sobota, 22 marca 2014

Dzień wagarowicza

W tym mieście dzieci jeszcze długo będą biegały z nożami i maczetami. Będą odcinały wrogom kończyny i zabijały ich. Będą nienawidziły policji. Będą złe jak ci, którzy je ścigają.

Było tak:

Kazałem jej wrócić na komisariat. I tak od tygodnia się nad nią znęcałem, więc jeszcze trochę cierpienia nie mogło zaszkodzić. Sprawdziłem czy umie pracować 36 godzin bez przerwy, czy dobrze znosi nawał zadań, deprecjonowanie, niezadowolenie, narzekanie. Był piątek, popołudnie, dzień wagarowicza. Zgodziła się bez entuzjazmu. Współautorka Kamila Czajkowska wyraźnie słabła, ale obiecała, że pójdzie do naczelnika.

Kilka godzin wcześniej nie udało jej się spotkać z Bohaterką. Nawet jej nie zobaczyła. Widziała tylko tatę (skupiony, napięty) i mamę (rozedrganą, płaczącą). Czekali pod komisariatem.

Bohaterka od 9 rano spędzała dzień wagarowicza z policjantami. Powinna być w szkole (jak stwierdził ważniejszy policjant), ale nieopatrznie posiadała w swym plecaku dwa jointy z marihuaną. To było oczywiście strasznie głupie. Od marihuany dziewczęta robią się grube i nieciekawe, a w konsekwencji kończą w biedzie, wiążąc się z życiowymi nieudacznikami. Nie każdą jednak stać na sądy analityczne a priori.

Dwa jointy w plecaku piętnastolatki to jest dla policji gruba sprawa. Należałoby zaangażować czterdziestu detektywów, ale takimi siłami nie dysponuje lokalny komisariat. Tymczasem ona się śmiała w czasie zatrzymania. Śmiała się rozmawiając z funkcjonariuszami! Sprawę trzeba więc zbadać gruntownie, a braki kadrowe nie wykluczały skorzystania z metody łatwej i skutecznej: milicyjnego zatrzymania wydobywczego. Przecież wcale nie było ważne, że z dziewczyną jest jakiś problem, skoro w tym wieku nie potrafi – niczym Stachura – wskazując powietrze wyrzec: This is my hash. Można ją było poświęcić, uwięzić, wprowadzić w świat bardziej zaawansowanej patologii (przyjaźnie z izby dziecka to jak przyjaźnie z modelarni – na całe życie). Wszak śmiała się i nie chciała powiedzieć skąd to ma. Ta fascynująca zagadka pochłonęła śledczych, a kiedy prawdziwy mężczyzna złapie trop, to dobro nastolatki nie ma żadnego znaczenia.

Funkcjonariusz prowadzący sprawę poinformował zatem rodziców: córka nie chce powiedzieć skąd ma ziele, to my ją trzymamy 48 godzin. Właśnie z tego powodu współautorka Kamila Czajkowska udała się na komisariat. Bohaterkę odwieźli już na izbę dziecka, więc rozmawiała z funkcjonariuszami.

Policjant prowadzący sprawę: nie powiedziała od kogo to ma. My musimy wszystko sprawdzać od drugiej strony. Mamy 48 godzin, trzeba szukać, przesłuchiwać świadków. Ona się śmiała. Trzeba będzie czekać. Na izbie dziecka jest bezpieczna, ma jedzenie, ubrania czyste. Nie można nic zrobić. Nie można jej wypuścić.

Po tej rozmowie współautorka Kamila Czajkowska udała się do samochodu. Brak możliwości przeciwstawienia się uwięzieniu tej nastolatki to piękne zwieńczenie tygodnia. Właśnie wtedy kazałem jej z powrotem iść na komisariat. Podobno tato Mika Tysona, kazał mu tak kiedyś wrócić na ulicę i wziąć rewanż na jakiś zbójach. Mike bał się, ale wrócił i wygrał. Przez jakiś czas kontynuował tę passę. Niestety ja nie byłem tatą (Kamili), a ona Tysonem.

Pani policjantka kierująca zespołem zajmującym się nieletnimi uznała, że najlepszym miejscem do rozmowy ze współautorką Kamilą Czajkowską jest poczekalnia (z której korzystali wówczas inni petenci). Wierzyła w liczbę 48. Na resztę spuśćmy kurtynę miłosierdzia.

Ten ważniejszy pan policjant uśmiechał się dobrotliwie. Stwierdził, że jak on dziewczynki nie zamknie, to przełożeni będą mieli pretensje, że policjanci mają 48 godzin („niech Pani sobie przeczyta ustawę”), że są przesłanki, bo przecież ona powiedziała, że nic nie powie, a mogła by się z koleżankami kontaktować. Współautorka Kamila Czajkowska przełamując zmęczenie fizyczne i psychiczne stwierdziła przytomnie, że przecież Bohaterka nie została jeszcze przesłuchana i jeszcze nie wiadomo co powie, szczególnie, że najpewniej skorzysta z pomocy prawnej. Rozmówca stwierdził jednak, że policjanci zawsze rozmawiają jak zatrzymują i to nie jest protokołowane, ale wystarczające. Te rozmowy, to wszystko co trzeba do zatrzymania.

Współautorka poprosiła o stanowisko na piśmie, z potwierdzeniem, że zatrzymanie wynika z nieformalnych rozmów, podczas których dziecko miało stwierdzić, że nie ujawni skąd miało narkotyki, że przełożeni robiliby kłopoty, gdyby nie została zatrzymana, że 48 godzin to taka praktyka. Odmówił.

Do biura przyjechała wściekła. Nie była już zmęczona. Pokrzykiwała. Wymogła na mnie żebym zadzwonił do tego naczelnika. Nie miało to większego sensu, pozostaliśmy przy swoich stanowiskach.

Teraz jest noc. Być może ci, którzy zatrzymali Bohaterkę opijają pierwszy dzień wiosny. Być może ci, którzy dowiedzieli się o zatrzymaniu Bohaterki ostrzą już noże.

Relacja współautorki z porannego przesłuchania w kolejnym odcinku.

sobota, 1 marca 2014

Szef dzieckiem podszyty

Szef ABW okropnie grymasi. Jak dziecko chce, żeby go prosić, a on będzie się zastanawiał, rozważał, wybierał i podejmował decyzje.

Może nie jest to jednak dziecięce grymaszenie, a rozkapryszenie pensjonarki, łaknącej możliwie obfitych dowodów zainteresowania i admiracji. Być może Szef ABW chce z bezwzględnością księżniczki powiedzieć: ciebie nie posłucham prowincjonalny adwokacie, ale jak do mnie Sąd napisze, jak mnie Sąd zaszczyci, to się zastanowię i niewykluczone, że nawet zgodzę.

Grymaszenie wzięło się stąd, że napisałem prośbę do Szefa ABW, by zniósł klauzulę tajności z części materiałów niejawnych wytworzonych w związku ze sprawą pana Brunona Kwietnia. To mogła być jedynie prośba – chociaż nazwana wnioskiem - bo ustawa o ochronie materiałów niejawnych nie wyposaża kogokolwiek w kompetencję do złożenia wniosku. Szef ABW może po prostu znieść klauzulę tajności, jest to jego arbitralna decyzja, niezależna od wniosków, próśb, itd. Szef ABW nie ma też obowiązku rozstrzygać, czy odpowiadać na tego rodzaju pisma. Jeśli się nie lęka i dostrzega przesłanki merytoryczne, to klauzulę znosi. Sam z siebie może (o czym jeszcze poniżej).

W imieniu Szefa, po odczekaniu stosownego czasu, odpisał Dyrektor w randze pułkownika. Poinformował, że w czasie postępowania sądowego powinienem pisać do sądu, a ewentualnie sąd może się zwrócić do ABW o zniesienie klauzuli tajności. Odpowiedź tę – jeśli nie jest przejawem grymaszenia, czy rozkapryszenia – należy interpretować mając na uwadze tę scenę z filmu „Rejs”, w której dokonano interpretacji piosenki śpiewaka. Otóż odpowiedź jest żartobliwa! Tego nie należy brać poważnie! Nie może być inaczej, bo przecież zgodnie z art. 6 ustawy o ochronie informacji niejawnych klauzulę znosi wytwórca materiału, nie zważając, na prośby, wnioski, nawoływania. Nie musi czekać, lustrować wnioskodawców i zastanawiać się, czy są odpowiednio godni. Dyrektor Departamentu Postępowań Karnych na pewno to wszystko wie, a gdyby treść przepisu okazała się jednak nie dość jasna, to proszę, oto jednoznaczna wypowiedź prokuratora Rafała Teluka (który z materiałami niejawnymi pracuje zapewne często, a tekst opublikował w periodyku: Prokuratura i Prawo 10/2011, str. 113 i nast., nadając tytuł: „Nieodtajnienie materiałów niejawnych jako przyczyna zwrotu sprawy do uzupełnienia”):

"Przepisy procedury karnej nie przyznają prokuratorowi (w fazie postępowania przygotowawczego), a także sądowi (w fazie postępowania jurysdykcyjnego), jakichkolwiek instrumentów umożliwiających ingerowanie w uprawnienia wytwórcy dokumentu, w tym procesy związane z przyznaniem klauzuli tajności i odtajnieniem uzyskanych materiałów. Organy, które w określonym stadium procesu stają się dysponentami materiałów niejawnych uzyskanych w czasie czynności operacyjno-rozpoznawczych, mogą jedynie zwrócić się do wytwórcy o rozważenie zasadności ich odtajnienia. W żaden jednak sposób gospodarze postępowania karnego (prokurator, sąd) nie są uprawnieni do żądania od wytwórcy odtajnienia dokumentu niejawnego.”

 
Nikt nie ma zatem zdolności postulacyjnej. Bez względu na pełnioną rolę procesową możemy jedynie sygnalizować potrzebę zniesienia klauzuli tajności i jest obojętne, kto ten sygnał przekaże. Zresztą wytwórca materiałów niejawnych, co ponownie trzeba podkreślić, nie musi czekać na żaden sygnał i na przykład w głośnej niegdyś sprawie nadbudowy jednej z krakowskich kamienic klauzulę tajności zniesiono bez zbędnej zwłoki. Dzięki temu dziennikarze Gazety Wyborczej mogli przeczytać o czym rozmawiałem z bohaterem tamtej historii w pierwszych godzinach roku 2007, ale o tym już było w innych tekstach.

Tu, w paśmie najniższej poczytalności, z dala od wrzawy wokół sprawy pana Brunona, trzeba odnotować, że żartobliwa odpowiedź ABW determinuje perspektywę poznawczą odnośnie wcześniejszych komunikatów w tej sprawie. To całe rzekome zagrożenie, zaawansowane przygotowania, uratowanie posłów, senatorów i prezydenta, to były żarty! To mówiono żartobliwie, jak teraz żartobliwie twierdzi się, że sąd powinien być adresatem wniosku o złożenie wniosku.

Jest też czarny scenariusz: w ABW nie wiedzą, że nie trzeba wniosku o zniesienie klauzuli tajności. Albo w ABW boją się znieść klauzulę tajności. Albo w ABW chcieliby znieść, ale nie potrafią.





czwartek, 20 lutego 2014

Złoty personel (ft. Kamila)

Syta i obwieszona złotem jest moja aplikantka adwokacka. W pomieszczeniu o odpowiedniej temperaturze (w razie potrzeby zawsze może wtulić się w grzejnik), w stałym kontakcie telefonicznym, z wieczną ekspektatywą przerwy, z pojazdem, w którym różnorakie paliwa płynne nigdy się nie kończą.
Jej ciało wciąż sprawnie przeprowadza stosowne procesy kataboliczne, ale jeśli tylko zechce, jeśli tylko będzie miała ochotę, łatwo zmieni kategorię wagową.


Bez dyskusji godzi się na koszty: zakaz konsumowania środków odurzających, a zwłaszcza alkoholu, zakaz uczestnictwa w wydarzeniach integracyjnych i kulturalnych adwokatury polskiej, powątpiewanie co do należytego zaangażowania w trud codzienności, zarzuty, że się nie szkoli, nie czyta dostatecznie dużo fachowej literatury, a prenumerata czasopism idzie na marne.


Trzymam tak moją aplikantkę adwokacką, a ona chce być trzymana i uważa, że wszystko będzie dobrze. Środków na żywność i odzież wystarcza. Błyskotki ma od mamy i babci. Nakarmiona i ubrana może rozmyślać o rzeczach wzniosłych i ważnych, może występować w obronie i troszczyć się o koleżanki i kolegów, którzy nie są trzymani jak ona.


Kładzie się więc na karimacie moja aplikantka adwokacka, zagryza zęby na złotym łańcuchu i cedzi:


Zaczyna się niewinnie. Rozmową. Pada to zdanie, to o pieniądzach.


Zleceniowo - za pismo, za pójście gdzieś, za fotosy akt. Po 50 albo 100
złotych - jak pismo długie i ładne.


Abonamentowo -współpracujemy, to za większe rzeczy po 50, a reszta gratis.


Rozliczenie stałe 200 tygodniowo all inclusive.


Grant miesięczny tysiak (to dla szczęściarzy).


Trzeba sobie załatwić staż, no tak to się robi, w tym urzędzie tam daleko.


Od pieniędzy są tata i mama.


Uczciwie: nie płacę wcale.


Bo moja aplikantka adwokacka przedstawia się jako dziewczyna doświadczona. To są opowieści jej pokolenia, takie historie im się przytrafiają (w moich czasach wszyscy aplikanci adwokaccy byli syci i obwieszeni złotem, nawet ja). Przesuwa się bliżej grzejnika (niedługo zachrzęści bransoletą) i mówi dalej tak:




Dyspozycyjność - full opcja. Poligamia (można robić dla innych) lub
monogamia z nutką zazdrości - dla mnie, tylko dla mnie! Organizacja: lista
zadań, z terminami. Chaos: już za chwilę, jutro rano, na pojutrze bo
wyjeżdżam na wczasy.


Ubezpieczenie zdrowotne? Urząd pracy zaprasza. Odmawiasz podjęcia pracy?
Dlaczego?


Przychodzi do płacenia. Proszę - dziękuję. Oj, nie mam teraz w ogóle
pieniędzy! (dramatyczny gest dłoni wyciągniętych do nieba). Dam jutro, muszę
z bankomatu. Jutro jest w przyszłym tygodniu. Ależ umawialiśmy się, klient
nie zapłacił (klient stówkami w kącie przed sekundą). No byłoby, ale klient
zostawił dużo mniej, może następnym razem. Miało być 300, jest 120, no a
reszta to tam grosze, to nic. Nie mam. Bieda. Kiedyś. Może. Nigdy.


Wpada w melancholię moja aplikantka adwokacka, gdera, chociaż napominam, że cicho, że pracujemy. Twierdzi (i koledzy też twierdzą), że wyzysk aplikanta jest zjawiskiem przytrafiającym się tylko w Krakowie, a uprawiający go gatunek adwokatów jest endemiczny (ale czy tak znowu liczny?). Próbując zębem jakość złota przypuszcza, że: „winna jest chciwość, brak empatii i bezczelność jednych, oraz bezradność, strach i zgoda drugich”.


Będę trzymał moją aplikantkę adwokacką do końca roku. Potem ona zda egzamin, wejdzie w spółkę, stworzy miejsca pracy. I zobaczy swoje odbicie w złocie personelu.


środa, 12 lutego 2014

List do T.*



Wyszedł Pan. Czymże jest to kilkugodzinne opóźnienie w perspektywie ostatnich 25 lat. Kiedy Pana zamykali, były wakacje. Miałam wtedy 2 lata.


Milicja chwilę Pana szukała. Byli nawet u nas na działce i pytali, czy nie kręcił się tu młody facet z wąsem. Mówili, że może Panu towarzyszyć kilku chłopaków, tak na oko 10-12 lat. Kilka dni później wracałam z dziadkami z wakacji w Leonowie. Do tej pory czasem wspominają, że tego dnia pod lasem w Kole było pełno milicji. Jakiś Bogu ducha winny grzybiarz natrafił na ciała dzieci.


Podobno kluczowy okazał się wzór zasłony w oknie Pana domu na Wyzwolenia. Ponoć chciał Pan jechać prosto na komisariat, a nie na tamto spotkanie. Czy rzeczywiście ludzie wywrócili milicyjną nyskę, w której przywieziono Pana do Sądu? To pogłoski, które pozostały po tamtych dniach. W Piotrkowie wtedy mówili o tym wszyscy.


Myślę, że nie był Pan jednak Przestępcą Stulecia. Może - Roku, Dekady? Są gorsi od Pana. Jest Pan jednak nadal wrogiem publicznym, po 25 latach kary pozbawienia wolności. Nienawidzą Pana, być może mają rację. Ma Pan jednak szczęście, że zamieszka w tym kraju. W społeczeństwie, w którym ponad 90% stanowią chrześcijanie. Oni wierzą, że Bóg jest miłosierny.



*tytuł - MB.
Miało być: Powitanie.

niedziela, 9 lutego 2014

Petycja

Jezus jeździł z naszym szefem samochodem. Z jednym z naszych szefów. Jakkolwiek mieliśmy szczęśliwe zawodowe dzieciństwo, to nie wszystkie tajemnice spółki były dla nas dostępne. Być może nie poznaliśmy szczegółów tych kontaktów, chociaż niewykluczone, że ja tego nie pamiętam. W każdym razie zachowałem mgliste wspomnienie relacji, według której Jezus siedział i patrzył. I tyle. Nie było nawet dialogu.

Tymczasem kilka spraw można było próbować załatwić. Niekoniecznie fundamentalnych (wojny, szatan, zło) ale codziennych, zwykłych (przeoczony termin, niesubordynowany personel). Można było pasażera srogo przycisnąć, wszak jego uległość wobec ludzkich decyzji jest powszechnie znana. Jednak najwyraźniej Jezus wiedział z kim wsiada do samochodu, nie lękał się, że dyskretna obecność stanie się przyczynkiem do roszczeń i utyskiwań. I nic mu się nie stało.

Po latach pojawia się jednak poczucie niedosytu, przeświadczenie zmarnowanej okazji. Przecież wielu potrafi przekuć podobne spotkania na sukces – np. taki Richard Brautigan, nie wahając się, popełnił „Autostopowicza z Galilei” i jak wspaniale żył, aż do dnia samobójczej śmierci. Być może w przypadku jednego z naszych szefów decydujący był element zaskoczenia, zabrakło procedury, kodu komunikacji. Wprawdzie proszenie bogów o pomoc to dość powszechnie znany motyw wielu kultur świata ale materializujący się majestat może wytrącić z równowagi. Warto więc z wyprzedzeniem uświadomić sobie do czego może nam służyć bóg (Bóg nasz Ojciec, czy Latający Potwór Spaghetti Pani Kamili) i jak z nim postępować.

Właśnie podpisałem petycję w tej sprawie. Domagamy się zmiany prawa o adwokaturze, prawa o notariacie, ustawy o radcach prawnych oraz ustawy o komornikach sądowych i egzekucji. Chcemy, by ślubowania prawnicze mogły być zakończone zwrotem: „Tak mi dopomóż Bóg”. Już sama potencjalna możliwość wygłoszenia tych słów stanowi szczepionkę na wypadek spotkania z Bogiem. Już będziemy wiedzieli, że jego rola nie może się ograniczać do tępego patrzenia z pozycji pasażera. Ma pomagać.



Petycję można podpisać tutaj: http://www.petycja.arslegis.org.pl/


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Egzorcyzm

W pierwszych sekundach znajomości wyjawił mi, że szatan jest bogiem w kryminalnej w Olkuszu. Zapamiętałem to lepiej niż jego nazwisko, wszak ta diagnoza przyczyn wszelkiego zła była imponująco prosta. Od tamtej pory (początek 21 wieku) pilnie śledzę ślady peregrynacji szatana. Ten zaś nie próżnuje.

Chodzi po domach, siada na skraju łóżka i patrzy. Przepędzany przez wędrownego kaznodzieję (on szczególnie uwielbia przesiadywać krawędzi łóżka i patrzeć), włóczy się po Mogilskiej 109. Zagląda w oczy świadkom, podszeptuje, mota. To dzięki niemu, wywodząc apelację w sprawie trwającej od roku 2006 (warto podkreślić, że czwartą apelację), mogłem podsumować działalność twórczą jednego z przesłuchiwanych:



znany dobrze, spotykany jednak niezbyt często
dwa, trzy, a także kilkanaście razy
zamieszkały w warsztacie, lecz równie dobrze gdzie indziej
o imieniu: Grzesiek, Mirek, a być może Stefan
posiadający klub, gdzie dziewczęta jeżdżą na wrotkach
klub nigdy nieodnaleziony
będący najważniejszym szefem
i prostym ładowaczem amfetaminy
rozpoznany w sześćdziesięciu procentach
praktycznie z całą pewnością
i nie rozpoznany wcale

jest sprawca przestępstwa z pkt. V aktu oskarżenia.


Szatan biegł razem ze mną i wrzeszczał „Komentarz do pewnej fotografii” Wojaczka, kiedy uznałem, że taka forma prezentacji ekstraktu z wieloletnich relacji świadka jest najlepsza. To szatan nadał świadkowi tę szczególną właściwość: nigdy niczego ostatecznie nie potwierdza i nigdy niczemu nie zaprzecza. Rozpaczliwe próby okiełznania nieszczęśnika (przyjacielskie odprowadzenie do sądu przez funkcjonariuszy cbś, dyscyplinujące przesłuchanie przez prokuratora w ramach równoległego wątku, uprzejme prośby sądu) zdały się na nic. Zresztą i tym razem wyrok uchylono, a sprawa po raz piąty będzie rozpoznawana w pierwszej instancji. Znów zobaczymy więc tę umęczoną twarz, ciało wyniszczone szatańskim wpływem, znowu usłyszymy kolejną wersją, którą zrelacjonuje umysł spenetrowany przez zło.

Dotychczas tylko jedna forma egzorcyzmu okazała się skuteczna. Uniewinnienie. Taka decyzja, podjęta wiele lat temu co do niektórych oskarżonych, częściowo uwolniła Zagubionego od męki relacjonowania wężowych podszeptów. Dla tej sprawy nie ma już nadziei, ale w przyszłości warto rozważyć odprawienie egzorcyzmu przed wysłaniem aktu oskarżenia. Wieloletnie dociekanie przyczyn skrajnych rozbieżności prowadzi bowiem do jednego tylko wniosku: szatan jest bogiem.



sobota, 11 stycznia 2014

Bal w Operze



Tak się złożyło, że od niedawna Palestra ma za sobą rok Tuwima.  Szczęście, że odpowiedzialni jej Członkowie zdążyli w tamtym roku ogłosić o wydarzeniu, które już dziś. O kolejnym kroku milowym w kształtowaniu kulturalnej i społecznej wrażliwości młodszych i starszych przedstawicieli adwokackiego rzemiosła. To dzięki inicjatywie Samorządu oraz determinacji i zaangażowaniu poszczególnych jednostek, z prawdziwą przyjemnością można cytować Juliana Tuwima:

Dzisiaj wielki bal w Operze

Będzie Koncert Gwiazd, Gwiazda Główna (gwiazda neutronowa*) i Gwiazdy Towarzyszące (gwiazdy kwarkowe**). Będą Goście Specjalni (gwiazdy rozbłyskowe***). 

Sam Potężny Archikrator
Dał najwyższy protektorat (...)
Na afiszu - Archikrator,
Więc na schodach marmurowych
Leży chodnik purpurowy

Ale przede wszystkim - będzie Bal. I to już za chwilę. Zza szyby Kancelarii spowitej w  sobotnią ciemność prawie słychać niespokojne uderzenia kół o bruk, jakiś zamęt, pośpiech. Entuzjastyczne pokrzykiwania, nieśmiałe przywitania i pierwsze życzliwe uśmiechy. Dostojny szum cennych silników, jazgot taksówek, pośpieszne stukanie wysokich obcasów. 

Konie pienią się i rżą,
Ryczą auta, tłumy prą,
Wszędzie ostre pogotowie,
Niecierpliwe wina wrą,
U fryzjerów ludzie mdleją,
Czekający za koleją (...)

Okolice Opery przeżywają oblężenie. Ruchem kieruje funkcjonariusz w białych rękawiczkach, wdzięcznym gestem kontrolując porządek opuszczania skrzyżowania.

Szef policji pierś wysadza
I spod marsa sypiąc skry,
Prężnym krokiem się przechadza...
Co za gracja! Co za władza!
Zajeżdżają futra, fraki,
Lśniące laki, szapoklaki,
Uwijają się tajniaki

Szczęśliwcy, którzy już w Operze, czynią zapewne ostatnie poprawki nienagannych strojów. Strzepują niewidzialne pyłki z mankietów i rozglądają się. Panie szturmują łazienki. Panowie szturmują punkty obserwacyjne. Atmosferę przepełnia żądza i głód fascynujących doznań muzycznych i kulturalnych.

W szatni tłok,
W lustrach - setki,
Potrzaskują
Damskie torebki,
Każda poprawia, każda zerka -
I boty! numerek! bez numerka!
I jeszcze pudrem
I jeszcze usta
I lustra lustrem
I znów do lustra

Są towarzyscy. Poszukują i otrzymują serdeczności. Wymieniają grzeczności. Całują się w policzki i przytulają. Opowiadają o tym, co spotkało ich w roku Tuwima i jak jeszcze niedawno z sentymentem żegnali ten szczególny rok. Nad nimi muzy, Melpomene i Polihymnia, lekko spocone, zacierają ręce z zadowolenia.

I buldogi i terriery
I szynszyle i ordery,
Generały i wikingi,
Admirały i goeringi,
Bambirały, bojarowie (...) 
Ostro gra orkiestra-kiestra,

Z czterech rogów, czterech estrad
Pryska extra bluzgi grzmiące,
Miedzią pluska i mosiądzem
I bac! w blask, w oklaski, brawo,
W- drgawki metalową lawą
I jazz w blask grzmiąc furioso (...)


Koncert Gwiazd to niezapomniane przeżycie kulturalne, zwłaszcza w towarzystwie tak znamienitym, jak dziś wieczorem. Uczestnik nakarmi więc zmysły do syta. Na cały rok, na zaś, na wskroś. Nie samym chlebem wszak żyje adwokat.

Satanella - blasku smuga
I oblana srebrną lamą
Bystrych bioder centryfuga!
...Z satyrycznym erotyzmem
Na tajniaka tajniak mruga. (...)
A tu dalej wrą w zabawie,
I na scenie, rosnąc w blaski,
Wybuchają białe pawie
Ogniomiotem zórz bengalskich,

Niestety, żołądki pozostają cielesne nawet w obliczu najwyższych doświadczeń duchowych. Zmęczeni uczestnicy tego wydarzenia na pewno będą się posilali najwyborniejszymi potrawami, podawanymi w sposób wykwintny. Zaprezentują najwyższej klasy maniery konsumpcyjne. Ściszone rozmowy o co bardziej przejmujących ariach wkomponują się w tło posilania ciał.

Burbon z młodym Rastakowskim
Serpentynę flaków wcina,
Na talerzu Donny Diany
Ryczy wół zamordowany,
Dżawachadze, prync gruziński,
Rwie zębami tyłek świński,
Rozdzierane kaczki wrzeszczą,
Tłuszczem ciekną, w zębach trzeszczą,
A najgorzej przy kawiorze:
Tam - na zabój, tam - na noże,

Po czasie smutnych pożegnań, ostatnich uśmiechów i spojrzeń, uczestnicy Balu wrócą do domów. Nad ich bezpieczeństwem będą czuwali zawsze gotowi, kompetentni i dyskretni funkcjonariusze Policji, którym nieobca jest wyszukana galanteria.

Słowikowski z trzeciej śledczej
Mówi, że mu w żółtych letczej,
Czarne palą jak cholery,
A najgorzej - to lakiery.
Macukiewicz z jedenastki
Patrzy w szpice, widzi gwiazdki:
Dobra pasta, połysk śliczny,
Całkowicie elekstryczny.

I nie ma się co dziwić, że spektakularne wydarzenie, o którym mowa, organizowane jest raz do roku. Ma wszak zaspokoić nieposkromiony apetyt na sztukę i kulturę. Nakarmić wrażliwość tak spragnioną, że wręcz wyczerpaną. Nie będzie więc nadużyciem stwierdzenie, że uczestnictwo w tegorocznym Balu to niezbędny element samorządowej egzystencji każdego świadomego Członka Palestry.

Jeżeli komuś nie udało się w tym roku uczynić zadość tej miłej powinności, może dalej zgłębiać motyw balu w literaturze. Zaraz za Tuwimem polecam Bułhakowa. 
Fragment udanej ekranizacji tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=GDuYlnXWAHk





*gwiazda zdegenerowana powstała w ewolucji gwiazd o dużych masach, podczas wybuchu supernowej lub kolapsu białego karła. Średnica gwiazdy neutronowej to 10-15 km, masa: 1,4 do 2,5 mas Słońca. Łyżeczka materii neutronowej ma masę ok. 6 miliardów ton;
**zbudowana z materii dziwnej. Istnienie materii spekulowane wewnątrz gwiazd neutronowych. Dezintegracja nukleonów do materii kwarkowej i powstaje kwarkowa gwiazda;
***gwałtownie zwiększają jasność w ciągu kilku minut lub godzin. wzrost jasności w całym widmie. Głównie to ciemne czerwone karły, choć mogą nimi być również karły brązowe.