piątek, 10 kwietnia 2015

Mad Season

Najlepszym jurystą w mieście okazał się arcybiskup metropolita krakowski Stanisław Dziwisz. 

Wcześniej było jednak przedpołudnie. Wielki Piątek. Wraz z mężczyzną, którego od jakiegoś czasu nazywamy Poszukiwaczem Sensacji przebywaliśmy na terenie jednostki penitencjarnej i tępo wpatrywaliśmy się w nowy art. 85 par. 3 kk. Próby egzegezy tego zapisu zakończyły się fiaskiem, a żaden z przybyłych osadzonych nie dysponował kamieniem z Rosetty. Dostali więc pisanki i wrócili do swoich treningów, książek i programów telewizyjnych. 

Wieczorem arcybiskup metropolita krakowski Stanisław Dziwisz uznał, że Wielki Piątek to dobra okazja do omówienia  problematyki środków antykoncepcyjnych. Zachęcam jednak, by mu to wybaczyć, bo przy tej okazji postawił tezę o ogólniejszym wydźwięku, a zarazem ważką nie tylko dla prawników. Powiedział bowiem: „Prawdziwy uczeń Jezusa nie będzie nigdy korzystał z niegodziwych praw, nawet uchwalonych w majestacie demokratycznego państwa, bo prawda i dobro nie podlegają głosowaniu. Te prawa do niczego nie zmuszają. Każdy z nas ma sumienie, znamy Dekalog i mamy Ewangelię”.

W pierwszej chwili pogląd ten może wydać się niepokojący, nazbyt anarchistyczny, stanowiący wezwanie do społecznej rebelii. Wszak żyjemy w mieście, w którym informowanie młodzieży, że prawa ludzkie do niczego nie zmuszają może przynieść opłakane skutki. Przecież niektórzy prowadzą tu „świętą wojnę” i łakną moralnej podbudowy dla niesubordynacji wobec ziemskiego porządku prawnego (co będzie jak w sposób sobie właściwy zmodyfikują naukę Tomasza z Akwinu o sprawiedliwej karze śmierci?). Przecież niektórzy hodują tu konopie inne niż włókniste, a zakaz ustawowy uprawy tej rośliny nie ma  uzasadnienia lepszego niż miałby zakaz sprzedaży alkoholu, gdyby tylko został wprowadzony (czego bardzo pragniemy). Posługując się Dekalogiem, Ewangelią i sumieniem, a także twierdząc, że prawda i dobro nie podlegają głosowaniu z łatwością uzasadnimy brak obowiązku przestrzegania niektórych zapisów ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Wydawać by się zatem mogło, że arcybiskup powinien nawoływać do przestrzegania prawa ludzkiego, a problem jego zgodności z prawem boskim rozwiązywać wykorzystując swój autorytet podczas kontaktów z przedstawicielami władzy ustawodawczej. 

Pogląd arcybiskupa w obliczu nowego brzmienia art. 85 par. 3 k.k. (i nie tylko) jest jednak jedynym trafnym. Napisano bowiem:  „Podstawą orzeczenia jednej kary łącznej nie może być kara wymierzona za przestępstwo popełnione po rozpoczęciu, a przed zakończeniem wykonywania innej kary podlegającej łączeniu z karą wykonywaną w chwili popełnienia przestępstwa, lub karą łączną, w skład której wchodzi kara, która była wykonywana w chwili popełnienia czynu”. Trudno o zachowanie spokoju przy lekturze cytowanego tekstu. Jedynym celem tak pisanego prawa jest przekazanie obywatela w ręce złego adwokata, złego sędziego, złego prokuratora i nawet gdyby arcybiskup okazałby się Wielkim Lobbystą, to nie jest w stanie powstrzymać spirali ustawodawczej zbrodni. Obywatel jest samotny i bezradny. Nie rozumie i nie daje mu się żadnej szansy. Lepiej żeby nie przestrzegał norm pisanych w tak wyrafinowanej poetyce. Lepiej niech słucha Jezusa.

P.s.

W trudnym czasie przełomu marca i kwietnia, uwikłani w obchody kolejnych rocznic śmierci wszystkich patronów tego bloga (5 kwietnia!) zalecamy powstrzymanie się od konsumowania substancji odurzających, rozwój duchowy i regularne ćwiczenia cielesne ze szczególnym uwzględnieniem kajakarstwa i wycieczek górskich. Twórcy przepisów powinni dodatkowo oddać się kontemplacji sztuki reportażu. 

niedziela, 8 marca 2015

Bulwar Aligatorów

Już niedługo będą mogli to robić na gazetach, sztandarach. Na sztandarach, gazetach. Krakowscy policjanci.

Czekamy na ten moment podekscytowani i pełni wdzięczności dla członków rady miasta, którzy zadecydowali sztandar ufundować. Jest to inicjatywa szlachetna ale nade wszystko zwiększająca (przecież i tak wysoki) poziom bezpieczeństwa w mieście. Wszak nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że policjant ze sztandarem jest znacznie dzielniejszy od kolegi sztandaru pozbawionego. Nie licząc się z kosztami, sztandary trzeba więc kupować.

Istnieje jednak pewna okoliczność zatruwająca nasze radosne oczekiwanie. Otóż radni niesprawiedliwie i jednostronnie doceniają sukcesy policjantów. Zapominają zupełnie o sprawcach owych zwycięstw: złapanych przestępcach i tych, którzy dopuścili się wykroczeń w sposób łatwy do wykrycia, o awanturujących się alkoholikach, upartych niealimenciarzach, nieudacznikach ujętych na gorącym uczynku. To dzięki nim są wyniki, statystyki i chwała. To dzięki nim załopocze sztandar.

Nie sposób jednak oczekiwać, że radni zaczną masowo fundować sztandary wymienionym grupom społecznym. Wprawdzie nie sięgają do własnej kieszeni, ale proceder na większą skalę mógłby wydać im się zbyt kosztowny. Mam jednak dla radnych bezpłatną poradę jak w sposób elegancki i oszczędny uhonorować współautorów sukcesów krakowskich policjantów. Przecież można stosownie nazywać ulice!

To proste rozwiązanie pozwoli dodatkowo uniknąć kontrowersji związanych z wykorzystywaniem nazwisk znanych osób. Przecież nawet Słowacki był podobno smakoszem opium i trudno, by młodzież mieszkała przy ulicy jego imienia. Prawie zawsze okazuje się, że kandydat komuś nie odpowiada, miał pewne nieprzyjemne cechy, uczestniczył w skandalu, albo po prostu nie był atrakcyjny fizycznie. Sięgnijmy więc do nazw bardziej ogólnych, szczególnie kiedy możemy przy tej okazji oddać hołd ludziom pozostającym w cieniu odnoszących sukcesy policjantów.

Proponuję zatem, by jedna z ulic tego miasta nosiła nazwę Przyłapanych. Mieszkający pod tym adresem stanowiliby żywy pomnik tych, którzy popełniwszy przestępstwo pozwolili się ująć na gorącym uczynku. Nie mniej atrakcyjna byłaby ulica Awanturników, tym bardziej, że dodatkowo stanowiłaby podziękowanie za twórczość Astrid Lindgren. Inne propozycje: Rozpoznanych, Psa bez kagańca, Sprawców, Nietrzeźwych, Zakłóconych Czynności Służbowych, Ujętych.


Pozostaje problem miejsc prestiżowych, tam gdzie najważniejsze punkty miasta: galerie handlowe, dyskoteki, kluby tańca i jadłodajnie. Uważamy, że to powinny być Bulwary, bo w tym słowie jest wielki świat, a bulwar wcale nie musi być nad rzeką czy morzem. A ponieważ policjanci nader często łapią mężczyzn posługujących się pseudonimem Aligator, to najważniejsza ulica w mieście powinna nazywać się Bulwar Aligatorów.  


p.s. Po latach uważny egzegeta dostrzeże, że z pozoru niewinne tłumaczenie utworu cytowanego w pierwszym zdaniu, było wyrazem wdzięczności dla policjantów. 

piątek, 20 lutego 2015

Tekst o Sławomirze

Z okazji publikacji wyroku Sądu Najwyższego w sprawie III KK 70/14 wspominamy mężczyznę o imieniu Sławomir. Teraz on na pewno opala swe ciało i ćwiczy je, by kobiety znajdowały przyjemność w patrzeniu na niego. To jednak niedługo się skończy za sprawą św. Floriana, który weźmie odwet za zastępy swych wiernych podopiecznych, którzy w jesienne dni musieli przemierzać niedostępne brzegi akwenu wodnego w poszukiwaniu Sławomira. Wszyscy bogowie łąkowi, leśni i ci od stawów jezior oraz sztucznych zalewów również szykują okropne męki w zemście za trudy płetwonurków ofiarnie poszukujących Sławomira w zimnych i ciemnych obszarach poniżej termokliny. My zaś jesteśmy tylko smutni, że zostaliśmy oszukani.

W wyroku z dnia 3 września 2014, sygn. III KK 70/14 Sąd Najwyższy uznał, że art. 413 par. 2 pkt. 1 kpk wymaga dokładnego określenia czynu przypisanego oskarżonemu i konieczne jest wskazanie ilości środków odurzających wprowadzonych do obrotu, nie zaś poprzestanie na stwierdzeniu, że stanowią one znaczną ilość.

Jakkolwiek wydawałoby się, że Sąd Najwyższy nie odkrywa w tym orzeczeniu nowych światów i nie penetruje awangardowych kierunków interpretacji, to jednak Sławomir – w swoim czasie – został prawomocnie skazany za wprowadzenie do obrotu znacznych ilości kokainy i nikt nie zadał sobie trudu wskazania ile rzeczywiście sprzedał. Również Sąd Najwyższy nie dostrzegł w lapidarnym opisie czynu niczego zdrożnego, a kasację uznał za oczywiście bezzasadną. W przypadku Sławomira mogła to być jednak wspomniana zemsta Świętego i bogów pomniejszych, która – na podobieństwo skutków ukąszenia tego wielokrotnie wspominanego węża gatunku żmija – nadchodzi na 5 lat przed dopuszczeniem się złego uczynku. Ówczesnego orzeczenia SN nie należy zatem traktować w kategoriach kamienia milowego judykatury polskiej, a był to jedynie przejaw sprawiedliwości w wymiarze bardziej ogólnym. Nie należy zatem wypowiadać sygnatury tej sprawy, nawet szeptem.

Oskarżonym w sprawie III KK 70/14 był niejaki D.K., a przynajmniej takie inicjały wskazano w oficjalnej publikacji. Gdybym był D.K. to przy ponownym rozpoznaniu sprawy (trafiła do pierwszej instancji), powiedziałbym, że ustalanie jakiejkolwiek ilości w opisie czynu będzie stanowiło naruszenie zakazu reformationis in peius. I chciałbym być niewinny.



poniedziałek, 9 lutego 2015

Dom wariatów



Zadzwonił telefon.
- Prokurator cofnął wniosek!
Odetchnęłam z ulgą. Koniec.
Nie będzie, przynajmniej na razie, oglądał świata zza okratowanych okien oddziału psychiatrycznego miejscowego szpitala.



Kiedy zadzwonił z prośbą o pomoc, lekko drżał mu głos. Raczej ze złości, nie ze strachu. Mówił szybko, jakby nieskładnie. Nie mogłam łatwo tego przyswoić, poukładać w jakieś znane ramy proceduralne. Kiedy powtórzył, zaczęło do mnie docierać, że oto miejscowa prokuratura prowadzi jakieś tajne przez poufne postępowanie wyjaśniające, do którego on nie ma dostępu, mimo, że chodzi właśnie o niego. Wzywali jego mamę, tatę, siostrę, i pytali każdego, czy nie myślał o umieszczeniu mojego rozmówcy w szpitalu psychiatrycznym. Przymusowo. Bez zgody. Dla dobra.

Dorośli odpowiadali, że nie. Bo jest już duży, skończył studia, ma rodzinę, pracuje. Działa społecznie, demaskuje zgniliznę, i dostaje za to swoją dolę nieszczęść od miejscowych możnych. Nie ma z nim problemów, nikomu nie zagraża, nie robi krzywdy. Nie wyznaje zasady, że z władzą lepiej jest dobrze żyć. Pod tym względem bywa niegrzeczny.

Prokuratura pozbierała te zeznania, zebrała też opinie psychiatryczne z postępowań wykroczeniowych (patrząc władzy na ręce czasem broił). Z troski o obywatela i dla jego dobra wystąpiła z wnioskiem o umieszczenie go w przymusowym leczeniu psychiatrycznym bez zgody na podstawie art. 29 ust. 1 pkt 1 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego (do szpitala psychiatrycznego może być również przyjęta, bez zgody wymaganej w art. 22, osoba chora psychicznie, której dotychczasowe zachowanie wskazuje na to, że nieprzyjęcie do szpitala spowoduje znaczne pogorszenie stanu jej zdrowia psychicznego).

Traf chciał, że w małym mieście liczba biegłych sądowych odpowiedniej specjalności jest ograniczona. Opinie skompletowane przez prokuraturę sporządzało kilku tych samych biegłych w różnych konfiguracjach. W niektórych opiniach pojawiały się niepokojące wnioski co do jego zdrowia. Wnioski te z pewnością podzielałaby część miejscowych biznesmenów, których uwiera dziennikarsko-śledcze zacięcie szarego człowieka.

W postępowaniu przed sądem przesłuchano naszych świadków – kolegów, znajomych, którzy potwierdzili, że jest jak najbardziej normalny. Z tym wyjątkiem, że żywo interesuje go polityka lokalnych władz.

Sąd dopuścił swoją opinię na potrzeby postępowania zainicjowanego przez prokuraturę. Wnioski miejscowych biegłych (tych, co już wcześniej kiedyś) były druzgocące – trzeba umieścić go, koniecznie i natychmiast, bo będzie źle. Przesłuchani podtrzymali diagnozę i wskazanie na umieszczenie. Nie wyjaśnili jednak, z czego wynika ich uparte kwestionowanie tego, co mówi uczestnik o swoim życiu. Nie wyjaśnili wielu kwestii. Pozostali przy swoim.

Sytuacja była dramatyczna, dla mnie chyba bardziej niż dla niego. On się tego spodziewał, pasowało mu to do poprzednich wydarzeń i dekodował przyczyny. Ja nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Raczej nie ze względu na niedostatki wiedzy o psychologii i psychiatrii. Wizja zamknięcia człowieka bez jego zgody w szpitalu psychiatrycznym, dla jego dobra, na kanwie mglistej prognozy poprawy stanu zdrowia (które na zdrowy rozsądek tego nie potrzebuje) osadzała się mocno w rzeczywistości znanej z Ubika.

Chronologia i logika coraz bardziej się zakrzywiały, a on kontynuował działalność społeczną i dalej dokuczał, pisał i kąsał. W odwecie zawiadamiano o kolejnych rzekomych wykroczeniach. Kierowano go na  kolejne badania psychiatryczne. 

Zadziałał kosmos, albo wyczerpali się ci dzielni biegli, i trafiło na niemiejscowych, ostrzeżonych, że walczymy. Napisali o braku potrzeby leczenia. Czym prędzej złożyliśmy w sądzie, z wnioskiem o nową opinię i prośbą, by zwrócono się o jej sporządzenie do kogoś spoza. Tak też się stało. Biegła wielkomiejska, uniwersytecka zaopiniowała o braku potrzeby leczenia. Prokurator cofnął wniosek.

Tym razem się udało.





Zazwyczaj jest tak, że taki wniosek kierują osoby najbliższe. W tym przypadku, po zasięgnięciu ich zdania prokuratura uznała, że się od tego uchylają (!). Jest takie orzeczenie SN, że wtedy może prokurator.




niedziela, 1 lutego 2015

Poradnik dobrego policjanta

Bardzo Państwa przepraszam. Chwilowo mamy problem ze zwiększoną poczytalnością i muszę napisać kilka słów wyjaśnienia dla przypadkowych, barbarzyńskich czytelników. Oni niedługo przeminą, a poczytalność wróci do normy i znów będzie najniższa. Taki wpis jak ten, już się więcej nie powtórzy. 

Na razie niech Państwo wybaczą te nudne wyjaśnienia, ale są konieczne z jeszcze jednego powodu. Otóż stała się rzecz straszna. Rzecznik prasowy małopolskiej policji pan Mariusz Ciarka, komentując niegdysiejszy wpis o art. 50a k.w. zadeklarował, że funkcjonariusze pozostaną nieugięci i nadal będą działali bezprawnie. Tutaj można posłuchać inkryminowanej wypowiedzi. 

Nie mam nic przeciwko temu, że redaktorzy prasy reżimowej (reżimowej w sensie podporządkowania rygorom ekonomicznym i konieczności walki o czytelnika) pozorują niezrozumienie felietonu i udają, że na poważnie traktują ironię tytułu tekstu o art. 50a k.w. Oni nie mają Państwa. Oni muszą pisać za pieniądze.

Trudno jednak zaakceptować sytuację, gdy kontynuację działań bezprawnych głosi policjant. Przecież i on stanie kiedyś na sądzie ostatecznym, więc trzeba spieszyć niezwłocznie z pomocą. Tym razem piszę zatem jak najmniej felietonu w felietonie, piszę wprost, bez ironii i przesady. Nieodpłatnie ratuję duszę (wszak to dzięki złej i dobrej pracy policjantów reguluję zobowiązania i w ogóle trwam, chociaż ostatecznie chciałbym jak C.K. Norwid), piszę to samo co w poradniku dla użytkowników maczet, ale w sposób następujący:

  1. Ogólne założenia poradnika dobrego policjanta:
  1. Chcemy żeby zły złodziej był ścigany przez dobrego policjanta.

  2. Dobry policjant musi przestrzegać prawa, w przeciwnym wypadku przestaje być dobry.

  3. Zły policjant jest jak przestępca. Nawet jak ma dobre intencje, to zły człowiek widząc zło policjanta znajduje uzasadnienie dla swego zła. Staje się jeszcze gorszy. Poza tym taki policjant czasem szkodzi dobremu obywatelowi, choćby ten codziennie czytał gazety drukowane dla pieniędzy.

  4. Policjant musi być skuteczny i szanowany. Przestępcy muszą się go bać, porzucić swój proceder i iść do pracy.

II. Dobry policjant dba o dobre prawo
    1. Obecnie ustawodawca uczynił walkę z posiadaczami maczet bardzo trudną. W art. 50a kodeksu wykroczeń wprowadził odpowiedzialność za posiadanie w miejscu publicznym noża, maczety lub innego niebezpiecznego narzędzia, pod warunkiem, że okoliczności posiadania wskazują na zamiar użycia celem popełnienia przestępstwa. Przepis nie nadaje się do stosowania w sytuacji, kiedy złoczyńcy po prostu przewożą swoją maczetę w samochodzie. Tak piszą nie tylko prowincjonalni adwokaci ale i poważni komentatorzy. Dobry policjant powinien zatem odwiedzić najbliższe biuro poselskie i zaproponować zmianę treści art. 50a k.w.

    2. Należy przekonać posła, by zebrał kolegów i wystąpił z inicjatywą zmiany art. 50a k.w., tak by brzmiał on:

Par. 1 Kto w miejscu publicznym posiada nóż, maczetę lub inny podobnie niebezpieczny przedmiot podlega karze aresztu ograniczenia wolności albo grzywny nie niższej niż 3000 zł.

Par. 2 Nie podlega karze ten kto posiada przedmioty określone w par. 1 w związku z praktykowaniem hobby działkowca, a także ten  kto wykaże interes prawny lub faktyczny w wykarczowaniu, ścięciu lub skróceniu konkretnej rośliny.

Par. 3 Paragraf drugi nie znajduje zastosowania do osób o wyglądzie kibica lub uznanych za kibica przez funkcjonariusza policji, który ujawnił niebezpieczny przedmiot.

    3. W przypadku zmiany przepisu praca policjanta staje się znacznie łatwiejsza i nie zakłóci jej żaden poradnik prowincjonalnego adwokata.

    4. Policjant wyróżniający się zaproponuje zmianę art. 50a k.w. W sposób eliminujący dolny próg grzywny, bo te 3000 wydają się pozostawać w sprzeczności z konstytucyjną zasadą samodzielności sędziowskiej. To jednak uwaga dla najbardziej gorliwych.

III. Dobry policjant przestrzega obowiązujących przepisów, nawet jeśli nie są doskonałe.

    1. Do czasu zmiany art. 50a k.w. nie kierujemy wniosków o ukaranie jeśli posiadacz niebezpiecznego przedmiotu nie zachowuje się w sposób wskazujący na zamiar popełnienia przestępstwa. Naszym wzorem jest Jezus, który walcząc ze złem zawsze pozostawał dobry. 

    2. Osoby posiadające maczety w bagażnikach spisujemy, a pozyskane dane przekazujemy kolegom zajmującym się pracą operacyjną.

    3. Zamiast pisać bezpodstawne wnioski o ukaranie skupiamy się na poważniejszych przedsięwzięciach. Jeśli w tym mieście rzeczywiście organizowane są ustawki trzeba złapać uczestników tuż przed przystąpieniem do walki. Większy sukces, poważniejsze zarzuty, większa skuteczność, medale, awanse.

    4. W stosunku do zatrzymanych osób stosujemy formy grzecznościowe (Pan/ Pani).

    5. Jeśli musimy uderzyć zatrzymanego, to robimy to tak, by nie pozostawić śladów. Ja nigdy nie piszę zażaleń na zatrzymanie, bo wiem, że w emocjach trudno się czasem powstrzymać, ale niektórzy obrońcy nie są tak pobłażliwi.

    6. Nie próbujemy bić obrońców, którzy przybyli celem wzięcia udziału w czynnościach procesowych, bo oni potem długo to pamiętają i robią czarny PR. 


    Powyższe uwagi nie gwarantują sukcesów. Ich uwzględnienie może przyczynić się do większego poszanowania pracy policjanta. Zrezygnowanie z wątpliwych sukcesów polegających na wyciągnięciu miecza z bagażnika, przy zwiększeniu wysiłków w zakresie pracy operacyjnej może prowadzić do prawdziwych zwycięstw i perspektywy postawienia konkretnych zarzutów złym przestępcom.


    Tytuł "Poradnik dobrego policjanta" powstał w rozmowie z panem dziennikarzem z portalu, którego nazwy nie pamiętam, ale ten ma już 8000 polubień na facebooku. Dziękuję za inspirację.  




wtorek, 9 grudnia 2014

Straszny film

Mężczyzna co chwilę wypowiada kilka słów z monologu Hamleta. W przerwach kilku mężczyzn i jedna kobieta mówią, że adwokatura jest ważna, potrzebna. Niektórzy używają słów trudniejszych. Do tego słoneczny Kraków. Wawel, Adam Mickiewicz, turyści, rowerzysta. W końcówce jeden blok się przewija. Blok szary. Delikatny fortepian w tle.



Proszę obejrzeć: https://www.youtube.com/watch?v=dr9CRR0uxbA. Niecałe 5 minut materiału, który prawdopodobnie został nakręcony celem promowania adwokatów krakowskich. Trzeba zaznaczyć, że prawdopodobieństwo tak określonego celu wynika co najwyżej z opisu filmu na portalu służącym publikacji tego rodzaju twórczości. Dzieło nie ma tytułu, nie ujawniono reżysera, scenarzysty i innych zaangażowanych w kreację (poza aktorami, których niewątpliwie pokrzywdzono).



Obsada to pierwszy zarzut. Dlaczego wystąpili jedynie adwokaci charakterystyczni, nie zaś piękni (np. adwokat Tomasz Pabian), ładni (np. adwokat Rafał Kos), eleganccy (np. adwokat Michał Hanusa), niepokojący (np. adwokat Rafał Wypiór). Dlaczego zagrała tylko jedna kobieta!? Wszak adwokat Robert Kubicki niechybnie zadałby sobie trud przeprowadzenia castingu! Dlaczego koleżankę tak skrzywdzono nakazując jej wypowiedzenie kilku frazesów (coś jakby ćwiczenia warsztatowe do roli prototypowego robota adwokackiego), zamiast po prostu poprosić o kilka słów o tym, że lubi swój zawód?



Brawurowe jest również połączenie mężczyzny powtarzającego pierwsze słowa monologu Hamleta z wypowiedziami adwokatów. Na wszelki wypadek przypominam, że Hamlet rozważał sens samobójstwa. Czy tajemnicza postać zadająca to dramatyczne pytanie („być albo nie być”) osiągnęła podobny stan ducha? Czy kolejni mówcy mają ją odwieść od zgubnego zamiaru, dać nadzieję, ukazać sens istnienia? Chyba tak jest właśnie, bo akcentują „być”, ale jaką straszliwą ponoszą klęskę! Postać tuż przed głosem dziekana (ostatniego z bohaterów filmu) wciąż się waha, powtarza maniakalnie „być albo nie być”, wcale nie dokonuje wyboru i uśmiecha się tak jakoś złowieszczo. Występ ostatniego mówcy determinuje najpewniej ostateczną decyzję, bo Mroczny Mężczyzna więcej się już nie pojawia...



Film nie promuje nikogo i niczego. Wszak my świadczymy usługi dla ludności, która łaknie prostego przekazu, do takiego jest przyzwyczajona i taki rozumie. Dla nich film jest czarnym prostopadłościanem z Odysei Kosmicznej (dla mnie zresztą też). Niewielu adwokatów ma do czynienia z ładnymi, bogatymi klientami, którzy dodatkowo potrafią zrozumieć dłuższe wypowiedzi. Ci również będą jednak w kropce z uwagi na dekadencki motyw Mrocznego Mężczyzny.



Z filmu nie wynika w ogóle, że my jesteśmy druhami szczerymi tego narodu, że go kochamy i zasługujemy na zaufanie. Po projekcji obywatel nadal pozostaje przy stereotypach: adwokat to taki człowiek, który mówi dużo, niezbyt zrozumiale i w ogóle spogląda na obywatela z piedestału swej wielkości. Taki film nie przekonuje obywatela. Obywatel woli radcę prawnego, co się z plakatu nowocześnie uśmiecha i slogan ma trafiający do wyobraźni.



Nawet bohaterowie filmu nie mogą liczyć na autopromocję, bo przyjęta przez twórców formuła wyklucza zarówno rolę mędrcy jak i zręcznego aforysty. Poza tym, co przerażające, wszyscy fatalnie przegrywają i Mroczny Mężczyzna odchodzi.



To smutne. Smutne jest wspomniane odejście Mrocznego, bo ta postać może jednak budzić sympatię, a poza tym towarzyszy nam w trudach oglądania filmu i widz się do niej przywiązuje. Smutne też i to, że adwokatura będąca żywym nośnikiem kultury, o czym wspomina mec. Stanisław Kłys, produkuje film pozostający w opozycji do standardów, do których mogliśmy przywyknąć chociażby na studenckim festiwalu Etiuda.



A w ogóle to film o adwokatach krakowskich powinien się zaczynać sekwencją animowaną! To skandal, że jest inaczej, bo to jest miasto wielkich twórców animacji. Ta sekwencja powinna opowiadać o obrońcach w procesach politycznych lat 80-tych. Kilkadziesiąt sekund. Bo wtedy ludzie naprawdę kochali adwokatów.


środa, 3 grudnia 2014

Sezon na leszcza



Praktyka tworzenia notatek służbowych  jest fascynująca. Można napisać wszystko, podpisać się, i zrelacjonować wydarzenia o różnym stopniu ważności dla przyszłych pokoleń, bo to zostaje wpięte, a pokolenia patrzą.

Można też wykreować w ten sposób pożądaną rzeczywistość, albo wykorzystać element zaskoczenia towarzyszący nieszczęśnikowi, którego pierwsze bliskie spotkanie z wymiarem sprawiedliwości przekształciło się w krótkotrwałe pozbawienie wolności. Albo i jedno, i drugie.

Pyta się wtedy delikwenta o różne rzeczy – gdzie mieszka, czy ma zwierzątko, czy wbił siekierę w głowę sąsiada. Może powie. Najczęściej mówią wszystko, bo są sami, przestraszeni, wiedzą, że nic nie mogą, a i dostaną symbolicznie za darmo każdemu według twarzy ile się odważy.

Proces przelewania na papier tego, co fachowo nazywa się rozpytaniem, musi zajmować sporo wysiłku. Najpierw miejsce, data, stopień służbowy i tytuł. A później? Jak tu sklecić coś do sensu z tego bełkotu? Jak  zrobić, żeby było dobrze?  

Dają radę funkcjonariusze spełnić ten trudny obowiązek – może są szkoleni też i do tego (ja bym nie umiała), może to sam talent. I czyta się później to dziecko wylane z kąpielą – żeby nie było – przez samego interesanta, który mógł zamilknąć. Milczenie jest wszak porównywane do najszlachetniejszego z kruszców. 

Ktoś może pomyśleć, że to takie jakby przesłuchanie, tylko że wstępne, bez protokołu, kontaktu z obrońcą, pouczeń. Takie próbne, bo jak nie ma zarzutu, to nie jest podejrzany. Jak nie jest podejrzany, to nie ma prawa odmowy. Jeśli człowiek chce mówić, to trzeba go wysłuchać.