł w lapidarnym opisie czynu niczego zdrożnego, a kasację uznał za oczywiście bezzasadną. W przypadku Sławomira mogła to być jednak wspomniana zemsta Świętego i bogów pomniejszych, która – na podobieństwo skutków ukąszenia tego wielokrotnie wspominanego węża gatunku żmija – nadchodzi na 5 lat przed dopuszczeniem się złego uczynku. Ówczesnego orzeczenia SN nie należy zatem traktować w kategoriach kamienia milowego judykatury polskiej, a był to jedynie przejaw sprawiedliwości w wymiarze bardziej ogólnym. Nie należy zatem wypowiadać sygnatury tej sprawy, nawet szeptem.

Oskarżonym w sprawie III KK 70/14 był niejaki D.K., a przynajmniej takie inicjały wskazano w oficjalnej publikacji. Gdybym był D.K. to przy ponownym rozpoznaniu sprawy (trafiła do pierwszej instancji), powiedziałbym, że ustalanie jakiejkolwiek ilości w opisie czynu będzie stanowiło naruszenie zakazu reformationis in peius. I chciałbym być niewinny.



poniedziałek, 9 lutego 2015

Dom wariatów



Zadzwonił telefon.
- Prokurator cofnął wniosek!
Odetchnęłam z ulgą. Koniec.
Nie będzie, przynajmniej na razie, oglądał świata zza okratowanych okien oddziału psychiatrycznego miejscowego szpitala.



Kiedy zadzwonił z prośbą o pomoc, lekko drżał mu głos. Raczej ze złości, nie ze strachu. Mówił szybko, jakby nieskładnie. Nie mogłam łatwo tego przyswoić, poukładać w jakieś znane ramy proceduralne. Kiedy powtórzył, zaczęło do mnie docierać, że oto miejscowa prokuratura prowadzi jakieś tajne przez poufne postępowanie wyjaśniające, do którego on nie ma dostępu, mimo, że chodzi właśnie o niego. Wzywali jego mamę, tatę, siostrę, i pytali każdego, czy nie myślał o umieszczeniu mojego rozmówcy w szpitalu psychiatrycznym. Przymusowo. Bez zgody. Dla dobra.

Dorośli odpowiadali, że nie. Bo jest już duży, skończył studia, ma rodzinę, pracuje. Działa społecznie, demaskuje zgniliznę, i dostaje za to swoją dolę nieszczęść od miejscowych możnych. Nie ma z nim problemów, nikomu nie zagraża, nie robi krzywdy. Nie wyznaje zasady, że z władzą lepiej jest dobrze żyć. Pod tym względem bywa niegrzeczny.

Prokuratura pozbierała te zeznania, zebrała też opinie psychiatryczne z postępowań wykroczeniowych (patrząc władzy na ręce czasem broił). Z troski o obywatela i dla jego dobra wystąpiła z wnioskiem o umieszczenie go w przymusowym leczeniu psychiatrycznym bez zgody na podstawie art. 29 ust. 1 pkt 1 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego (do szpitala psychiatrycznego może być również przyjęta, bez zgody wymaganej w art. 22, osoba chora psychicznie, której dotychczasowe zachowanie wskazuje na to, że nieprzyjęcie do szpitala spowoduje znaczne pogorszenie stanu jej zdrowia psychicznego).

Traf chciał, że w małym mieście liczba biegłych sądowych odpowiedniej specjalności jest ograniczona. Opinie skompletowane przez prokuraturę sporządzało kilku tych samych biegłych w różnych konfiguracjach. W niektórych opiniach pojawiały się niepokojące wnioski co do jego zdrowia. Wnioski te z pewnością podzielałaby część miejscowych biznesmenów, których uwiera dziennikarsko-śledcze zacięcie szarego człowieka.

W postępowaniu przed sądem przesłuchano naszych świadków – kolegów, znajomych, którzy potwierdzili, że jest jak najbardziej normalny. Z tym wyjątkiem, że żywo interesuje go polityka lokalnych władz.

Sąd dopuścił swoją opinię na potrzeby postępowania zainicjowanego przez prokuraturę. Wnioski miejscowych biegłych (tych, co już wcześniej kiedyś) były druzgocące – trzeba umieścić go, koniecznie i natychmiast, bo będzie źle. Przesłuchani podtrzymali diagnozę i wskazanie na umieszczenie. Nie wyjaśnili jednak, z czego wynika ich uparte kwestionowanie tego, co mówi uczestnik o swoim życiu. Nie wyjaśnili wielu kwestii. Pozostali przy swoim.

Sytuacja była dramatyczna, dla mnie chyba bardziej niż dla niego. On się tego spodziewał, pasowało mu to do poprzednich wydarzeń i dekodował przyczyny. Ja nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Raczej nie ze względu na niedostatki wiedzy o psychologii i psychiatrii. Wizja zamknięcia człowieka bez jego zgody w szpitalu psychiatrycznym, dla jego dobra, na kanwie mglistej prognozy poprawy stanu zdrowia (które na zdrowy rozsądek tego nie potrzebuje) osadzała się mocno w rzeczywistości znanej z Ubika.

Chronologia i logika coraz bardziej się zakrzywiały, a on kontynuował działalność społeczną i dalej dokuczał, pisał i kąsał. W odwecie zawiadamiano o kolejnych rzekomych wykroczeniach. Kierowano go na  kolejne badania psychiatryczne. 

Zadziałał kosmos, albo wyczerpali się ci dzielni biegli, i trafiło na niemiejscowych, ostrzeżonych, że walczymy. Napisali o braku potrzeby leczenia. Czym prędzej złożyliśmy w sądzie, z wnioskiem o nową opinię i prośbą, by zwrócono się o jej sporządzenie do kogoś spoza. Tak też się stało. Biegła wielkomiejska, uniwersytecka zaopiniowała o braku potrzeby leczenia. Prokurator cofnął wniosek.

Tym razem się udało.





Zazwyczaj jest tak, że taki wniosek kierują osoby najbliższe. W tym przypadku, po zasięgnięciu ich zdania prokuratura uznała, że się od tego uchylają (!). Jest takie orzeczenie SN, że wtedy może prokurator.




niedziela, 1 lutego 2015

Poradnik dobrego policjanta

Bardzo Państwa przepraszam. Chwilowo mamy problem ze zwiększoną poczytalnością i muszę napisać kilka słów wyjaśnienia dla przypadkowych, barbarzyńskich czytelników. Oni niedługo przeminą, a poczytalność wróci do normy i znów będzie najniższa. Taki wpis jak ten, już się więcej nie powtórzy. 

Na razie niech Państwo wybaczą te nudne wyjaśnienia, ale są konieczne z jeszcze jednego powodu. Otóż stała się rzecz straszna. Rzecznik prasowy małopolskiej policji pan Mariusz Ciarka, komentując niegdysiejszy wpis o art. 50a k.w. zadeklarował, że funkcjonariusze pozostaną nieugięci i nadal będą działali bezprawnie. Tutaj można posłuchać inkryminowanej wypowiedzi. 

Nie mam nic przeciwko temu, że redaktorzy prasy reżimowej (reżimowej w sensie podporządkowania rygorom ekonomicznym i konieczności walki o czytelnika) pozorują niezrozumienie felietonu i udają, że na poważnie traktują ironię tytułu tekstu o art. 50a k.w. Oni nie mają Państwa. Oni muszą pisać za pieniądze.

Trudno jednak zaakceptować sytuację, gdy kontynuację działań bezprawnych głosi policjant. Przecież i on stanie kiedyś na sądzie ostatecznym, więc trzeba spieszyć niezwłocznie z pomocą. Tym razem piszę zatem jak najmniej felietonu w felietonie, piszę wprost, bez ironii i przesady. Nieodpłatnie ratuję duszę (wszak to dzięki złej i dobrej pracy policjantów reguluję zobowiązania i w ogóle trwam, chociaż ostatecznie chciałbym jak C.K. Norwid), piszę to samo co w poradniku dla użytkowników maczet, ale w sposób następujący:

  1. Ogólne założenia poradnika dobrego policjanta:
  1. Chcemy żeby zły złodziej był ścigany przez dobrego policjanta.

  2. Dobry policjant musi przestrzegać prawa, w przeciwnym wypadku przestaje być dobry.

  3. Zły policjant jest jak przestępca. Nawet jak ma dobre intencje, to zły człowiek widząc zło policjanta znajduje uzasadnienie dla swego zła. Staje się jeszcze gorszy. Poza tym taki policjant czasem szkodzi dobremu obywatelowi, choćby ten codziennie czytał gazety drukowane dla pieniędzy.

  4. Policjant musi być skuteczny i szanowany. Przestępcy muszą się go bać, porzucić swój proceder i iść do pracy.

II. Dobry policjant dba o dobre prawo
    1. Obecnie ustawodawca uczynił walkę z posiadaczami maczet bardzo trudną. W art. 50a kodeksu wykroczeń wprowadził odpowiedzialność za posiadanie w miejscu publicznym noża, maczety lub innego niebezpiecznego narzędzia, pod warunkiem, że okoliczności posiadania wskazują na zamiar użycia celem popełnienia przestępstwa. Przepis nie nadaje się do stosowania w sytuacji, kiedy złoczyńcy po prostu przewożą swoją maczetę w samochodzie. Tak piszą nie tylko prowincjonalni adwokaci ale i poważni komentatorzy. Dobry policjant powinien zatem odwiedzić najbliższe biuro poselskie i zaproponować zmianę treści art. 50a k.w.

    2. Należy przekonać posła, by zebrał kolegów i wystąpił z inicjatywą zmiany art. 50a k.w., tak by brzmiał on:

Par. 1 Kto w miejscu publicznym posiada nóż, maczetę lub inny podobnie niebezpieczny przedmiot podlega karze aresztu ograniczenia wolności albo grzywny nie niższej niż 3000 zł.

Par. 2 Nie podlega karze ten kto posiada przedmioty określone w par. 1 w związku z praktykowaniem hobby działkowca, a także ten  kto wykaże interes prawny lub faktyczny w wykarczowaniu, ścięciu lub skróceniu konkretnej rośliny.

Par. 3 Paragraf drugi nie znajduje zastosowania do osób o wyglądzie kibica lub uznanych za kibica przez funkcjonariusza policji, który ujawnił niebezpieczny przedmiot.

    3. W przypadku zmiany przepisu praca policjanta staje się znacznie łatwiejsza i nie zakłóci jej żaden poradnik prowincjonalnego adwokata.

    4. Policjant wyróżniający się zaproponuje zmianę art. 50a k.w. W sposób eliminujący dolny próg grzywny, bo te 3000 wydają się pozostawać w sprzeczności z konstytucyjną zasadą samodzielności sędziowskiej. To jednak uwaga dla najbardziej gorliwych.

III. Dobry policjant przestrzega obowiązujących przepisów, nawet jeśli nie są doskonałe.

    1. Do czasu zmiany art. 50a k.w. nie kierujemy wniosków o ukaranie jeśli posiadacz niebezpiecznego przedmiotu nie zachowuje się w sposób wskazujący na zamiar popełnienia przestępstwa. Naszym wzorem jest Jezus, który walcząc ze złem zawsze pozostawał dobry. 

    2. Osoby posiadające maczety w bagażnikach spisujemy, a pozyskane dane przekazujemy kolegom zajmującym się pracą operacyjną.

    3. Zamiast pisać bezpodstawne wnioski o ukaranie skupiamy się na poważniejszych przedsięwzięciach. Jeśli w tym mieście rzeczywiście organizowane są ustawki trzeba złapać uczestników tuż przed przystąpieniem do walki. Większy sukces, poważniejsze zarzuty, większa skuteczność, medale, awanse.

    4. W stosunku do zatrzymanych osób stosujemy formy grzecznościowe (Pan/ Pani).

    5. Jeśli musimy uderzyć zatrzymanego, to robimy to tak, by nie pozostawić śladów. Ja nigdy nie piszę zażaleń na zatrzymanie, bo wiem, że w emocjach trudno się czasem powstrzymać, ale niektórzy obrońcy nie są tak pobłażliwi.

    6. Nie próbujemy bić obrońców, którzy przybyli celem wzięcia udziału w czynnościach procesowych, bo oni potem długo to pamiętają i robią czarny PR. 


    Powyższe uwagi nie gwarantują sukcesów. Ich uwzględnienie może przyczynić się do większego poszanowania pracy policjanta. Zrezygnowanie z wątpliwych sukcesów polegających na wyciągnięciu miecza z bagażnika, przy zwiększeniu wysiłków w zakresie pracy operacyjnej może prowadzić do prawdziwych zwycięstw i perspektywy postawienia konkretnych zarzutów złym przestępcom.


    Tytuł "Poradnik dobrego policjanta" powstał w rozmowie z panem dziennikarzem z portalu, którego nazwy nie pamiętam, ale ten ma już 8000 polubień na facebooku. Dziękuję za inspirację.  




wtorek, 9 grudnia 2014

Straszny film

Mężczyzna co chwilę wypowiada kilka słów z monologu Hamleta. W przerwach kilku mężczyzn i jedna kobieta mówią, że adwokatura jest ważna, potrzebna. Niektórzy używają słów trudniejszych. Do tego słoneczny Kraków. Wawel, Adam Mickiewicz, turyści, rowerzysta. W końcówce jeden blok się przewija. Blok szary. Delikatny fortepian w tle.



Proszę obejrzeć: https://www.youtube.com/watch?v=dr9CRR0uxbA. Niecałe 5 minut materiału, który prawdopodobnie został nakręcony celem promowania adwokatów krakowskich. Trzeba zaznaczyć, że prawdopodobieństwo tak określonego celu wynika co najwyżej z opisu filmu na portalu służącym publikacji tego rodzaju twórczości. Dzieło nie ma tytułu, nie ujawniono reżysera, scenarzysty i innych zaangażowanych w kreację (poza aktorami, których niewątpliwie pokrzywdzono).



Obsada to pierwszy zarzut. Dlaczego wystąpili jedynie adwokaci charakterystyczni, nie zaś piękni (np. adwokat Tomasz Pabian), ładni (np. adwokat Rafał Kos), eleganccy (np. adwokat Michał Hanusa), niepokojący (np. adwokat Rafał Wypiór). Dlaczego zagrała tylko jedna kobieta!? Wszak adwokat Robert Kubicki niechybnie zadałby sobie trud przeprowadzenia castingu! Dlaczego koleżankę tak skrzywdzono nakazując jej wypowiedzenie kilku frazesów (coś jakby ćwiczenia warsztatowe do roli prototypowego robota adwokackiego), zamiast po prostu poprosić o kilka słów o tym, że lubi swój zawód?



Brawurowe jest również połączenie mężczyzny powtarzającego pierwsze słowa monologu Hamleta z wypowiedziami adwokatów. Na wszelki wypadek przypominam, że Hamlet rozważał sens samobójstwa. Czy tajemnicza postać zadająca to dramatyczne pytanie („być albo nie być”) osiągnęła podobny stan ducha? Czy kolejni mówcy mają ją odwieść od zgubnego zamiaru, dać nadzieję, ukazać sens istnienia? Chyba tak jest właśnie, bo akcentują „być”, ale jaką straszliwą ponoszą klęskę! Postać tuż przed głosem dziekana (ostatniego z bohaterów filmu) wciąż się waha, powtarza maniakalnie „być albo nie być”, wcale nie dokonuje wyboru i uśmiecha się tak jakoś złowieszczo. Występ ostatniego mówcy determinuje najpewniej ostateczną decyzję, bo Mroczny Mężczyzna więcej się już nie pojawia...



Film nie promuje nikogo i niczego. Wszak my świadczymy usługi dla ludności, która łaknie prostego przekazu, do takiego jest przyzwyczajona i taki rozumie. Dla nich film jest czarnym prostopadłościanem z Odysei Kosmicznej (dla mnie zresztą też). Niewielu adwokatów ma do czynienia z ładnymi, bogatymi klientami, którzy dodatkowo potrafią zrozumieć dłuższe wypowiedzi. Ci również będą jednak w kropce z uwagi na dekadencki motyw Mrocznego Mężczyzny.



Z filmu nie wynika w ogóle, że my jesteśmy druhami szczerymi tego narodu, że go kochamy i zasługujemy na zaufanie. Po projekcji obywatel nadal pozostaje przy stereotypach: adwokat to taki człowiek, który mówi dużo, niezbyt zrozumiale i w ogóle spogląda na obywatela z piedestału swej wielkości. Taki film nie przekonuje obywatela. Obywatel woli radcę prawnego, co się z plakatu nowocześnie uśmiecha i slogan ma trafiający do wyobraźni.



Nawet bohaterowie filmu nie mogą liczyć na autopromocję, bo przyjęta przez twórców formuła wyklucza zarówno rolę mędrcy jak i zręcznego aforysty. Poza tym, co przerażające, wszyscy fatalnie przegrywają i Mroczny Mężczyzna odchodzi.



To smutne. Smutne jest wspomniane odejście Mrocznego, bo ta postać może jednak budzić sympatię, a poza tym towarzyszy nam w trudach oglądania filmu i widz się do niej przywiązuje. Smutne też i to, że adwokatura będąca żywym nośnikiem kultury, o czym wspomina mec. Stanisław Kłys, produkuje film pozostający w opozycji do standardów, do których mogliśmy przywyknąć chociażby na studenckim festiwalu Etiuda.



A w ogóle to film o adwokatach krakowskich powinien się zaczynać sekwencją animowaną! To skandal, że jest inaczej, bo to jest miasto wielkich twórców animacji. Ta sekwencja powinna opowiadać o obrońcach w procesach politycznych lat 80-tych. Kilkadziesiąt sekund. Bo wtedy ludzie naprawdę kochali adwokatów.


środa, 3 grudnia 2014

Sezon na leszcza



Praktyka tworzenia notatek służbowych  jest fascynująca. Można napisać wszystko, podpisać się, i zrelacjonować wydarzenia o różnym stopniu ważności dla przyszłych pokoleń, bo to zostaje wpięte, a pokolenia patrzą.

Można też wykreować w ten sposób pożądaną rzeczywistość, albo wykorzystać element zaskoczenia towarzyszący nieszczęśnikowi, którego pierwsze bliskie spotkanie z wymiarem sprawiedliwości przekształciło się w krótkotrwałe pozbawienie wolności. Albo i jedno, i drugie.

Pyta się wtedy delikwenta o różne rzeczy – gdzie mieszka, czy ma zwierzątko, czy wbił siekierę w głowę sąsiada. Może powie. Najczęściej mówią wszystko, bo są sami, przestraszeni, wiedzą, że nic nie mogą, a i dostaną symbolicznie za darmo każdemu według twarzy ile się odważy.

Proces przelewania na papier tego, co fachowo nazywa się rozpytaniem, musi zajmować sporo wysiłku. Najpierw miejsce, data, stopień służbowy i tytuł. A później? Jak tu sklecić coś do sensu z tego bełkotu? Jak  zrobić, żeby było dobrze?  

Dają radę funkcjonariusze spełnić ten trudny obowiązek – może są szkoleni też i do tego (ja bym nie umiała), może to sam talent. I czyta się później to dziecko wylane z kąpielą – żeby nie było – przez samego interesanta, który mógł zamilknąć. Milczenie jest wszak porównywane do najszlachetniejszego z kruszców. 

Ktoś może pomyśleć, że to takie jakby przesłuchanie, tylko że wstępne, bez protokołu, kontaktu z obrońcą, pouczeń. Takie próbne, bo jak nie ma zarzutu, to nie jest podejrzany. Jak nie jest podejrzany, to nie ma prawa odmowy. Jeśli człowiek chce mówić, to trzeba go wysłuchać.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Praktyczny poradnik dla posiadaczy maczet, tasaków i innych niebezpiecznych przedmiotów



UWAGI I OSTRZEŻENIA:

1.  Ten tekst ma wersję dla dziennikarzy i osób preferujących jednoznaczny przekaz. Zalecam zacząć od niej

2. O tym jak Rzecznik Praw Obywatelskich uratował świat można przeczytać tutaj

3. Osoby, które są zainteresowane poważną wykładnią art. 50a kw, powinny sięgnąć do orzeczenia omówionego tutaj

4. Niektóre media reklamują tekst jako instrukcję pozwalającą uniknąć odpowiedzialności za przestępstwo. To przejaw nierzetelności  dziennikarskiej. Tekst dotyczy wyłącznie wykroczenia. Nie zawiera też porad w jaki sposób popełnić wykroczenie i uniknąć odpowiedzialności. Jeśli ktoś musi traktować publikację jako poradnik, to na wstępie winien wiedzieć, że zawiera on zestaw zaleceń dla osoby niewinnej. 

5. Po lekturze tekstu może wystąpić powikłanie w postaci "zespołu out of focus". Osoba nim dotknięta będzie występowała w relacjach telewizyjnych z rozmazanymi częściami ciała (zazwyczaj twarzą). 

6. Po lekturze tekstu może też wystąpić powikłanie polegające na pomawianiu autora o pomaganie chuliganom jeszcze przed popełnieniem bliżej niesprecyzowanego przestępstwa. Przyczyny tego zjawiska nie zostały dotychczas zbadane. W przypadku wystąpienia objawów należy unikać kontaktu z przedstawicielami środków masowego przekazu.  

7. Autor tekstu nie przypomina sobie, by kiedykolwiek pełnił funkcję obrońcy w sprawie osoby obwinionej o popełnienie wykroczenia z ar. 50a k.w.  polegającego na posiadaniu maczety. Nie ma w tym zakresie żadnego doświadczenia. Poza tym jest starym i zmęczonym adwokatem, który poleca korzystanie z usług młodszych koleżanek i kolegów. 

8. W grudniu 2015 autor podjął się obrony w sprawie o posiadanie maczety. W tym czasie okazało się również, że nie wolno pobłażać policjantom łamiącym prawo. Bo uczą się od nich politycy. 



Państwo wożą ze sobą te maczety, tasaki, noże i inne niebezpieczne narzędzia. Państwo zabierają ten sprzęt w miejsca publiczne. To oczywiście bardzo źle, ale ja dzięki Państwu reguluję zobowiązania, w ogóle trwam, więc jakoś się Państwu muszę odwdzięczyć.

Proszę zatem posłuchać, mam dla Państwa darmową poradę na wypadek, gdy policja ujawni taką maczetę w samochodzie, domu, plecaku, reklamówce czy w jakikolwiek sposób ukrytą. Otóż wbrew gazetowym przechwałkom w większości przypadków nie ma szans na skuteczne Państwa ukaranie, a takiej sytuacji w ogóle nie trzeba się obawiać.

Samo tylko posiadania ulubionego atrybutu męskości wcale nie oznacza bowiem popełnienia wykroczenia z art. 50a k.w. Jak ktoś przeczyta ten przepis, to niby jest oczywiste, ale policjanci przezornie nie czytają i kierują do sądu wnioski o ukaranie. Sądy zaś karzą Państwa grzywną (minimum 3000 zł, może być też areszt albo ograniczenie wolności) zupełnie niesprawiedliwie, bo posiadanie jest wykroczeniem tylko wówczas gdy okoliczności wskazują na zamiar użycia przedmiotu w celu popełnienia przestępstwa. Takie to już złe miasto.

Jeśli zatem maczety nie mieli Państwo w ręku, nie krzyczeli, że zamierzają kogoś zabić, albo w jakiś inny sposób nie komunikowali, że niedługo uczynią użytek z narzędzia, a pomimo to policja je znalazła, to proszę postępować tak:

  • należy zachować spokój, niestabilność emocjonalna może zostać zinterpretowana, a następnie opisana przez policjanta jako agresja stanowiąca przejaw zamiaru użycia ukrytego sprzętu

  • w czasie zatrzymania nie wolno po maczetę sięgać, nawet jak policja będzie Państwa biła. Trzeba to godnie znieść i pamiętać, że policjanci w tym mieście biją zazwyczaj umiejętnie, tak, że nie widać. Natomiast ból fizyczny przemija szybko.

  • należy powstrzymać się od odpowiadania na pytania o cel posiadania maczety. Tak na wszelki wypadek, bo Państwo czasem mówią rzeczy niepotrzebne. Wzorem niech będzie Incitatus, który według relacji poety Herberta nigdy nie zabierał głosu.

  • otrzymają Państwo wezwanie na przesłuchanie na policji. Najlepiej ograniczyć się do tego, że sprzęt był tylko transportowany i nikt nie myślał o jego używaniu. 
     
  • jeśli Sąd przyśle wyrok nakazowy, to trzeba zrobić takie pismo:


miejscowość, data
dane osobowe





Sąd Rejonowy w ______

Wydział Karny





Sygnatura akt: _______









Sprzeciw od wyroku nakazowego z dnia _____


Wnoszę sprzeciw od wskazanego wyroku nakazowego. Jestem całkowicie niewinny, bo ______________ (maczety, noża, miecza, itd.) nie chciałem używać. Miałem go w ___________ (samochodzie, domu, na działce), a przed zatrzymaniem zachowywałem się spokojnie.

Z literalnego brzmienia art. 50a kw wynika, że warunkiem odpowiedzialności za wykroczenie jest posiadanie niebezpiecznego przedmiotu w okolicznościach wskazujących na zamiar jego użycia. W piśmiennictwie podnosi się, że „Odpowiedzialność za popełnienie wykroczenia z art. 50a może więc zachodzić jedynie w przypadku zaistnienia kumulatywnego zbiegu dwóch sytuacji wskazanych w treści komentowanego przepisu, a mianowicie posiadania noża, maczety lub innego podobnie niebezpiecznego przedmiotu w miejscu publicznym, i zamiaru, w tym przypadku postrzeganego jako zewnętrzne, fizyczne zachowanie sprawcy, np. trzymanie w ręku, wymachiwanie itp. zachowanie, ale również słowne zapowiedzi, których treść świadczy o zamiarze użycia posiadanych przedmiotów, a wskazanych w dyspozycji komentowanego przepisu, w celu popełnienia przestępstwa, np. "potnę cię", "zarąbię" itp” (W. Jankowski, Komentarz do art. 50a Kodeksu Wykroczeń, System informacji LEX, stan prawny 1.1.2013)

Jestem zatem niewinny bo ja tylko ________ (maczetę, siekierę, tasak, itp.) miałem.

podpis


  • sprzeciw należy wysłać w terminie 7 dni od otrzymania wyroku nakazowego.

  • na rozprawę należy przyjść i potwierdzić brak zamiaru użycia przedmiotu (bo wniesienie sprzeciwu spowoduje wyznaczenie rozprawy).

  • za wyrok uniewinniający należy okazać wdzięczność i nie wychodzić w czasie jego uzasadniania.


Podsumowując: niech Państwo nigdy po te narzędzia nie sięgają, a w razie ujawnienia przez policję proszę realizować powyższy schemat. Zaoszczędzone środki proszę gromadzić na pomoc prawną w innych sprawach. Nie gwarantuję, że za każdym razem się powiedzie, ale jeśli maczeta będzie spokojnie leżała na swoim miejscu, to prawdopodobieństwo uniknięcia grzywny jest wysokie. Podobnie jak ujścia z życiem.

środa, 12 listopada 2014

Miłość (ft. MB)


Byłam tego dnia u niego na widzeniu. Z trudem udało się dograć termin, który pasował też asyście. Asystował funkcjonariusz, któremu niestraszne okazało się moje późniejsze karkołomne i z góry przegrane przedsięwzięcie – był druhem szczerym, na krok nie opuścił, a przy tym odnalazł jasne strony swego zadania, za co pięknie dziękuję (za to – i nie tylko – po raz kolejny ukłony dla narkotyków KMP Kraków). Aresztowany jadł chleb z niejednego pieca i na niejednym balu bywał. Pojedynki, które stoczył za młodu okazały się dlań nie mniej kształcące, niż spożywane kawiory i wypijane trunki.

Ale nie o nich ta historia, mimo że dodali uroku. Historia jest o niej – a ona przynależy do niego – aresztowanego. Przynależność jej, oderwana aresztowaniem, odkleiła rutynę od codzienności. W próbach zaklejenia z powrotem tego, co winno tkwić, chciała spotkania po naszym spotkaniu, które obiecałam jej kilka razy. Traf chciał, że dzień nie miał zamiaru się skończyć, a wizja szesnastej przechodziła w godziny coraz bardziej wieczorne. Pozostając w kontakcie operacyjnym bezradna byłam jak dziecko, bo słowo nie szmata, a tu już grubo po dzienniku. Ona powiedziała, że przecież nie sypia, że od oderwania tylko przykleja co pozostało. Klejąc z nią razem w kontakcie umówiłam na noc. Myślałam, że chyba nie przyjdzie.


*


Wyszła zza plandeki. Może to była zresztą jakaś folia, w każdym razie coś w co robotnicy zawinęli kawałek schodów prowadzących do sądu. Mówiąc precyzyjnie, to nam się wydawało, że stamtąd wyszła, bo z jej perspektywy, mogła wyjść z zupełnie innego miejsca. Mogła nawet w tym innym miejscu pozostawać, pomimo rozmowy z nami. Po części tak zapewne było, bo ona zawsze nieco gdzie indziej, z nią zawsze jak z postaciami z ikony – patrząc w jej oczy zaglądasz w oczy Jurija Gagarina.

Była pierwsza w nocy. Popatrzyłem.

Ich złość, ich kpiny, ich amatorskie pretensje, że o tej godzinie nie mogą zasnąć w cieple, ich głupie pogróżki. Wszystko to jeszcze przed chwilą miało jakieś znaczenie, ale teraz ona odbierała talon, pytała i przekazywała informacje. Teraz wszystkie sputniki fotografowały nas, nie mając problemów z ustawieniem ostrości, bo noc była wyjątkowo jasna. Teraz nikt nie miał wątpliwości, że czas nie odgrywa najmniejszej roli.