czwartek, 4 września 2014

Zemsta



Jestem trochę zła na Sąd Rejonowy w Oświęcimiu. Skazał ostatnio kolejne wcielenie białogłowy, o której była mowa tutaj. Sprawdziła się więc złowieszcza przepowiednia A. Pepłowskiego, że złoczyńcy sprawiedliwość na tym świecie wymierzona nie będzie, a białogłowie pozostaje szaleństwo. Zarządził też niedawno ponownie karę. Zażalimy, poapelujemy, a tymczasem remont. 

Dla jasności – Sąd w Oświęcimiu jest teraz w remoncie, także sale z pierwszego piętra znalazły się na drugim, i teraz tam mieszka prawo. Prawo też do remontu. Nieszczęsny ten moment uniemożliwia interesantom Sądu w Oświęcimiu załatwienie potrzeb fizjologicznych w remontowanym gmachu, gdyż skrzydło sanitarne odcięto.

Za dobrych czasów, kiedy jeszcze w oświęcimskim Sądzie działała łazienka, wyglądała tak:


środa, 27 sierpnia 2014

Agencja nietowarzyska

Można łatwo ustalić, że w dniu 20 maja 2011, o godz. 21.56 staliśmy w jednym miejscu (miejsce to niełatwo było odszukać przy pomocy mapy). W dniu 10 września 2011 widzieliśmy się przez kilkanaście sekund. To wszystko.

Jego śmierć była jednak poruszająca.

Obawiam się, że zdążył przeczytać fragment: „Dzisiaj, prowadząc program sportowy „Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015”, gdy wiodę młodych ludzi w góry najwyższe, walczę i pilnuję jak oka w głowie wypracowanych przeze mnie zasad, które w lat 80. nie zawsze były stosowane. Na moich wyprawach obowiązuje zasada utrzymywania ciągłego kontaktu z partnerem (wzrokowy, radiowy), nie rozdzielania się, szczególnie w zejściu (...)” (Artur Hajzer posłowie do drugiego wydania „Ataku rozpaczy” str. 246).

Musiał być zawiedziony. Haiku w ostatnim tchnieniu, inspirowane poetką Podgórnik, mogłoby więc zawierać przekaz, iż świat to agencja nietowarzyska, piknik w niepogodę.

Nazywał się Tomasz Kowalski i wraz z trzema innymi osobami wszedł na Broad Peak (8051 mnpm według Wikipedii). Wróciło tylko dwóch zdobywców. To było pierwsze zimowe wejście na tę górę. Podobno zimy w Karakorum są surowsze niż w Himalajach.

O jego umieraniu napisano dwie książki, jeden raport, wiele artykułów prasowych. Były też programy telewizyjne, wywiady, konferencja.

Ktoś zawiadomił Prokuraturę Okręgową w Krakowie o możliwości popełnienia przestępstwa. Podobno nikt z rodzin zmarłych. Początkowo uznałem, że może ma to jakiś sens, ale szybka diagnoza jednego z autorytetów („idiotyzm”) i analiza licznych publikacji wykluczyły mnie z grona entuzjastów angażowania organów wymiaru sprawiedliwości w tę historię. Wszystko przez zmorę zręcznego adwokata.

Informacje podstawowe:

  • do ataku szczytowego wyruszył zespół czteroosobowy. Nie ustalono zasad powstępowania na wypadek słabego tempa (ostateczna godzina odwrotu), czy osłabnięcia jednego z uczestników. Nie wybrano lidera ataku. Ustalono, że wyjście nastąpi o 5.00 (w raporcie PZA uznano to za porę zbyt późną, kierownik wyprawy zwracał na to uwagę uczestnikom ataku).
  • zasady wejścia na ośmiotysięcznik nie są nigdzie spisane. Trudno mówić nawet o jakiś jasnych regułach wypracowanych zwyczajowo (literatura himalajska pełna jest przykładów ataków wieloosobowych, dwójkowych, solowych, w składach zmieniających się w trakcie). Dla prawnokarnej oceny postępowania osób, które przeżyły trudno znaleźć jednoznaczny wzorzec właściwego postępowania.
  • pozostający w bazie kierownik wyprawy zalecił, by atakujący się nie rozdzielali, jednak na grani szczytowej różnice w tempie były znaczne. Pierwszy zdobywca dotarł na szczyt w słońcu, ostatnich dwóch (w tym Tomasz Kowalski) po 40 minutach. Zaraz później nadeszła noc.
  • Pomimo zdobycia szczytu przez tego pierwszego (i bardzo późnej pory) pozostali nie zdecydowali się na wspólne zejście i kontynuowali atak. Drugi zdobywca również niezwłocznie rozpoczął odwrót i nie czekał na pozostałą dwójkę. Podobno podczas wymijania Tomasz Kowalski proponował mu ponowne wyjście na szczyt i nakręcenie filmu.
  • Tylko Tomasz Kowalski utrzymywał stałą łączność przez radiotelefon. Utrzymywał ją do końca.
  • Z rozmów pomiędzy Tomaszem Kowalskim, a kierownikiem wyprawy (ten ostatni je nagrał) wynika, że umierał sam. Był na końcu, nie mógł iść, miał kłopoty z oddychaniem, miał problem z odpięty rakiem. W jednym z połączeń, po długim czasie, stwierdził, że jednak jest z towarzyszem, jednak tamtemu nie chce się rozmawiać. Miejsce śmierci Kowalskiego zostało ustalone, ciało towarzysza nigdy
  • Dla prawnokarnej oceny wydarzeń istotne jest jeszcze to, że pogoda była dobra jak na zimę w Karakorum. Wyjątkowo bezwietrznie. Jeden z tych co przeżyli, podczas zejścia zmieniał baterie w czołówce przez 40 minut. Nie zamarzł. Nie nabawił się poważnych odmrożeń.


Najgorsze zatem co się może przytrafić rodzinom zmarłych, to zręczny adwokat tych, którzy przeżyli. Taki adwokat będzie bezwzględnie eksplorował procesową fikcję, która dla rodzin może być bardzo bolesna. Na przykład jedynym możliwym ustaleniem wydaje się, że Kowalskiego zostawili nie tylko ci, którzy przeżyli, a również i ten co zginął. Tymczasem ten właśnie był najbardziej doświadczony. Nie ma dowodów, że byli razem, przeczą temu nagrania kierownika wyprawy i pewne fakty (gdyby byli razem to pewnie towarzysz pomógłby zapiąć raki i pokonaliby wspólnie Rocky Summit), jest jedna poszlaka (w jednej z rozmów Kowalski nagle stwierdza, że siedzą razem na kamieniach), więc trzeba będzie bazować na procesowej fikcji i zgodnie z art. 5 par. 2 kpk przyjąć, że nawet bardzo doświadczony himalaista, jeden z największych polskich wspinaczy, znany z troski o partnerów zostawił Tomka Kowalskiego. Skoro on to zrobił, to dlaczego pozbawić tego prawa młodszych, mniej doświadczonych, których wina polega być może tylko na tym, że mieli więcej siły (jak powiedziałby zręczny obrońca). Jeśli zatem w procesie miałby być ustalany wzorzec właściwego postępowania w czasie tej akcji górskiej (na potrzeby stosowania art. 160 k.k.), to samotna śmierć zostanie instrumentalnie wykorzystana, a druga z ofiar ataku zostanie – być może niesłusznie – obciążona pozostawieniem kolegi w górach.

Bolesne mogą być również rozważania na płaszczyźnie związku przyczynowego pomiędzy odłączeniem się tych, którzy przeżyli, a zwiększeniem zagrożenia dla życia, tych, którym zejść się nie udało. Lektura publikacji fachowych dowodzi bowiem, że najczęściej wybiera się wariant dwójkowy ataku szczytowego jako zapewniający odpowiednie bezpieczeństwo. Zatem ci, którzy się odłączali, nie zwiększali ryzyka dwóch pozostałych, a co najwyżej swoje własne. Ta dwójka – stanowiąc zespół – była najbezpieczniejszym ogniwem. Dopiero kiedy ostatni opuścił Kowalskiego, to naraził go na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia. W bezwzględnej procesowej fikcji jednym sprawcą może być więc ten nieżyjący. Ucieczka pozostałych pozostawała bez związku z poziomem zagrożenia dla życia, a nie było powodów, by przewidywać, że dwuosobowy zespół się rozdzieli.

Nie można też wykluczyć skutecznej argumentacji, że nawet gdyby cała czwórka szła cały czas razem, to i tak nie powstrzymałoby to narastającego zagrożenia dla życia i zdrowia. Zręczny adwokat będzie wykazywał, że ofiary były zbyt słabe, nie nadawały się do wędrówek w tak wysokie góry.

Argumentacja na płaszczyźnie szkodliwości społecznej może być najgorsza. Zręczny obrońca może powiedzieć, że nikt nie jest zobowiązany do narażania własnego życia w imię pomocy osobie z motywacją nieprofesjonalną (szerzej o tym Jacek Hugo Bader w „Długim filmie o miłości”, nawet jeśli w książce nie wszystko jest prawdą, to zręczny obrońca będzie drążył, co może być trudne do zniesienia), a zatem nie ma żadnej szkodliwości społecznej w porzuceniu w górach nieodpowiedzialnego uczestnika wyprawy, który sam podejmuje szkodzące mu działania. Jeśli rzeczywiście Kowalski chciał się oświadczyć przed kamerą na szczycie Broad Peak, to jest to romantyczne, ale zostanie przedstawione jako szczeniacki przejaw braku przewidywania konsekwencji ryzykownych zachowań. Jeśli jego ambicją była notka w encyklopedii, to zręczny obrońca powie, że zaburzało to racjonalne postępowanie i wykluczyło odwrót wraz z powracającymi ze szczytu zdobywcami (o zasadności takiego postępowania pisze Aleksander Lwow we wznowieniu „Zwyciężyć znaczy przeżyć”). Kowalski będzie przedstawiany jako bezrefleksyjny kolekcjoner osiągnięć, który narażał siebie i innych (bo np. kręcił film na szczycie, zamiast natychmiast uciekać przed nadchodzącą nocą i skrajnym wyczerpaniem). Zręczny obrońca powie, że zostawienie go w górach w ogóle nie było szkodliwe społecznie, bo stanowiło jedyne rozsądne rozwiązanie.

Teza o filmie zostanie też wykorzystana na płaszczyźnie strony podmiotowej. Padnie argument, że nikt nie mógł przewidywać słabej kondycji Tomka Kowalskiego skoro ten szykował się do sesji zdjęciowej na szczycie i nakłaniał do powrotu jednego ze schodzących. Takie zachowanie wskazywało,na świetne samopoczucie. Nikt nie mógł więc wiedzieć, że już wkrótce Kowalski zacznie umierać i znajdzie się w sytuacji zagrożenia życia. Nie ma nawet nieumyślności.

Zręczny obrońca może irytująco mnożyć więcej wątpliwości (np. czy ci, którzy nie poczekali mieli status gwaranta, czy zaniechanie oczekiwania to działanie, itd.) więc nie ma to większego sensu i cała nadzieja w mądrych mieszkańcach Pakistanu, którzy być może nie mają w kodeksie karnym odpowiednika art. 160 naszego k.k. (innych przepisów nie rozważam – art. 162 k.k. nie może być stosowany, bo kiedy pojawiła się potrzeba udzielenia pomocy, to taka aktywność wiązała się z narażeniem życia powracających po Tomasza Kowalskiego). Sens ma tylko polska poetka Podgórnik Marta.

sobota, 19 lipca 2014

Policja czasem też pomaga



Życie, czyli Sąd Rejonowy, napisało ciąg dalszy historii, o której Szef wspominał we wpisie Obrona dzieci Polskich. Mimo braku moralnego prawa muszę więc zrelacjonować, co dalej z tą obroną, bo musimy – i bronić, i opowiadać o tym, ku przestrodze, i być może – pokrzepieniu serc.

Faktycznie było tak, że pojechałam na zatrzymanie. Młoda, po nocy spędzonej w izbie dziecka, nie wyglądała najlepiej. To wszystko już było tu i tu

Ponad tydzień później obejrzałam akta. Notatka służbowa z rozmowy mojej z zatrzymaną. Czyli z tego, co mówiłam do nielatki, kiedy funkcjonariusza nie było w pomieszczeniu. Był na korytarzu i albo używał szklanki (stary dobry sposób prawdziwych konspiratorów) albo metody kelnerskiej (dobrze już znanej bywalcom knajpy Sowa i Przyjaciele). Z treści notatki wynikało, że protokołując rozmowę, dodał od siebie. Złych rzeczy. Przykro się czytało, że niby pochwalam narkotyki miękkie w rękach dzieciaków (tym bardziej, że od długiego czasu towarzyszy mi duch abstynencji, nawet alkoholowej). Nie mniej nieprzyjemne było, że szefowa tegoż policjanta napisała, że demoralizuję. Czyli kolejna notatka urzędowa. Kłamstwa.

Sąd Rejonowy zmienił swoje postanowienie o częściowej niezasadności zatrzymania na 577 kpc. To miażdżyło rozum i duszę. Napisał, że jednak zatrzymanie było całkiem super całe, bo policjanci wyjaśnili co i jak, że mieli takie a takie jeszcze podstawy, no i wszystko lege artis. W takich momentach nadzieja umiera. 

Napisałam zażalenie. Długie, merytoryczne, wściekłe – przyznaję. Dwutorowe, bo po pierwsze: podstawy zatrzymania winny być w protokole zatrzymania, a nie w notatkach służbowych reagujących na postanowienie o jego niezasadności (w obu miejscach podano różne), a po wtóre: 577 kpc nie służy do zmieniania postanowienia wydanego wskutek zażalenia na zatrzymanie. Nie służy i koniec, bo jego funkcją jest swoboda zmiany postanowień opiekuńczych kiedy zmienia się sytuacja dziecka, a nie poglądy i marzenia policjantów. 

Przyszło, bez uzasadnienia, postanowienie o uchyleniu tego zmieniającego pierwotne. Czyli sukces – eliminacja z rzeczywistości decyzji na 577, o tym że było lege artis. Czyli jednak nie było. Sąd nie przekazał tego nawet do II instancji, uchylił w autokontroli. Może wiedział od początku, może się zreflektował. 

Wcześniej jeszcze Sąd zakończył postępowanie zatrzymanej nieletniej, uznając że dopuściła się czynu karalnego (miał rację) i ustanowił nadzór odpowiedzialny rodziców (art. 6 pkt 3 upn, miał rację). 

Jestem jeszcze ciekawa kilku rzeczy: jak Rada Adwokacka zadziała po naszym (Szefa i moim) zawiadomieniu o naruszeniu tajemnicy obrończej; czy Sąd zrealizuje zapowiedź donosu dyscyplinarnego, w którym zawiadomi Radę Adwokacką o tym, że demoralizowałam – na podstawie brawurowych notatek służbowych z rozmowy objętej tajemnicą obrończą; co w końcu zrobi Prokuratura, zawiadomiona o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariuszy?


***

Przy tej okazji nie mogę nie napisać o jeszcze jednym wydarzeniu. Ponad tydzień temu zatrzymano nieletniego, zarzut najgorszy prawie z możliwych. Okazało się, że zarzut jak kulą w płot, z pomówienia. I tutaj wielkie podziękowania dla Szanownych Pań Funkcjonariuszek z Komendy Powiatowej Policji w Krakowie - za: uniknięcie schroniska, wyczucie sytuacji, kulturę, zrozumienie dla Młodego, dążenie do prawdy, humanitaryzm, rozmowę. Za wyrzeczenie się roli inkwizytora i wykreowanie sytuacji tak, że chłopak nie bał się mówić prawdy. Więcej takich Funkcjonariuszy, bo przywracają wiarę dawno zagubioną w to, że Policja pomaga.


wtorek, 8 lipca 2014

Piosenka dla trzech osób

Teraz jest noc i system rozgrzewa się, by wygenerować kolejną, alarmującą wiadomość. Teraz jest czas na proklamację pasma absolutnie najniższej poczytalności, zawiadomienie o rozpoczęciu okresu radykalnie hermetycznego. Nocna piosenka jest zatem dla trzech tylko osób. Pozostali, nieupoważnieni, niech nie ważą się jej słuchać, gdyż piosenka jest straszna. 
 
Ta trójka niech sobie nuci. Chociażby przed plutonem egzekucyjnym. 


 

sobota, 5 lipca 2014

Spiskowa praktyka dziejów



Autor ten podczas jednej z konferencji prasowych powiedział ponoć, że bardziej niż w teorię wierzy w spiskową praktykę dziejów. To miał być żart.
Pytali go wtedy o książkę, której fragmenty znajdują się poniżej. Śródtytuły pochodzą ode mnie.


 [art. 128 § 2 kk]
Simonini zastał tam Gavialego siedzącego przy stole z kompanami, którzy wydawali się podzielać jego królobójcze zamysły (…) prawie wszyscy znali się doskonale na materiałach wybuchowych lub się nimi pasjonowali. Kiedy towarzystwo zdrowo już sobie popiło, zaczynała się dyskusja o błędach słynnych zamachowców z przeszłości. Machina piekielna (…) obecnie byłaby całkiem bezużyteczna.
- Rzeczą najważniejszą – mówił Gaviali – jest skład materiału wybuchowego. Weźcie chloran potasu: próbowano mieszać go z siarką i z węglem, żeby uzyskać proch strzelniczy, no i z jakim wynikiem? Fabryczka (…) wyleciała w powietrze.
- O kwasie pikrynowym szkoda w ogóle gadać – powiedział ktoś inny. – Zauważono, że wybucha podgrzewany w kontakcie z chloranem potasu, i zaczęto produkować rozmaite rodzaje prochu, jeden bardziej wybuchowy od drugiego. Zginęło kilku eksperymentatorów (…) Lepsza byłaby nitroceluloza…
- Oczywiście.
- (…) mieszanka kwasu azotowego i oleju terpentynowego po pewnym czasie zapala się samorzutnie. (…)
- Ja potraktowałbym poważniej ksylidynę. Wiąże się kwas azotowy ze skrobią albo z włóknami drewna…
- (…) Dzisiaj mówi się raczej o nitrobenzenie i nitronaftalinie. (…)
- (…) Obecnie traktuje się bardziej serio bawełnę strzelniczą. Przy tej samej wadze jej siła wybuchu przewyższa sześciokrotnie siłę wybuchu czarnego prochu.
- Ale jej wydajność jest zmienna.
Rozprawiali tak całymi godzinami, w rezultacie podkreślając zawsze zalety dobrego, porządnego czarnego prochu. (…)
Postawiwszy kilka butelek wina, [Simonini] zdołał bez trudu podsycić nienawiść tej kompanii do Napoleona III (…) Sprawa zjednoczenia Włoch wymagała śmierci dyktatora. Simonini sądził jednak, że tym pijakom na zjednoczeniu Włoch tak bardzo nie zależy, że liczą się dla nich przede wszystkim wybuchy pięknych bomb. Zresztą takich właśnie zapaleńców potrzebował.*


[Dz.U.2010.29.154 j.t.]
- Dobry agent wywiadu jest zgubiony, jeśli musi interweniować w sprawie, do której już doszło. W naszym zawodzie musimy wyprzedzać zdarzenia. Wydajemy sporo pieniędzy na organizowanie zamieszek na bulwarach. To nietrudne, wystarczy kilka tuzinów byłych więźniów i paru policjantów w cywilu. Śpiewając Marsyliankę, plądrują trzy restauracje i dwa burdele, podpalają dwa kioski; potem zjawiają się nasi mundurowi i po udawanej bójce aresztują wszystkich.
- Jaki z tego pożytek?
- Pożytek jest taki, że zacni mieszczanie są stale zaniepokojeni i dochodzą do przekonania, że trzeba rządzić silną ręką. Gdyby przyszło nam tłumić rozruchy prawdziwe, zorganizowane przez Bóg wie kogo, tak łatwo byśmy sobie nie poradzili.**


Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe. Jeśli w ogóle jest.








* Umberto Eco, Cmentarz w Pradze. Warszawa, 2011; s.210.
** Tamże; s. 246 i 248.

niedziela, 29 czerwca 2014

Lektura obowiązkowa

W 1933 roku ośmiu białoruskich chłopów zostało oskarżonych, o to, że chcieli oderwać północno-wschodnie województwa Polski i przyłączyć je do obcego państwa. Przejawem realizacji ich planu był napad na jadącego rowerem policjanta, któremu zadali rany w lewą piętę i prawe udo. W ucieczce policjant utracił rower i torbę służbową. Następnie zuchwali terroryści mieli odwiedzić trzech osadników żądając wydania broni i mówiąc: „Skończyło się wasze panowanie. Proszę oddać broń i spokojnie siać i orać”. Doszło też do strzelaniny przy posterunku policji w Nowosiółkach, a wystrzeliwszy wszystkie naboje oskarżeni poszli spać, by rano uczestniczyć w pracach polowych. Próba oderwania północno-wschodnich województw i przyłączenia ich do obcego państwa trwała godzinę.

Świadkowie to „policja mundurowa, policja śledcza i konfidenci”. Były też dowody rzeczowe: kilka połamanych karabinów, jeden z tkwiącą wewnątrz lufy starą łuską, rewolwer zdatny do użytku, naboje. Wszystko zostało wystawione na stole w sali rozpraw Sądu Grodzkiego w Kobryniu.

Prokurator „tęgi, przystojny, młody”, zażądał kary śmierci. Sąd uznał oskarżonych za winnych, chociaż chyba nie sprecyzował, czy w ciągu tej godziny wciąż odrywali oni województwa północno-wschodnie, czy też zdążyli przejść do fazy przekazywania tych ziem obcemu państwu. Zdaniem sądu wystarczająca okazała się jednak kara dożywotniego pozbawienia wolności i to być może spowodowało, że prokurator przestał się uśmiechać.

Reportaż z procesu, zatytułowany „Myjcie owoce!”, napisała Ewa Szelburg Zarębina. Nie jest długi. Najprawdopodobniej każdy agent ABW i każdy prokurator w tym kraju jest w stanie przeczytać cały tekst.



Myjcie owoce!” opublikowano ostatnio w „100/XX. Antologii polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją M. Szczygła. Nie jest to jedyny reportaż sądowy w tym zbiorze. Żaden inny nie wydał mi się jednak tak aktualny. Lektura powyższej notki nie zwalnia od obowiązku przeczytania całości, wszak pomija historię kobiety, która zasiadła na ławie oskarżonych z rebeliantami, jak również to w jaki sposób zdołali się oni zaprowiantować.