środa, 14 maja 2014

Obrona dzieci polskich

Bronimy dzieci polskie. To ironia losu, ale musimy bronić, bo policja bije, krzyczy i szarpie. Policja podsłuchuje rozmowy z obrońcą, zamyka w izbie dziecka, jest zła, kłamie i w ogóle jest strasznym niejadkiem. O tym powinna opowiedzieć Pani Kamila. To jej historia, jej walka. W tym tekście chodzi wyłącznie o stosowanie art. 577 kpc w postępowaniu w przedmiocie zażalenia na zatrzymanie nieletniego. Dalsza część będzie zatem nudna, toteż mniej wytrwali niech poprzestaną na zapoznaniu się z pieśnią obrońców dzieci polskich. To ta pieśń:




Uwagi dotyczące art. 577 kpc trzeba poprzedzić jeszcze jedną obserwacją (i radą). Jeśli ktoś jest już stary, a wciąż łaknie fizycznego kontaktu z osobami młodymi, to winien wysłać aplikanta preferowanej płci na sprawę nieletniego przed sądem rodzinnym. Chłopcy i dziewczęta powracający z pierwszych takich misji proszą o przytulenie, potrzymanie za rękę. To doświadczenie ich rozbija, wyniszcza, czyni bezbronnym. Wówczas można ich przytulać. Sposób ten jest niezawodny i daje perspektywę sukcesów erotycznych bez względu na orientację seksualną. Wszystko to dzięki proceduralnej frenezji, gwałtownemu rozładowaniu mistycznego napięcia towarzyszącego przenikaniu kpc i kpk.

Bronimy dzieci polskie (nie mając moralnego prawa) i przytrafia się sytuacja: sąd uwzględnia częściowo zażalenie na zatrzymanie takiego dziecka. Bardzo się z tego cieszymy, ale policjantów przepełnia smutek i w przypływie melancholii zaczynają pisać (chociaż w tym stanie bardziej właściwe wydawałoby się rozwiązanie pierwszego polskiego aeronauty Jana Potockiego). Dostarczają sądowi notatki urzędowe, zaś Sąd, w przypływie zrozumienia smutku policjantów zmienia swoje postanowienie i zażalenia nieuwzględnia. Przed sądem dla dorosłych sytuacja niemożliwa, ale w kpc jest art. 577. Dla dobra dziecka można wszystko. Zatrzymanie było nielegalne, ale już jest legalne.

To jest właśnie ekscytujące: sądy kontrolują prawidłowość zatrzymania – instytucji prawa karnego procesowego, stosując procedurę cywilną. Wprawdzie jest szereg argumentów za tym, że art. 577 kpc nie znajduje zastosowania do postanowień w przedmiocie zażalenia na zatrzymanie (bo np. nie jest to postanowienie regulujące prawa i obowiązki dziecka i nie służy realizacji celów opiekuńczo wychowawczych, a tylko takie postanowienia podlegają modyfikacji w oparciu o ten przepis), ale po co walczyć z taką praktyką. Przecież to piękne, że sąd, kierując się dobrem dziecka, uznał jego zatrzymanie za prawidłowe, chociaż wcześniej orzekł inaczej (jeszcze piękniejsze jest, że zrobił to w oparciu o nowe, lepsze notatki urzędowe). Przecież za kilka miesięcy znowu może zmienić swoje postanowienie i stwierdzić nielegalność zatrzymania. Wystarczy, że poproszą o to policjanci.

piątek, 2 maja 2014

Multizatrzymanie, czyli walki z systemem cd.




 Święto pierwszomajowe było w tym roku dniem, w którym intensywny zapach grzechu unosił się w korytarzach Wydziału do walki z Przestępczością Narkotykową KMP w Krakowie.

Zatrzymywanie groźnych przestępców chwilę przed weekendem lub świętami ma wiele plusów, w tym: potęguje frustracje związane z nieskorzystaniem z  upragnionego wypoczynku tak zatrzymanemu, jak i jego obrońcy, co ma się przekładać na spadek woli walki.

Jedynym antidotum jest więc antycypacja, i nieplanowanie grilla ani sportów wodnych. Unicestwienie nadziei na wypoczynek czyni obrońcę naprawdę wolnym i zdolnym do spędzenia na KMP tyle czasu, ile będzie potrzeba (ja mam czas do poniedziałku!).

Tak też stało sie wczoraj, bo przesłuchania, jedno po drugim, trwały od 9 do 18. Bez przerw, jedzenia, picia i innych fanaberii. Jednocześnie, już bez ironii, dziękuję Komendzie Miejskiej Policji w Krakowie za idealną kawę - parzoną, czarną, mocną i słodką, podaną w bardzo ładnej filiżance. Ta kawa była moim jedynym posiłkiem tego dnia, więc dziękuję szczególnie Inicjatorowi poczęstunku.

Inicjator ten, pomimo początkowych obaw, po konsultacji z Prokuraturą pozwolił mi wziąć udział w przesłuchaniach trzech zatrzymanych podejrzanych. Z początku były wątpliwości, bo wyglądało na to, że ich interesy mogą być sprzeczne, jednak argumentacja o nieprzesądzaniu tego przed przesłuchaniami odniosła sukces, a treść wyjaśnień każdego z podejrzanych rozwiała początkowe strachy. 

Prokuratura oceniła wyjaśnienia te na tyle wysoko, że podejrzani poszli do domów. Jedynym smuteczkiem pozostało zabezpieczenie kilku słoików suszu oraz owoców uprawy, ponad 200 krzaczków. To ich zapach uświęcał sukces procesowy Komendy Miejskiej Policji w Krakowie.

niedziela, 13 kwietnia 2014

W sprawie szkodliwej działalności

Kurt Cobain pisał sprajem na ciężarówkach God Is Gay. W końcu 5 kwietnia 1994 roku strzelił sobie w głowę. Dlatego Państwo nie powinni malować po murach, nie powinni w ogóle dotykać farby w puszce, bo to przynosi nieszczęście. Jeśli jednak ktoś nie może się powstrzymać, a dodatkowo wpadnie w zasadzkę, to niech nie poddaje się dobrowolnie karze. Zasadniczo graffiti nie jest przestępstwem.


(www.banksy.co.uk)


Karanie graficiarzy za przestępstwo z art. 288 k.k. jest jednak dość powszechne. Lokalna prasa donosi o ujęciu malujących, dodając przechwałki policjantów, że postawiono im zarzut uszkodzenia mienia (tu przykład). Na art. 288 k.k. powołał się podsekretarz stanu Ministerstwa Sprawiedliwości pan Michał Królikowski odpowiadając na interpelację nr 4470 „w sprawie zwalczania szkodliwej działalności grafficiarzy” (tekst tu). Wzór zawiadomienia o przestępstwie poleca na swej stronie krakowska Straż Miejska. W specjalnym poradniku Gazeta Wyborcza nawołuje: „o każdym dostrzeżonym nielegalnym napisie trzeba powiadamiać straż miejską i policję” (poradnik tu). 

Wszyscy głoszący potrzebę stosowania art. 288 k.k., czy też art. 124 kw w każdym przypadku graffiti, będą jednak rozliczeni na sądzie ostatecznym.







Bóg przypomni, że sprawcą przestępstwa z art. 288 k.k. i wykroczenia z art. 124 kw jest ten tylko, który rzeczy niszczy, uszkadza, czyni niezdatną do użytku. Malowanie po murze nie stanowi realizacji tak opisanych znamion.

Zniszczenie to unicestwienie, pozbawienie dotychczasowych właściwości. Tymczasem graffiti nie dość, że nie unicestwia, to czasem pomaga budynek użytkować.




http://www.mymodernmet.com/profiles/blogs/beautifully-haunting-graffiti-at-chernobyl

Tu też pomaga:





Fundamentalne znaczenie ma argument, że zniszczenie – jak chcą tego uczeni – musi być nieodwracalne. Malarstwo ścienne jest tymczasem nietrwałe.






Najpewniej wielu myśli, że twórca graffiti realizuje znamię „uszkodzenia” mienia. To przejaw ignorancji nieobcy zarówno dziennikarzom jak i prawnikom. Wystarczy sięgnąć jednak do fachowej publikacji by dowiedzieć się, że: „Uszkodzenie jako znamię czynnościowe przestępstwa określonego w art. 288 § 1 k.k. polega na takiej zmianie materii rzeczy, po powstaniu której nie można wykorzystywać tej rzeczy dla celów, dla których była pierwotnie przeznaczona. Uszkodzenie ma miejsce zarówno wówczas, gdy niemożność wykorzystywania rzeczy zgodnie z jej przeznaczeniem ma charakter trwały, jak i wtedy, gdy niemożliwość normalnego wykorzystywania rzeczy ma charakter czasowy (przejściowy); por. D. Pleńska, O. Górniok (w:) System prawa karnego..., s. 441; W. Świda (w:) I. Andrejew, W. Świda, W. Wolter, Kodeks karny..., s. 648). W pojęciu uszkodzenia mieści się wszelkie zachowanie, które w mniejszym lub większym stopniu oddziałuje na całość rzeczy, prowadząc do naruszenia jej substancji, istotnych właściwości decydujących o jej przeznaczeniu i możliwościach wykorzystywania, o takim jednak natężeniu, iż nie stanowi jeszcze zniszczenia rzeczy, które jest "uszkodzeniem w wyższym stopniu" (por. L. Peiper, Komentarz do Kodeksu karnego..., s. 736 i n.; zob. też Motywy Komisji Kodyfikacyjnej Ministerstwa Sprawiedliwości, t. V, z. 4, s. 223-225)” (Małgorzata Dąbrowska Kardas, Piotr Kardas, Komentarz do art. 288 k.k. Lex, stan prawny 1.3.2006). Jest więc jasne, że jeśli usunięcie rysunku nie wiąże się z koniecznością zburzenia całego budynku, muru, fabryki, czy też skucia całej elewacji, to znamiona przestępstwa z art. 288 k.k. nie zostaną zrealizowane (podobnie jak art. 124 k.w.).

Podobne stanowisko zajął w 1984 roku Sąd Najwyższy: „Umieszczenie napisu lub rysunku w miejscu do tego nie wyznaczonym może stanowić "uszkodzenie mienia" w rozumieniu art. 212 k.k. (albo w zależności od wysokości szkody - wykroczenie przewidziane w art. 124 k.w.) tylko wówczas, gdy w wyniku tego działania nastąpiło pomniejszenie wartości materialnej lub użytkowej budynku, obiektu lub innej rzeczy w takim stopniu, że do usunięcia tego uszkodzenia konieczne jest naruszenie ich substancji” (OSNKW 1984/7-8/71)


Wystarczy spojrzeć, by zyskać pewność, że nurek niosący dużą rybę nie przeszkadza w korzystaniu z budynku zgodnie z jego przeznaczeniem, a jego ewentualne usunięcie nie powinno być trudne (chociaż smutne, bo z wyglądu ten nurek, to druh nasz szczery).






Cytowani już autorzy wypowiadają się o graffiti wprost, potwierdzając, że tylko w wyjątkowych sytuacjach może dojść do popełnienia przestępstwa z art. 288 k.k.: „Zamieszczenie na rzeczy rysunków, napisów lub innych treści albo jej zabrudzenie co do zasady nie stanowi uszkodzenia rzeczy, albowiem nie prowadzi do naruszenia jej substancji, a tym samym do zmiany jej właściwości. W pewnych wypadkach zamieszczenie na rzeczy rysunku, napisu lub zabrudzenie jej w inny sposób prowadzić będzie do naruszenia substancji rzeczy, w wyniku samego zamieszczenia napisu lub rysunku. W pewnych sytuacjach samo zamieszczenie napisu lub rysunku nie będzie powodowało naruszenia substancji rzeczy, jednak ich usunięcie powodować będzie takie naruszenie. W obu tych wypadkach możliwa jest kwalifikacja zachowania na podstawie art. 288 § 1 k.k. (por. szerzej M. Kulik, Przestępstwo i wykroczenie uszkodzenia rzeczy, s. 75 i n.; M. Kulik, Z prawnokarnej problematyki graffiti, s. 78 i n.)”. (Małgorzata Dąbrowska Kardas, Piotr Kardas, Komentarz do art. 288 k.k. Lex, stan prawny 1.3.2006) Poczynione zastrzeżenia będą dotyczyły zazwyczaj pisania po czymś innym niż ściana – np. umieszczenia napisu na obrazie twórcy konwencjonalnego, chociaż poniżej przykład graffiti, które ewidentnie zniszczyło.






Nie może też budzić wątpliwości teza, że malowanie po murze nie jest czynieniem tego muru niezdatnym do użytku, nie będącym zarazem jego zniszczeniem czy uszkodzeniem. 

Trzeba być zatem sprawiedliwym, bo co roku jest 5 kwietnia i ktoś może sobie zrobić krzywdę (np. tego dnia, kilka lat po wspomnianym K. Cobainie zmarł Lane Staley, o którym trzeba pamiętać szczególnie) Stosowanie wobec graficiarzy art. 288 k.k. i 124 kw to zło gorsze niż graffiti (za wyjątkiem sytuacji ekstremalnych). Zawsze pozostaje art. 63a kw, ewentualnie art. 141 kw, art. 108 ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Organy ścigania zawsze mogą też zająć się czymś ważniejszym.

http://hipster.pl/tag/banksy/

poniedziałek, 31 marca 2014

Wszechobecność

Funkcjonowanie krakowskiej Prokuratury Apelacyjnej w przestrzeni medialnej jest tajemnicze i ekscytujące. W zjawisku tym wyistacza się potworna dziwność bytu, relatywizm, ale nade wszystko kontemplacji tego fenomenu towarzyszy przeszywający smutek, samotność obserwatora pozbawionego poczucia współuczestnictwa w postrzeganiu świata. Lektura niektórych doniesień powoduje też wzmożoną potrzebę nabycia preparatu UBIK, jednak dotychczas ten fantastyczny środek nie został wprowadzony do obrotu, przynajmniej w dostępnej rzeczywistości.



Z czasem stało się jasne, że odbiór sygnałów Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie oznacza, że ciało abonenta zdeponowane jest w ekskluzywnym Moratorium Ukochanych Współbraci w Zurychu. Stan półżycia urozmaicany jest informacjami np. o zaawansowanym stadium przygotowań zamachu na sejm. To się oczywiście nie dzieje, bo zaskakująco wiele rzeczy się nie dzieje, o czym przypomniała ostatnio p. Kamila. To tylko wykupiony za ogromne pieniądze program utrzymywania aktywności mózgu osób w stanie pomiędzy życiem, a śmiercią. To program Pozostań Aktywny Po Śmierci.



Zaletą programu jest świadome wprowadzenie błędów, które abonent może samodzielnie identyfikować, oburzać się ich wystąpieniem i próbować porządkować zaoferowaną mu rzeczywistość. Na przykład w Gazecie Wyborczej, która miała się rzekomo ukazać w zeszłą sobotę zamieszczono tekst o zorganizowanym przez Prokuraturę Apelacyjną w Krakowie panelu dyskusyjnym: „Dziennikarskie prawo do informacji, a tajemnica postępowania karnego”. Znalazło się tam zdanie: „Jednym z powodów spotkania było m.in. ujawnienie przez adwokata na blogu materiałów z niejawnego posiedzenia sądu w sprawie aresztowej”. Dzięki lekturze donosu dyscyplinarnego typuję właściwy wpis. To nie adwokat był autorem. To nie materiały z niejawnego posiedzenia zostały ujawnione. Teraz mogę rozważać, czy moderator programu wprowadził wariant błędu dziennikarza, czy wariant przekazania złej informacji przez źródło. Trudno się zdecydować. Rzucam monetą. Sprawdzam. Na niej wizerunek Philipa D...

wtorek, 25 marca 2014

Drugi dzień wiosny



Poniżej historia prawie prawdziwa. Prawie, bo ja też nabieram poczucia, że jednak bardzo dużo rzeczy się nie dzieje. I to też przecież nie mogło się wydarzyć, bo policjanci postępują z zatrzymanymi tak, jak chcieliby, aby ich traktowano w tej nieprzyjemnej jednak sytuacji. Dlatego właśnie  to, co poniżej, to się nigdy nie wydarzyło.




Z pogróżek popołudniowego przesłuchania zrobił się plan sobotniego przedpołudnia. Miałam zapas czasu, lecz jadąc tam, cisnęłam gaz wściekle, niepomna, że Opel Astra 1.4 to nie Bugatti 16.4 Veyron. Najpierw zobaczyłam dziewczynę, płakała i ciekło jej z nosa. Mama przytulała ją, a ja dawałam na przemian instrukcje i świeże chusteczki higieniczne.

Przesłuchanie rozpoczęło się sprawdzeniem danych i odczytaniem zarzutu. Zrozumiała, przyznała, że miała, ale nie wie ile. Z dwóch jointów mieszanych z tytoniem dzielni funkcjonariusze wyodrębnili 1,34 grama marihuany (taki diler to marzenie każdego konsumenta). Łzy ciekły po policzkach, a gluty wyglądały z nosa, żyjąc własnym życiem. Funkcjonariusz cierpko przywołał je do porządku.

Brawurowo rozpoczął gradobiciem pytań: z kim, dokąd, po co od kogo i numer buta. Gluty oszalały. Po mojej, trzeciej z rzędu, prośbie o swobodną wypowiedź przestał, oponując nieśmiało, że protokół ma mieć ręce i nogi. Powiedziała swobodnie prawie wszystko*. Że z koleżankami, kolegami, park, policja, przeszukanie bez wylegitymowania i podania powodu, szarpanie za rękę (kto? ten pan co tu siedzi teraz), krzyki w radiowozie (ta pani co siedziała) żeby powiedziała od kogo, że będzie siedziała w więzieniu do osiemnastego roku życia za gnojka, którego kryje. Że na komisariacie kształtowanie osobowości (perswazja poza protokołem, bez obecności osób trzecich - kto? ta pani co do telefonu powiedziała, że się nazywa...). Że na izbie było strasznie. Że nigdy więcej, nigdy przedtem, żałuje, chce do mamy i do domu.

Poprosiłam o protokołowanie moich pytań, oświadczeń rodziców (o piątkowych rozmowach że jak powie od kogo ma to wyjdzie od razu) i stwierdzanie ripost z urzędu w protokole.

Zażądałam imienia, nazwiska i stanowiska służbowego funkcjonariuszki, która jechała w radiowozie z Bohaterką. Odwiodłam od zamiaru umieszczania odmowy podania tych danych jako mojego oświadczenia. Analogicznie było z wnioskiem o odpis protokołu przesłuchania, po polemice - że podstawa jest: o tu! (przecież nie ma absolutnie, nie tu i nigdzie). Odmowa i próba umieszczenia odmowy w protokole jako moje oświadczenie. Odgryzłam (w głowie) kawałek ucha. Zapytał tylko o to, od kogo miała. Odmówiła odpowiedzi na to pytanie.

W niedzielę rano, zaraz po przebudzeniu, napisałam zażalenie.


*Już w domu Bohaterka przyznała się mamie, że była wieziona w kajdankach na przesłuchanie. Funkcjonariusz zapytany przez Bohaterkę, dlaczego to robi (nie stawiała oporu) poinformował, że on może wszystko.

sobota, 22 marca 2014

Dzień wagarowicza

W tym mieście dzieci jeszcze długo będą biegały z nożami i maczetami. Będą odcinały wrogom kończyny i zabijały ich. Będą nienawidziły policji. Będą złe jak ci, którzy je ścigają.

Było tak:

Kazałem jej wrócić na komisariat. I tak od tygodnia się nad nią znęcałem, więc jeszcze trochę cierpienia nie mogło zaszkodzić. Sprawdziłem czy umie pracować 36 godzin bez przerwy, czy dobrze znosi nawał zadań, deprecjonowanie, niezadowolenie, narzekanie. Był piątek, popołudnie, dzień wagarowicza. Zgodziła się bez entuzjazmu. Współautorka Kamila Czajkowska wyraźnie słabła, ale obiecała, że pójdzie do naczelnika.

Kilka godzin wcześniej nie udało jej się spotkać z Bohaterką. Nawet jej nie zobaczyła. Widziała tylko tatę (skupiony, napięty) i mamę (rozedrganą, płaczącą). Czekali pod komisariatem.

Bohaterka od 9 rano spędzała dzień wagarowicza z policjantami. Powinna być w szkole (jak stwierdził ważniejszy policjant), ale nieopatrznie posiadała w swym plecaku dwa jointy z marihuaną. To było oczywiście strasznie głupie. Od marihuany dziewczęta robią się grube i nieciekawe, a w konsekwencji kończą w biedzie, wiążąc się z życiowymi nieudacznikami. Nie każdą jednak stać na sądy analityczne a priori.

Dwa jointy w plecaku piętnastolatki to jest dla policji gruba sprawa. Należałoby zaangażować czterdziestu detektywów, ale takimi siłami nie dysponuje lokalny komisariat. Tymczasem ona się śmiała w czasie zatrzymania. Śmiała się rozmawiając z funkcjonariuszami! Sprawę trzeba więc zbadać gruntownie, a braki kadrowe nie wykluczały skorzystania z metody łatwej i skutecznej: milicyjnego zatrzymania wydobywczego. Przecież wcale nie było ważne, że z dziewczyną jest jakiś problem, skoro w tym wieku nie potrafi – niczym Stachura – wskazując powietrze wyrzec: This is my hash. Można ją było poświęcić, uwięzić, wprowadzić w świat bardziej zaawansowanej patologii (przyjaźnie z izby dziecka to jak przyjaźnie z modelarni – na całe życie). Wszak śmiała się i nie chciała powiedzieć skąd to ma. Ta fascynująca zagadka pochłonęła śledczych, a kiedy prawdziwy mężczyzna złapie trop, to dobro nastolatki nie ma żadnego znaczenia.

Funkcjonariusz prowadzący sprawę poinformował zatem rodziców: córka nie chce powiedzieć skąd ma ziele, to my ją trzymamy 48 godzin. Właśnie z tego powodu współautorka Kamila Czajkowska udała się na komisariat. Bohaterkę odwieźli już na izbę dziecka, więc rozmawiała z funkcjonariuszami.

Policjant prowadzący sprawę: nie powiedziała od kogo to ma. My musimy wszystko sprawdzać od drugiej strony. Mamy 48 godzin, trzeba szukać, przesłuchiwać świadków. Ona się śmiała. Trzeba będzie czekać. Na izbie dziecka jest bezpieczna, ma jedzenie, ubrania czyste. Nie można nic zrobić. Nie można jej wypuścić.

Po tej rozmowie współautorka Kamila Czajkowska udała się do samochodu. Brak możliwości przeciwstawienia się uwięzieniu tej nastolatki to piękne zwieńczenie tygodnia. Właśnie wtedy kazałem jej z powrotem iść na komisariat. Podobno tato Mika Tysona, kazał mu tak kiedyś wrócić na ulicę i wziąć rewanż na jakiś zbójach. Mike bał się, ale wrócił i wygrał. Przez jakiś czas kontynuował tę passę. Niestety ja nie byłem tatą (Kamili), a ona Tysonem.

Pani policjantka kierująca zespołem zajmującym się nieletnimi uznała, że najlepszym miejscem do rozmowy ze współautorką Kamilą Czajkowską jest poczekalnia (z której korzystali wówczas inni petenci). Wierzyła w liczbę 48. Na resztę spuśćmy kurtynę miłosierdzia.

Ten ważniejszy pan policjant uśmiechał się dobrotliwie. Stwierdził, że jak on dziewczynki nie zamknie, to przełożeni będą mieli pretensje, że policjanci mają 48 godzin („niech Pani sobie przeczyta ustawę”), że są przesłanki, bo przecież ona powiedziała, że nic nie powie, a mogła by się z koleżankami kontaktować. Współautorka Kamila Czajkowska przełamując zmęczenie fizyczne i psychiczne stwierdziła przytomnie, że przecież Bohaterka nie została jeszcze przesłuchana i jeszcze nie wiadomo co powie, szczególnie, że najpewniej skorzysta z pomocy prawnej. Rozmówca stwierdził jednak, że policjanci zawsze rozmawiają jak zatrzymują i to nie jest protokołowane, ale wystarczające. Te rozmowy, to wszystko co trzeba do zatrzymania.

Współautorka poprosiła o stanowisko na piśmie, z potwierdzeniem, że zatrzymanie wynika z nieformalnych rozmów, podczas których dziecko miało stwierdzić, że nie ujawni skąd miało narkotyki, że przełożeni robiliby kłopoty, gdyby nie została zatrzymana, że 48 godzin to taka praktyka. Odmówił.

Do biura przyjechała wściekła. Nie była już zmęczona. Pokrzykiwała. Wymogła na mnie żebym zadzwonił do tego naczelnika. Nie miało to większego sensu, pozostaliśmy przy swoich stanowiskach.

Teraz jest noc. Być może ci, którzy zatrzymali Bohaterkę opijają pierwszy dzień wiosny. Być może ci, którzy dowiedzieli się o zatrzymaniu Bohaterki ostrzą już noże.

Relacja współautorki z porannego przesłuchania w kolejnym odcinku.

sobota, 1 marca 2014

Szef dzieckiem podszyty

Szef ABW okropnie grymasi. Jak dziecko chce, żeby go prosić, a on będzie się zastanawiał, rozważał, wybierał i podejmował decyzje.

Może nie jest to jednak dziecięce grymaszenie, a rozkapryszenie pensjonarki, łaknącej możliwie obfitych dowodów zainteresowania i admiracji. Być może Szef ABW chce z bezwzględnością księżniczki powiedzieć: ciebie nie posłucham prowincjonalny adwokacie, ale jak do mnie Sąd napisze, jak mnie Sąd zaszczyci, to się zastanowię i niewykluczone, że nawet zgodzę.

Grymaszenie wzięło się stąd, że napisałem prośbę do Szefa ABW, by zniósł klauzulę tajności z części materiałów niejawnych wytworzonych w związku ze sprawą pana Brunona Kwietnia. To mogła być jedynie prośba – chociaż nazwana wnioskiem - bo ustawa o ochronie materiałów niejawnych nie wyposaża kogokolwiek w kompetencję do złożenia wniosku. Szef ABW może po prostu znieść klauzulę tajności, jest to jego arbitralna decyzja, niezależna od wniosków, próśb, itd. Szef ABW nie ma też obowiązku rozstrzygać, czy odpowiadać na tego rodzaju pisma. Jeśli się nie lęka i dostrzega przesłanki merytoryczne, to klauzulę znosi. Sam z siebie może (o czym jeszcze poniżej).

W imieniu Szefa, po odczekaniu stosownego czasu, odpisał Dyrektor w randze pułkownika. Poinformował, że w czasie postępowania sądowego powinienem pisać do sądu, a ewentualnie sąd może się zwrócić do ABW o zniesienie klauzuli tajności. Odpowiedź tę – jeśli nie jest przejawem grymaszenia, czy rozkapryszenia – należy interpretować mając na uwadze tę scenę z filmu „Rejs”, w której dokonano interpretacji piosenki śpiewaka. Otóż odpowiedź jest żartobliwa! Tego nie należy brać poważnie! Nie może być inaczej, bo przecież zgodnie z art. 6 ustawy o ochronie informacji niejawnych klauzulę znosi wytwórca materiału, nie zważając, na prośby, wnioski, nawoływania. Nie musi czekać, lustrować wnioskodawców i zastanawiać się, czy są odpowiednio godni. Dyrektor Departamentu Postępowań Karnych na pewno to wszystko wie, a gdyby treść przepisu okazała się jednak nie dość jasna, to proszę, oto jednoznaczna wypowiedź prokuratora Rafała Teluka (który z materiałami niejawnymi pracuje zapewne często, a tekst opublikował w periodyku: Prokuratura i Prawo 10/2011, str. 113 i nast., nadając tytuł: „Nieodtajnienie materiałów niejawnych jako przyczyna zwrotu sprawy do uzupełnienia”):

"Przepisy procedury karnej nie przyznają prokuratorowi (w fazie postępowania przygotowawczego), a także sądowi (w fazie postępowania jurysdykcyjnego), jakichkolwiek instrumentów umożliwiających ingerowanie w uprawnienia wytwórcy dokumentu, w tym procesy związane z przyznaniem klauzuli tajności i odtajnieniem uzyskanych materiałów. Organy, które w określonym stadium procesu stają się dysponentami materiałów niejawnych uzyskanych w czasie czynności operacyjno-rozpoznawczych, mogą jedynie zwrócić się do wytwórcy o rozważenie zasadności ich odtajnienia. W żaden jednak sposób gospodarze postępowania karnego (prokurator, sąd) nie są uprawnieni do żądania od wytwórcy odtajnienia dokumentu niejawnego.”

 
Nikt nie ma zatem zdolności postulacyjnej. Bez względu na pełnioną rolę procesową możemy jedynie sygnalizować potrzebę zniesienia klauzuli tajności i jest obojętne, kto ten sygnał przekaże. Zresztą wytwórca materiałów niejawnych, co ponownie trzeba podkreślić, nie musi czekać na żaden sygnał i na przykład w głośnej niegdyś sprawie nadbudowy jednej z krakowskich kamienic klauzulę tajności zniesiono bez zbędnej zwłoki. Dzięki temu dziennikarze Gazety Wyborczej mogli przeczytać o czym rozmawiałem z bohaterem tamtej historii w pierwszych godzinach roku 2007, ale o tym już było w innych tekstach.

Tu, w paśmie najniższej poczytalności, z dala od wrzawy wokół sprawy pana Brunona, trzeba odnotować, że żartobliwa odpowiedź ABW determinuje perspektywę poznawczą odnośnie wcześniejszych komunikatów w tej sprawie. To całe rzekome zagrożenie, zaawansowane przygotowania, uratowanie posłów, senatorów i prezydenta, to były żarty! To mówiono żartobliwie, jak teraz żartobliwie twierdzi się, że sąd powinien być adresatem wniosku o złożenie wniosku.

Jest też czarny scenariusz: w ABW nie wiedzą, że nie trzeba wniosku o zniesienie klauzuli tajności. Albo w ABW boją się znieść klauzulę tajności. Albo w ABW chcieliby znieść, ale nie potrafią.