Umieszczenie Artura Szpilki w zakładzie karnym to jeden z większych błędów tutejszego wymiaru sprawiedliwości. Ten chłopak twierdzi wprawdzie, że zaczął grać w szachy, czytać książki, przemyślał parę spraw i zmądrzał, ale doświadczenia te mógł zdobyć pozostając na wolności. Tymczasem został ambasadorem subkultury więziennej i wywiady kończy pozdrowieniami dla wszystkich „git ludzi”, przebywających w zakładach karnych, jego braci. Mówi, że w więzieniu było w porządku, bo trafił na fajnych kolegów, potraktował sprawę plażowo. Nie narzeka.
Jego postawa jest zresztą zrozumiała i chyba jedyna słuszna. Marek Hłasko też pisał niegdyś, że pobyt w więzieniu nie jest niczym złym, jeśli tylko odpowiednio do niego podejść. Trzeba to traktować jak przygodę, a nie jakąś nadmierną uciążliwość, szczególnie kiedy kara nie jest bardzo surowa. Problem pojawia się jednak, kiedy takie podejście zaczyna prezentować większość, a nie tylko literaci i sportowcy.
Jeszcze kilka wygranych walk i pan Artur będzie wzorem dla osiedlowych dzieciaków. Jest silny, pewny siebie, wygrywa i wygląda na fajnego chłopaka. Jego szczególna atencja dla marginesu społecznego i popularyzowanie subkultury więziennej trafią na podatny grunt. Nawet jak ktoś się będzie trochę bał więzienia, to przecież potraktuje je jako naturalny i koniczny etap rozwoju mężczyzny. Dotychczas takie postawy nie były rzadkością, obecnie zyskały potężnego promotora. Ponieważ już kiedyś o podobnych rzeczach pisałem, to chciałbym zapytać ponownie: czy o to walczyliście?