środa, 13 maja 2015

Kultura ma znaczenie

Najlepiej byłoby pisać o tym wszystkim jak Jakub Biłuński o boksie. Równie dramatyczne starcie idei z miałką codziennością. Równie wspaniali bohaterowie, szkarłatni miotacze pereł i istne szumowiny penetrujące najdalsze peryferia nikczemności. Rauty u ambasadora i nocne spotkania na stacji benzynowej. Podobna mieszanka dobra, zła, uczciwości, blichtru, oszustwa, cwaniactwa i naiwności. Równie wielu neofitów z głowami pełnymi tanich marzeń. Dolary, dolary, dolary, alkohol (Ostrzegamy! Przechadzki w Alei Nisko Latających Sędziów na własną odpowiedzialność!), pełne spektrum namiętności, napięcie, i ten strach zmuszający niekiedy do wymiany ciosów. No i decyzje sędziów. Zaskakujące decyzje sędziów...

My, dzieci z zajęć uczonego lansującego tezę o zgubnym wpływie erudycji, nie mamy jednak szans na dorównanie Jakubowi Biłuńskiemu. Jaki miałoby to zresztą sens, skoro czytelnicy blogów o boksie to ludzie dalece bardziej kulturalni od czytelników blogów prawniczych. Miałem niegdyś „Kulturalną historię boksu”, czegoś podobnego o prawie nie da się napisać. Poza tym moje literackie ekscytacje nie wykraczają obecnie ponad lekturę autobiografii Mika Tysona (jego miłość do literatury rosyjskiej jest jednak inspirująca).

Niedługo my barbarzyńcy zrobimy coś dla ludzi kulturalnych. Otóż od 1 lipca 2015 sprawcy rozbojów (takich zwykłych z 280 par. 1k.k.), jeśli nie wybiorą koncyliacyjnej formy zakończenia postępowania, będą musieli spędzić przynajmniej miesiąc w więzieniu. Na podstawie art. 69 k.k. będzie można zawiesić karę do roku pozbawienia wolności, a zatem ci wszyscy nastoletni złodzieje czapek, banknotów 20 zł, telefonów, itd., stosujący przemoc lub grożący jej użyciem będą poddawani zbawczemu wpływowi kultury więziennej. Jeśli sąd łaskawie zastosuje nowy art. 37b k.k. to edukacja będzie krótkotrwała, ale na pewno wystarczająca, bo przecież na początku wiedza przyswajana jest najbardziej intensywnie. Jeśli jednak sąd nie odnotuje tej świeżej regulacji, to łup w postaci klapek, rękawiczek, czy kaszkietu będzie oznaczał co najmniej dwuletnie pozbawienie wolności.  

W więzieniach wszyscy ćwiczą i czytają książki. Więzienia pojawiają się w wielu bokserskich historiach. Już niedługo wychowamy wielu nowych, wspaniałych kandydatów na mistrzów. Oni napiszą kulturalną historię tego kraju.


P.S.


  1. Warto odnotować, że osiedlowi sprzedawcy marihuany też będą mieli zamkniętą drogę do kary w zawieszeniu z uwagi na treść art. 56 ust. 3 upn i upowszechnioną przez Sąd Najwyższy wykładnię znamienia „znacznej ilości”.

  2. Dziękuję Młodemu Uczonemu Dominikowi Zającowi za szybką konsultację w zakresie nowelizacji k.k.

  3. Proszę przeczytać te Wizytówki Jakuba Biłuńskiego

czwartek, 23 kwietnia 2015

Apel

Wszyscy powinniśmy połączyć się w modlitwie o odmowę wszczęcia, ewentualnie natychmiastowe umorzenie postępowania w sprawie przecieku stenogramów ze śledztwa dotyczącego katastrofy samolotu w Smoleńsku. Sprawę przejęła Prokuratura Apelacyjna w Krakowie, toteż o szczególny wysiłek modlitewny proszone są osoby zamieszkałe w rejonie ulicy Mosiężniczej.

Postawienie dziennikarzom radia RMF zarzutów w tej sprawie będzie bowiem skandalem o wydźwięku międzynarodowym. Otóż Europejski Trybunał Praw Człowieka od lat stoi na stanowisku, że upublicznienie przez dziennikarza informacji niejawnych, w sytuacji gdy śledztwo budzi powszechne zainteresowanie jest dopuszczalne w ramach swobody wypowiedzi gwarantowanej art. 10 Konwencji. Nie tak dawno, bo 1 lipca 2014, Trybunał uznał, że skazanie szwajcarskiego dziennikarza, który upublicznił informacje z postępowania dotyczącego wypadku samochodowego, stanowiło naruszenie wspomnianego przepisu i zasądził na jego rzecz równowartość kwoty 5000 Euro. Okoliczności wypadku, o którym pisał dziennikarz były drastyczne (3 ofiary śmiertelne, liczni ranni), a sprawa budziła powszechne zainteresowanie. Po publikacji zarówno sprawca jak i pokrzywdzeni nie wystąpili z roszczeniami, natomiast akt oskarżenia wniósł prokurator. Naraził swoje państwo na straty (cały wyrok tutaj: http://hudoc.echr.coe.int/sites/eng/pages/search.aspx?i=001-145457).

Tak samo może skończyć się postępowanie w sprawie przecieku stenogramów ze śledztwa smoleńskiego. Nawet przeciwnicy politycznej działalności Lecha Kaczyńskiego muszą bowiem przyznać, że okoliczności śmierci najważniejszej osoby w państwie budzą powszechne zainteresowanie, szczególnie gdy od 5 lat prokuratorzy nie mogą uporać się z tą sprawą. Jeśli zaś nie mogą jej zakończyć, to muszą się liczyć z tym, że ktoś będzie próbował skontrolować jakość ich pracy. Właśnie dlatego prowadzenie postępowania w przedmiocie przecieku jest złem.

Przekładając pogląd ETPCZ na realia argumentacyjne lokalnych postanowień o umorzeniu postępowania należy powołać się na brak społecznej szkodliwości działania sprawców. Będzie to tym bardziej zasadne, że NPW sama ujawniła te stenogramy tuż po tym jak zostały opublikowane przez dziennikarzy.


Proszę się zatem modlić.


piątek, 17 kwietnia 2015

Ona tu jest


Ona jest już kilka tygodni.

Na początku mówiono o niej tylko po angielsku. Na razie tylko się przygląda i nie robi notatek. Nie musi. Wszystko już wie i umie, bo jest prawnikiem od lat, od samego poczęcia. Spojrzenie ma skupione, oczami bez koloru świdruje przeciwnika. Wytrąci oręż bez pytania która godzina. Bez litości zniszczy jeśli dostanie polecenie.
Nie chciałbyś Czytelniku wejść jej w drogę ani na sali, ani w korytarzu.

Nie słucha żadnej konkretnej muzyki, nie przyznaje do literatury, hobbystycznie zarządza zasobami (ludzkimi). Zawodowo też. Nie posiada kotka ani papużek. Deklaruje słabą orientację w karnym, prawdopodobnie dla zmyłki. Jest za to bezwzględną zwolenniczką elegancji. Nie wiadomo kim była, nie wiemy kim jest, ani dokąd zmierza.

Wiadomo, że wzięła się z Rzeszowa, ale równie dobrze mogła nadjechać pewnego dnia astonem martinem w ciemnych okularach, wycelować w Ewę z glocka i poprosić o martini. Wiadomo jakie.

Córka rzeszowskiej matki, aplikantka Krakowskiej Izby, agentka Jej Królewskiej Mości - jest tym wszystkim, ale czym jeszcze?

Kim naprawdę jest Dżoana?

piątek, 10 kwietnia 2015

Mad Season

Najlepszym jurystą w mieście okazał się arcybiskup metropolita krakowski Stanisław Dziwisz. 

Wcześniej było jednak przedpołudnie. Wielki Piątek. Wraz z mężczyzną, którego od jakiegoś czasu nazywamy Poszukiwaczem Sensacji przebywaliśmy na terenie jednostki penitencjarnej i tępo wpatrywaliśmy się w nowy art. 85 par. 3 kk. Próby egzegezy tego zapisu zakończyły się fiaskiem, a żaden z przybyłych osadzonych nie dysponował kamieniem z Rosetty. Dostali więc pisanki i wrócili do swoich treningów, książek i programów telewizyjnych. 

Wieczorem arcybiskup metropolita krakowski Stanisław Dziwisz uznał, że Wielki Piątek to dobra okazja do omówienia  problematyki środków antykoncepcyjnych. Zachęcam jednak, by mu to wybaczyć, bo przy tej okazji postawił tezę o ogólniejszym wydźwięku, a zarazem ważką nie tylko dla prawników. Powiedział bowiem: „Prawdziwy uczeń Jezusa nie będzie nigdy korzystał z niegodziwych praw, nawet uchwalonych w majestacie demokratycznego państwa, bo prawda i dobro nie podlegają głosowaniu. Te prawa do niczego nie zmuszają. Każdy z nas ma sumienie, znamy Dekalog i mamy Ewangelię”.

W pierwszej chwili pogląd ten może wydać się niepokojący, nazbyt anarchistyczny, stanowiący wezwanie do społecznej rebelii. Wszak żyjemy w mieście, w którym informowanie młodzieży, że prawa ludzkie do niczego nie zmuszają może przynieść opłakane skutki. Przecież niektórzy prowadzą tu „świętą wojnę” i łakną moralnej podbudowy dla niesubordynacji wobec ziemskiego porządku prawnego (co będzie jak w sposób sobie właściwy zmodyfikują naukę Tomasza z Akwinu o sprawiedliwej karze śmierci?). Przecież niektórzy hodują tu konopie inne niż włókniste, a zakaz ustawowy uprawy tej rośliny nie ma  uzasadnienia lepszego niż miałby zakaz sprzedaży alkoholu, gdyby tylko został wprowadzony (czego bardzo pragniemy). Posługując się Dekalogiem, Ewangelią i sumieniem, a także twierdząc, że prawda i dobro nie podlegają głosowaniu z łatwością uzasadnimy brak obowiązku przestrzegania niektórych zapisów ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Wydawać by się zatem mogło, że arcybiskup powinien nawoływać do przestrzegania prawa ludzkiego, a problem jego zgodności z prawem boskim rozwiązywać wykorzystując swój autorytet podczas kontaktów z przedstawicielami władzy ustawodawczej. 

Pogląd arcybiskupa w obliczu nowego brzmienia art. 85 par. 3 k.k. (i nie tylko) jest jednak jedynym trafnym. Napisano bowiem:  „Podstawą orzeczenia jednej kary łącznej nie może być kara wymierzona za przestępstwo popełnione po rozpoczęciu, a przed zakończeniem wykonywania innej kary podlegającej łączeniu z karą wykonywaną w chwili popełnienia przestępstwa, lub karą łączną, w skład której wchodzi kara, która była wykonywana w chwili popełnienia czynu”. Trudno o zachowanie spokoju przy lekturze cytowanego tekstu. Jedynym celem tak pisanego prawa jest przekazanie obywatela w ręce złego adwokata, złego sędziego, złego prokuratora i nawet gdyby arcybiskup okazałby się Wielkim Lobbystą, to nie jest w stanie powstrzymać spirali ustawodawczej zbrodni. Obywatel jest samotny i bezradny. Nie rozumie i nie daje mu się żadnej szansy. Lepiej żeby nie przestrzegał norm pisanych w tak wyrafinowanej poetyce. Lepiej niech słucha Jezusa.

P.s.

W trudnym czasie przełomu marca i kwietnia, uwikłani w obchody kolejnych rocznic śmierci wszystkich patronów tego bloga (5 kwietnia!) zalecamy powstrzymanie się od konsumowania substancji odurzających, rozwój duchowy i regularne ćwiczenia cielesne ze szczególnym uwzględnieniem kajakarstwa i wycieczek górskich. Twórcy przepisów powinni dodatkowo oddać się kontemplacji sztuki reportażu. 

niedziela, 8 marca 2015

Bulwar Aligatorów

Już niedługo będą mogli to robić na gazetach, sztandarach. Na sztandarach, gazetach. Krakowscy policjanci.

Czekamy na ten moment podekscytowani i pełni wdzięczności dla członków rady miasta, którzy zadecydowali sztandar ufundować. Jest to inicjatywa szlachetna ale nade wszystko zwiększająca (przecież i tak wysoki) poziom bezpieczeństwa w mieście. Wszak nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że policjant ze sztandarem jest znacznie dzielniejszy od kolegi sztandaru pozbawionego. Nie licząc się z kosztami, sztandary trzeba więc kupować.

Istnieje jednak pewna okoliczność zatruwająca nasze radosne oczekiwanie. Otóż radni niesprawiedliwie i jednostronnie doceniają sukcesy policjantów. Zapominają zupełnie o sprawcach owych zwycięstw: złapanych przestępcach i tych, którzy dopuścili się wykroczeń w sposób łatwy do wykrycia, o awanturujących się alkoholikach, upartych niealimenciarzach, nieudacznikach ujętych na gorącym uczynku. To dzięki nim są wyniki, statystyki i chwała. To dzięki nim załopocze sztandar.

Nie sposób jednak oczekiwać, że radni zaczną masowo fundować sztandary wymienionym grupom społecznym. Wprawdzie nie sięgają do własnej kieszeni, ale proceder na większą skalę mógłby wydać im się zbyt kosztowny. Mam jednak dla radnych bezpłatną poradę jak w sposób elegancki i oszczędny uhonorować współautorów sukcesów krakowskich policjantów. Przecież można stosownie nazywać ulice!

To proste rozwiązanie pozwoli dodatkowo uniknąć kontrowersji związanych z wykorzystywaniem nazwisk znanych osób. Przecież nawet Słowacki był podobno smakoszem opium i trudno, by młodzież mieszkała przy ulicy jego imienia. Prawie zawsze okazuje się, że kandydat komuś nie odpowiada, miał pewne nieprzyjemne cechy, uczestniczył w skandalu, albo po prostu nie był atrakcyjny fizycznie. Sięgnijmy więc do nazw bardziej ogólnych, szczególnie kiedy możemy przy tej okazji oddać hołd ludziom pozostającym w cieniu odnoszących sukcesy policjantów.

Proponuję zatem, by jedna z ulic tego miasta nosiła nazwę Przyłapanych. Mieszkający pod tym adresem stanowiliby żywy pomnik tych, którzy popełniwszy przestępstwo pozwolili się ująć na gorącym uczynku. Nie mniej atrakcyjna byłaby ulica Awanturników, tym bardziej, że dodatkowo stanowiłaby podziękowanie za twórczość Astrid Lindgren. Inne propozycje: Rozpoznanych, Psa bez kagańca, Sprawców, Nietrzeźwych, Zakłóconych Czynności Służbowych, Ujętych.


Pozostaje problem miejsc prestiżowych, tam gdzie najważniejsze punkty miasta: galerie handlowe, dyskoteki, kluby tańca i jadłodajnie. Uważamy, że to powinny być Bulwary, bo w tym słowie jest wielki świat, a bulwar wcale nie musi być nad rzeką czy morzem. A ponieważ policjanci nader często łapią mężczyzn posługujących się pseudonimem Aligator, to najważniejsza ulica w mieście powinna nazywać się Bulwar Aligatorów.  


p.s. Po latach uważny egzegeta dostrzeże, że z pozoru niewinne tłumaczenie utworu cytowanego w pierwszym zdaniu, było wyrazem wdzięczności dla policjantów. 

piątek, 20 lutego 2015

Tekst o Sławomirze

Z okazji publikacji wyroku Sądu Najwyższego w sprawie III KK 70/14 wspominamy mężczyznę o imieniu Sławomir. Teraz on na pewno opala swe ciało i ćwiczy je, by kobiety znajdowały przyjemność w patrzeniu na niego. To jednak niedługo się skończy za sprawą św. Floriana, który weźmie odwet za zastępy swych wiernych podopiecznych, którzy w jesienne dni musieli przemierzać niedostępne brzegi akwenu wodnego w poszukiwaniu Sławomira. Wszyscy bogowie łąkowi, leśni i ci od stawów jezior oraz sztucznych zalewów również szykują okropne męki w zemście za trudy płetwonurków ofiarnie poszukujących Sławomira w zimnych i ciemnych obszarach poniżej termokliny. My zaś jesteśmy tylko smutni, że zostaliśmy oszukani.

W wyroku z dnia 3 września 2014, sygn. III KK 70/14 Sąd Najwyższy uznał, że art. 413 par. 2 pkt. 1 kpk wymaga dokładnego określenia czynu przypisanego oskarżonemu i konieczne jest wskazanie ilości środków odurzających wprowadzonych do obrotu, nie zaś poprzestanie na stwierdzeniu, że stanowią one znaczną ilość.

Jakkolwiek wydawałoby się, że Sąd Najwyższy nie odkrywa w tym orzeczeniu nowych światów i nie penetruje awangardowych kierunków interpretacji, to jednak Sławomir – w swoim czasie – został prawomocnie skazany za wprowadzenie do obrotu znacznych ilości kokainy i nikt nie zadał sobie trudu wskazania ile rzeczywiście sprzedał. Również Sąd Najwyższy nie dostrzegł w lapidarnym opisie czynu niczego zdrożnego, a kasację uznał za oczywiście bezzasadną. W przypadku Sławomira mogła to być jednak wspomniana zemsta Świętego i bogów pomniejszych, która – na podobieństwo skutków ukąszenia tego wielokrotnie wspominanego węża gatunku żmija – nadchodzi na 5 lat przed dopuszczeniem się złego uczynku. Ówczesnego orzeczenia SN nie należy zatem traktować w kategoriach kamienia milowego judykatury polskiej, a był to jedynie przejaw sprawiedliwości w wymiarze bardziej ogólnym. Nie należy zatem wypowiadać sygnatury tej sprawy, nawet szeptem.

Oskarżonym w sprawie III KK 70/14 był niejaki D.K., a przynajmniej takie inicjały wskazano w oficjalnej publikacji. Gdybym był D.K. to przy ponownym rozpoznaniu sprawy (trafiła do pierwszej instancji), powiedziałbym, że ustalanie jakiejkolwiek ilości w opisie czynu będzie stanowiło naruszenie zakazu reformationis in peius. I chciałbym być niewinny.



poniedziałek, 9 lutego 2015

Dom wariatów



Zadzwonił telefon.
- Prokurator cofnął wniosek!
Odetchnęłam z ulgą. Koniec.
Nie będzie, przynajmniej na razie, oglądał świata zza okratowanych okien oddziału psychiatrycznego miejscowego szpitala.



Kiedy zadzwonił z prośbą o pomoc, lekko drżał mu głos. Raczej ze złości, nie ze strachu. Mówił szybko, jakby nieskładnie. Nie mogłam łatwo tego przyswoić, poukładać w jakieś znane ramy proceduralne. Kiedy powtórzył, zaczęło do mnie docierać, że oto miejscowa prokuratura prowadzi jakieś tajne przez poufne postępowanie wyjaśniające, do którego on nie ma dostępu, mimo, że chodzi właśnie o niego. Wzywali jego mamę, tatę, siostrę, i pytali każdego, czy nie myślał o umieszczeniu mojego rozmówcy w szpitalu psychiatrycznym. Przymusowo. Bez zgody. Dla dobra.

Dorośli odpowiadali, że nie. Bo jest już duży, skończył studia, ma rodzinę, pracuje. Działa społecznie, demaskuje zgniliznę, i dostaje za to swoją dolę nieszczęść od miejscowych możnych. Nie ma z nim problemów, nikomu nie zagraża, nie robi krzywdy. Nie wyznaje zasady, że z władzą lepiej jest dobrze żyć. Pod tym względem bywa niegrzeczny.

Prokuratura pozbierała te zeznania, zebrała też opinie psychiatryczne z postępowań wykroczeniowych (patrząc władzy na ręce czasem broił). Z troski o obywatela i dla jego dobra wystąpiła z wnioskiem o umieszczenie go w przymusowym leczeniu psychiatrycznym bez zgody na podstawie art. 29 ust. 1 pkt 1 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego (do szpitala psychiatrycznego może być również przyjęta, bez zgody wymaganej w art. 22, osoba chora psychicznie, której dotychczasowe zachowanie wskazuje na to, że nieprzyjęcie do szpitala spowoduje znaczne pogorszenie stanu jej zdrowia psychicznego).

Traf chciał, że w małym mieście liczba biegłych sądowych odpowiedniej specjalności jest ograniczona. Opinie skompletowane przez prokuraturę sporządzało kilku tych samych biegłych w różnych konfiguracjach. W niektórych opiniach pojawiały się niepokojące wnioski co do jego zdrowia. Wnioski te z pewnością podzielałaby część miejscowych biznesmenów, których uwiera dziennikarsko-śledcze zacięcie szarego człowieka.

W postępowaniu przed sądem przesłuchano naszych świadków – kolegów, znajomych, którzy potwierdzili, że jest jak najbardziej normalny. Z tym wyjątkiem, że żywo interesuje go polityka lokalnych władz.

Sąd dopuścił swoją opinię na potrzeby postępowania zainicjowanego przez prokuraturę. Wnioski miejscowych biegłych (tych, co już wcześniej kiedyś) były druzgocące – trzeba umieścić go, koniecznie i natychmiast, bo będzie źle. Przesłuchani podtrzymali diagnozę i wskazanie na umieszczenie. Nie wyjaśnili jednak, z czego wynika ich uparte kwestionowanie tego, co mówi uczestnik o swoim życiu. Nie wyjaśnili wielu kwestii. Pozostali przy swoim.

Sytuacja była dramatyczna, dla mnie chyba bardziej niż dla niego. On się tego spodziewał, pasowało mu to do poprzednich wydarzeń i dekodował przyczyny. Ja nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Raczej nie ze względu na niedostatki wiedzy o psychologii i psychiatrii. Wizja zamknięcia człowieka bez jego zgody w szpitalu psychiatrycznym, dla jego dobra, na kanwie mglistej prognozy poprawy stanu zdrowia (które na zdrowy rozsądek tego nie potrzebuje) osadzała się mocno w rzeczywistości znanej z Ubika.

Chronologia i logika coraz bardziej się zakrzywiały, a on kontynuował działalność społeczną i dalej dokuczał, pisał i kąsał. W odwecie zawiadamiano o kolejnych rzekomych wykroczeniach. Kierowano go na  kolejne badania psychiatryczne. 

Zadziałał kosmos, albo wyczerpali się ci dzielni biegli, i trafiło na niemiejscowych, ostrzeżonych, że walczymy. Napisali o braku potrzeby leczenia. Czym prędzej złożyliśmy w sądzie, z wnioskiem o nową opinię i prośbą, by zwrócono się o jej sporządzenie do kogoś spoza. Tak też się stało. Biegła wielkomiejska, uniwersytecka zaopiniowała o braku potrzeby leczenia. Prokurator cofnął wniosek.

Tym razem się udało.





Zazwyczaj jest tak, że taki wniosek kierują osoby najbliższe. W tym przypadku, po zasięgnięciu ich zdania prokuratura uznała, że się od tego uchylają (!). Jest takie orzeczenie SN, że wtedy może prokurator.