wtorek, 1 września 2015

Wniebowstąpienie 2015





Szedłem w stronę sądu. Raptowny wiatr wtargnął między zgromadzonych pod głównym wejściem rozdawaczy ulotek. Wyrwał jednemu z nich plik kolorowych karteczek i uniósł w stronę policjantów pilnujących pustego parkingu. Karteczki zawirowały wokół psa służbowego, a ten zamerdał przyjaźnie ogonem, jakby dawał do zrozumienia, że cieszy się z możliwości skorzystania z pomocy prawnej w przystępnej cenie. Tymczasem pozbawiony narzędzi pracy rozdawacz rzucił się w pogoń za ulotkami, ale po kilku krokach zwolnił i zatrzymał zniechęcony. Na jego posępnej twarzy malowało się zdumienie pomieszane z satysfakcją, że tak wcześnie wyrobił normę. Zawisł przez chwilę w rozterce, po czym skierował się ku towarzyszom swych codziennych zmagań z rzeczywistością.

Byłem już prawie na schodach i wówczas z ławki od strony stojaka dla rowerów oderwał się mężczyzna o mało imponujących warunkach fizycznych, w wędkarskiej kamizelce. Podbiegł pospiesznie - mam tu dla pana najlepsze rozwiązanie – zaszeptał jakoś nieprzyjemnie i rozglądnął się nieufnie – to jest rozwiązanie ostateczne! To panu pomoże we wszystkich sprawach. Ja znalazłem taki zapomniany przepis procedury karnej, który każdemu sędziemu wywali korki. Pan ich teraz będzie zgniatał! - Przez jego rozgorączkowaną twarz przebiegały delikatne dreszcze, trudno powiedzieć z zimna czy z emocji. Drżał i wpatrywał się we mnie wyczekująco, a mi się wydawało, że już go kiedyś spotkałem. Może zawsze tu siedział, może prowadziłem mu jakąś sprawę, a może był skloszardowanym celebrytą, jakimś niegdysiejszym prezenterem kącika wędkarskiego popularnej telewizji. - ale ja nie wiem, czy mam jakieś sprawy dzisiaj – odpowiedziałem cicho i jednocześnie uświadomiłem sobie, że rzeczywiście nie pamiętam po co przyszedłem do sądu. Szybko ściągnąłem plecak jednak nie było w nim kalendarza, ani żadnych akt. W plątaninie kabli, części komputerowych, nie znalazłem najmniejszej wskazówki. Wtem upadły prezenter zapytał z wyraźną agresją - a rower gdzie!? Fakt, powinien być rower... Zarzuciłem plecak i skierowałem się do wejścia do sądu, odprowadzany jego surowym wzrokiem, jakby to on był fundatorem pojazdu, którego losu nie mogłem chwilowo ustalić.

Na szklanych, rozsuwających się automatycznie drzwiach, jeździł plakat z głoszeniem: „Okręgowa Rada Ławnicza i Stowarzyszenie Prokuratorów zapraszają na wycieczką z okazji Dożynek 2015 na prestiżową, wysoką kondygnację Szkieletora. Opłata 3.20 zł od osoby oraz kaucja 10 zł za kask. Zbiórka o 13.00 pod wejściem do sądu od strony jadalni (tak by być na Szkieletorze w czasie parady)”. To było w jakiś sposób było niepokojące – te dożynki. Nie spodziewałem się żadnej konkretnej pory roku, ale koniec lata był niemiłym zaskoczeniem.

Tymczasem w sądzie tłum ludzi usiłował przejść przez bramki wykrywające niebezpieczne metale i materiały wybuchowe. Ochrona szczegółowo kontrolowała każdego petenta, jednak w kolejce nie okazywano zniecierpliwienia. Ludzie milczeli. W bocznym korytarzu zwijali dmuchane materace i śpiwory koczujący tu, najpewniej całą noc, dziennikarze prasy lokalnej i ogólnopolskiej. Jeden z ochroniarzy skinął porozumiewawczo, że mogę przejść bramką służbową. Kiedy byłem po drugiej stronie, pokazał na ziewających żurnalistów: - czekali całą noc – powiedział ponuro, dając do zrozumienia, że czuwający utrudniali mu życie. Chyba nie wyglądałem na osobę zorientowaną, bo od razu wyjaśnił - na dożynki zatrzymali kogoś bardzo znanego i mają go od razu aresztować i być może skazać. Przez całą noc, równo co godzinę, przychodził rzecznik prokuratury i wygłaszał orędzia. O 11.00 ma podać komunikat dożynkowy i przekazać społeczeństwu najświeższe dane. Jeden kamerzysta mówi, że egzekucja będzie podczas parady – pod koniec ochroniarz nieco się ożywił.

- A Pan ich nie lubi? - sam nie wiem po co zapytałem ochroniarza. - Tych tutaj? - wskazał na koczowników – Ja nie mam nic do gadania. Ale ktoś z dyrekcji zaryglował toalety w całym sądzie i były w nocy awantury. Z urlopu mnie odwołali przez to... Ochroniarz popatrzył melancholijnie na dziewczęta szykujące swe ciała do pokazania telewidzom. Raptem przez służbową bramkę przeszedł mężczyzna niosący togę prokuratora. Popatrzył na mnie z uśmiechem ale ja znowu nie byłem pewien czy się znamy. On odezwał się pierwszy - Niech będzie pochwalony Jezus! Jak Jezus ma jakieś sprawy w odwoławczym, to proszę punktualnie, bo o dwunastej wszyscy idziemy na dożynki! I uciekaj pan stąd, bo znowu będzie skandal.
Trochę mnie to zaskoczyło ale wykonałem coś w rodzaju pozdrowienia ręką w kierunku prokuratora. Ten poszedł  do wind, a do mnie podbiegła dziewczyna w ludowym stroju. - Czekamy na pana – powiedziała z wyrzutem. - Na mnie? - próbowałem ukryć zdziwienie - Proszę za mną – i odwróciła się szybko – pan się spóźnia, a dzisiaj dożynki. Ławnicy mówią, że będzie egzekucja tego zatrzymanego z wczoraj. Kazali pana natychmiast odnaleźć.

Pośpieszyłem więc za nią, łapiąc tylko po drodze togę leżącą obok pochrapującego na ławce adwokata. Weszliśmy na salę. Sędzia, ławnicy, prokurator, policjanci, wszyscy mieli jakiś ludowy element stroju. Na ławie oskarżonych siedział przygnębiony mężczyzna z wiązką kłosów w dłoni. Na stole sędziowskim stał model jakiejś maszyny rolniczej z napisem: skala 1:30. - sąd rozważał właśnie zbadanie całkiem nowego wątku tej sprawy – usłyszałem – ale z okazji dożynek ma dla oskarżonego niespodziankę. Sąd zawiesił głos, a oskarżony zadźwięczał łańcuchami skuwającymi nogi. - Sąd ma zarezerwowane najlepsze miejsca na czas dzisiejszej parady i zaprasza wszystkich. Również obrońcę. Jednocześnie Sąd zwraca uwagę, że w tej sprawie obrona ma charakter obligatoryjny. Wyruszamy natychmiast, bo nasze miejsca są tuż pod platformą szczytową.

W kącie sali dostrzegłem kaski ochronne i ubrana w strój ludowy protokolantka zaczęła je nam rozdawać. Okazało się, że nie mam 10 zł na kaucję, jednak założył za mnie prokurator, więc po chwili szliśmy w asyście uśmiechniętych policjantów w kierunku Szkieletora.

Ruch na ulicach był zamknięty. Wokół ronda maszerowały zespoły ludowe, wykonując ostatnie próby przed paradą. Z jednej ścian Szkieletora oderwał się wielki płat reklamy i łagodnie szybował, uniesiony wczesnojesiennym wiatrem. Na tle burzowych chmur stalowa konstrukcja nie wyglądała zachęcająco ale tłumy mieszkańców stały przed wejściem na teren od lat opuszczonej budowy. - niech mi pan kupi precla – powiedział nagle oskarżony. Już chciałem spełnić jego życzenie, ale powstrzymał mnie ławnik - Na górze jest poczęstunek – odezwał się i gestem dłoni pokazał, żebym nie oddalał się od grupy.

Zaczęliśmy mozolnie wspinać się po schodach konstrukcji. Byliśmy na wysokości litery H, kiedy zobaczyłem, że z całego miasta ściągają pod Szkieletora tysiące mieszkańców. Obsługa rozpoczęła już wpuszczanie mniej honorowych gości i za nami ciągnął się wąż widzów zajmujących niższe kondygnacje. Wszyscy mieli w rękach jakieś sznurki. - Oho, jednak się uporali, będzie egzekucja – powiedział prokurator – rozdają sznurek do snopowiązałek i jak skazaniec będzie leciał, to będzie można go biczować w locie. - A co potem? - zapytał oskarżony. - potem nasz rzecznik odwozi ciało złoczyńcy do kostnicy – wyjaśnił prokurator – maszyną rolniczą ale nie wiem jaką. Próby od tygodnia robili...

Jeden z ławników wyciągnął lornetkę teatralną. Popatrzył w kierunku sądu i stwierdził: - już wszyscy idą. Skazańca też prowadzą - Ławnik puścił lornetkę w obieg. Tylko oskarżony nie był zainteresowany, skupiając się na zajadaniu wymyślnych frykasów przygotowanych dla specjalnych gości. Wzmagał się wiatr i przybywało ciężkich chmur, burza była coraz bliżej.

Tłum pod Szkieletorem zgęstniał. Konwój ze skazańcem też był już blisko. Rzecznik prasowy prokuratury regularnie co kwadrans przekazywał społeczeństwu komunikaty, transmitowane na żywo przez wszystkie stacje radiowe i telewizyjne. Wszystkie kondygnacje Szkieletora były już zapełnione ludźmi. Zobaczyłem mężczyznę, w wędkarskiej kamizelce, znajomego prokuratora, ochroniarza, policjantów, a nawet psa służbowego, który zaczął wdrapywać się po schodach na czele pochodu ze skazańcem. - Nie skandują – szepnął ławnik – jest dyscyplina i nie skandują. - dlaczego nie skandują? - zapytałem go cicho, chociaż nie wiedziałem co mają skandować. - za długa droga – odpowiedział – dopiero jak będzie na ostatniej platformie, to otrzymamy znak do skandowania i rozwinięcia transparentów.
Teraz zauważyłem, że wszyscy zgromadzeni mają zrolowane transparenty. Tylko tancerze zespołów ludowych, którzy zaczęli już na dole występy, ich nie mieli. Dolatująca na ostatnie piętra skoczna muzyka nie zachęciła skazańca do żwawego poruszania się. W końcu jednak mogliśmy zobaczyć jak mija naszą kondygnację. Szedł spokojnie. Rzeczywiście był chyba znany, w każdym razie mi wydawał się znajomy. Z boku nadleciał helikopter jakiejś stacji telewizyjnej i podążający wraz z konwojem rzecznik prasowy prokuratury przekazał najnowsze, dożynkowe informacje o sprawie.


Do szczytu zostało już tylko kilka schodów. Skazaniec pokonywał je w pierwszych kroplach deszczu. Załopotały transparenty.  

sobota, 15 sierpnia 2015

To się wcale nie wydarzyło.


Teatrzyk Bury Kot przedstawia:

Żul w prokuraturze - tragedia w trzech aktach



Akt pierwszy

Noc, gwiaździste niebo. Lekki wiatr rozprowadza w powietrzu zapach żula.
Dwóch mężczyzn stoi na ciasnym balkonie. Dyskutują .

Mężczyzna 1:    Chciało by się coś zarobić, byle by się nie narobić...
Mężczyzna 2:    Spółki, fuzje, kapitały, tu jest nasz majątek cały,
   Bo na ziemi leży złoto, trzeba tylko sięgnąć po to.
Mężczyzna 1:    Tylko jak?
Mężczyzna 2:    Ano tak...

Rozmawiają przyciszonym głosem.


Akt drugi

Biały dzień. Pusta ulica na przedmieściach. Mieszają się ze sobą zapachy lata i żula.
Żul chwiejnym krokiem przemierza chodnik. Podjeżdża sportowe auto. Szyba uchyla się.

Głos z samochodu:         Nie chciałby Pan co zarobić?
Żul:                                 Co będę miał za to zrobić?
Głos z samochodu:         Prosty biznes, sprawa czysta,
                                       kasa zaś jest oczywista. 

Żul wsiada do samochodu. Auto odjeżdża z piskiem opon. Jedzie dłuższą chwilę. Zatrzymuje się w ustronnym miejscu.

Głos z samochodu:         Masz pan tu krawat, koszulę i spodnie.
                                        Elegancko i wygodnie. 
Żul (po głowie wciąż się drapie): Proszę Pana, dalej capię!
Głos z samochodu:         To perfumy pierwsza klasa,
     Już nie będzie czuć brudasa. 
     Teraz migiem do rejenta,
     żeby nikt nie zapamiętał!


Akt trzeci

Prokuratura. Ciemny, duszny pokój. Na podłodze rozłożone akta, na biurku papiery, niedopite kawy, przepełniona popielniczka. Zmęczony prokurator myśli o przeszłości.
W asyście policji wchodzi żul.

Prokurator:          Pouczam Pana, prawda jest święta,
    jeśli ktoś kłamie, to popamięta.
    Nikczemny kryminał, przebrzydłe dranie, 
    pieniędzy pranie!
    W najlepszym zezna pan interesie, 
    co mu wiadomo o tym biznesie. 
Żul:                     Eeee.... Wszak ja prezes!
    To wygody! Blichtr! Luksusy! Samochody!
    Dam dowody. Oto sygnet. 
Prokurator:         Dwa na pięć.
Żul:                     Mówić mam chęć. 

Słychać miarowy stukot klawiatury.
Skupiony prokurator dyskretnie się uśmiecha. Zadaje pytania, okazuje zdjęcia.
Na chwilę zapomina o przeszłości.
Słodkawy zapach żula z czasem wypełnia duszny pokój.




[KC, AD, sierpień 2015]

piątek, 14 sierpnia 2015

nuż w bżuhu

Zdarzają się praktycy i naukowcy, którzy myślą, że w obecnie obowiązującym kodeksie postępowania karnego ustawodawca zapisał zasadę prawdy materialnej. To przejaw ignorancji, zaniedbań w zakresie samokształcenia i intelektualnej gnuśności.

Wyjawienie prawdy należy poprzedzić przywołaniem ducha radykalnych demaskatorów, bojowników o nowy ład, nową sztukę, społeczną świadomość. Patronami tego tekstu niech będą zatem Tadeusz Peiper (bratanek tak dobrze znanego komentatora Leona), Anatol Stern oraz Bruno Jasieński. Kilka poniższych uwag powstało pod wpływem wymiany zdań pod jednym z wcześniejszych tekstów oraz odezwy Sterna i Jasieńskiego z 2 jednodńuwki futurystuw: „dźgnięte nożem w bżuh ospałe bydlę sztuki polskiej zaczęło ryczeć (…) obywatele pomużće nam zedżeć z was wasze znoszone od codziennego użytku skury. (…) czerwony sztandar oddawna już stał śę w polsce czerwoną hustką do nosa. demokraci wywieśće sztandary ze słowami naszych szwajcarskih pszujaćuł: hcemy szczać we wszystkih kolorah” (nuż w bżuhu. 2 jednodńuwka futurystuw. krakuw warszawa listopad 1921)


Dźgając Państwa w dobrze odżywione adwokackie, prokuratorskie, sędziowskie, profesorskie i asystenckie brzuchy informuję zatem, że w obecnie obowiązującym kodeksie postępowania karnego nie zapisano zasady „prawdy materialnej”. Nie posłużono się bowiem pojęciem prawdy w znaczeniu klasycznym, opracowanym przez Arystotelesa: veritas est adaequatio conformitas intellectus et rei (zakładam, że prawda „materialna”, to ta o której pisał wspominany uczony, zresztą wskazują na to również autorzy podręczników do procesu karnego – np. R. Kmiecik, E. Skrętowicz). Gdyby tak uczyniono, to moglibyśmy śmiało powiedzieć, że twórcy mojego ulubionego aktu prawnego to kompletni idioci i ignoranci. Wszak od tysięcy lat ludzkość  stara się uporać mankamentami nauki o prawdzie w ujęciu Filozofa (tu warto zaznaczyć, że w Corpus Aristotelicum znajdujemy trzy rodzaje prawdy, o czym dowiedziałem się z artykułu pana Waldemara Gontarskiego). Nie sposób więc zakładać, że Wielcy Piszący nie słyszeli nazwisk: Bacon, Berkeley, Hume, Leibnitz, Kant, Schleiermacher, Husserl, Tarski, itd. Nie mogli więc, jak sugerują to niektórzy uczeni i praktykujący na niwie Ukochanego Aktu, odnosić się do definicji prawdy z wykopalisk. Byłoby to groteskowe i niepoważne, a zatem w art. 2 par. 2 kpk zapisali, że podstawą rozstrzygnięcia powinny być prawdziwe ustalenia faktyczne. Nie ma mowy o prawdzie materialnej, bo Twórcy wiedzieli jak skompromitowane, nieostre i poddane wielowiekowej krytyce jest to pojęcie w ujęciu klasycznym (na które to ujęcie wskazuje określenie „materialna”). Jest oczywiste, że mieli na myśli prawdę wynikającą z dowodów i stanowiska stron.

W regułach wykładni językowej, systemowej i funkcjonalnej próżno szukać argumentów za przyjęciem, że polski kodeks postępowania karnego stoi na gruncie zasady prawdy materialnej. Wszak nie ma legalnej definicji pojęcia użytego w art. 2 par. 2 kpk, a odwołując się do języka potocznego nie możemy – co należy powtórzyć – sięgać do znaczenia aktualnego 2300 lat temu. Nie możemy też przekreślać tych dwóch tysięcy lat pracy filozofów, którym nie udało się dopracować koncepcji prawdy materialnej, natomiast udało im się ją zweryfikować negatywnie. Wiara w prawdę materialną podobna jest przekonaniu o skuteczności środka dowodowego w postaci tortur.

Należy przy okazji dodać, że niczego nie ma o prawdzie materialnej w Konstytucji. Inaczej twierdzą autorzy B. Nita i A. Światłowski (PiP 1/2012, s. 33 i nast.) jednak wychodzą oni z błędnego, barbarzyńskiego założenia, że ustawodawca nie przekroczył intelektualnie Średniowiecza i w Ukochanej Ustawie korzysta z wydobytego z gruzowisk i zgliszcz pojęcia prawdy materialnej. W art. 45 Konstytucji jest mowa o sprawiedliwym rozpatrzeniu sprawy, co obliguje organ do wsparcia orzeczenia na wszystkich, prawidłowo przeprowadzonych i rzetelnie ocenionych dowodach. Tylko tyle, jednak więcej nie trzeba.

Jeśli prawidłowo odczytać pojęcie prawdy z art. 2 par. 2 kpk, to nie ma potrzeby stawiania tezy o rzekomych odstępstwach od zasady wsparcia orzeczenia na prawdziwych ustaleniach faktycznych, w przypadku konieczności skorzystania z fikcji procesowej narzuconej art. 5 par 2 kpk, czy też zastosowaniem trybów konsensualnych. W takim wypadku, w myśl zasad sprawiedliwości proceduralnej, prawda pozostaje prawdą, wynikającą z dowodów i oświadczeń stron. Orzeczenie, jakkolwiek być może oparte na ustaleniach niezgodnych z tym co rzeczywiście się wydarzyło, wynika jednak z prawdziwych ustaleń faktycznych. Prawdziwych w rozumieniu art. 2 par. 2 kpk, bo zgodnych z tym co się udało udowodnić.


Proszę teraz chodzić z nożem w bżuhu. hociaż pszecież codzienność to prawda dowoduw, nie materialna, ona tylko w muzgach ignorantuw.  

piątek, 24 lipca 2015

Niech wygra Jan

Bardzo chciałbym, żeby nowym dyrektorem Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie został pan Jan T. Lokalna prasa próbuje wywierać presję na komisję konkursową akcentując fakt, iż kandydat występuje w niewdzięcznej roli oskarżonego w dwunastu procesach karnych, przy czym niektóre z nich trwają od wielu lat. Ma to rzekomo wykluczać możliwość pełnienia funkcji dyrektora ZIKiTu.


Kandydata nie znam. Widziałem go zaledwie kilka razy. Nie wiem czy jest dobrym organizatorem, czy krzyczy, czy domaga się, czy lubi rybę. Jego zwycięstwo będzie jednak miało znaczenie zasadnicze. Jeśli bowiem od wielu lat, my – społeczność prawników tego miasta, nie potrafiliśmy tak wszystkiego zorganizować, by przesądzić czy pan Jan T. jest winny, czy niewinny, to komisja konkursowa jest uprawniona do pokazania, że ma do nas taki stosunek jaki poeta Bursa miał do małych miasteczek. My tego potrzebujemy.  

wtorek, 14 lipca 2015

Kapitulacja

Wybitny poeta rosyjski Niekrasow czynił w życiu wszystko to, co potępiał w swoich utworach. Poeta „ludu, żalu i pomsty” był jednocześnie zapalonym myśliwym, obżartuchem i nie stronił od luksusu. Majątek zrobił na wierszach i grze w karty, chociaż trzeba pamiętać, że z biedy wyciągnął go niejaki Panajew. Po pewnym czasie Niekrasow przejął dom dobroczyńcy, czasopismo i małżonkę (tak przynajmniej opisał to S. Mackiewicz w „Dostojewskim”).

Poeta Niekrasow to była postać heroiczna. Niełatwo bowiem zachować konsekwencję w prezentowaniu postawy niespójnej. Przez ostatnie 10 lat głosiłem pogląd, zgodnie z którym jakakolwiek edukacja prawnicza pozbawiona jest sensu, a jednocześnie byłem w różne formy w tej edukacji zaangażowany. Co gorsze stałem na stanowisku, że do wykonywania zawodu sędziego czy adwokata wystarczy ukończenie szkoły podstawowej ale zarazem oczekiwałem, że współtowarzysze aplikanci będą wnikliwie czytali czasopisma, orzecznictwo i komentarze. Te doświadczenia zmuszają do uznania wielkości i wyjątkowości poety Niekrasowa. Osoba pozbawiona szczególnych cech, jakimi dysponował ten zręczny literat, musi w końcu skapitulować. Konsekwentnie trzeba więc powiedzieć: precz z edukacją (nawet jeśli miałoby się okazać, że powodem przyjęcia tego poglądu jest zbyt częste w dzieciństwie, wykorzystywanie radiomagnetofonu marki Grunding do odtwarzania kasety, której wkładkę pomalowano długopisem w cegiełki).

W ostatnim tchnieniu niekonsekwencji muszę przyznać, że nieznaczny udział w działaniach jednej z poradni prawnych (dla dobra tej poradni nie można pozwolić na jej identyfikację) był aktywnością ekscytującą. Ta przygoda zapewniała pełne spektrum doznań duchowych i naukowych z wygodnej pozycji recenzenta cudzej pracy. Trzeba być jednak człowiekiem młodym i pełnym entuzjazmu, by unieść ciężar zespołu zdarzeń prowokowanego relacją pomiędzy klientem, a studentem. Zmęczenie i zmiana kategorii wiekowej wyklucza z grona akuszerów młodej myśli prawniczej, szczególnie kiedy dochodzi się do przekonania, że albo student wszystko potrafi od razu albo niczego nigdy się nie nauczy. Teraz niech tracą wiarę młodsi, piękniejsi.


Przez ostatni rok trwałem jeszcze przy okazjonalnym prowadzeniu zajęć dla aplikantów. Miało to istotny wymiar finansowy (bo kredyty, pożyczki, alimenty). Jestem wdzięczny za zaangażowanie mnie do tej roboty, jednak dalej nie mogę. Wszystko niszczą obowiązkowe zajęcia, podpisywanie listy, brak wspólnego kodu kulturowego, brak umiejętności wzbudzenia entuzjazmu grupy (i inne okoliczności poboczne). Dodatkowo w tym sezonie doszedłem do przekonania, że pierwszy rok aplikacji adwokackiej powinien sprowadzać się do uczestnictwa w zajęciach teatralnych, zakończonych egzaminacyjnym przedstawieniem Kopciuszka, czy Królewny Śnieżki. Wielu albo się wstydzi albo są wielkimi prawnikami, więc takie kółko teatralne być może jeszcze by pomogło, ale na pewno nie warsztaty z pisania apelacji. Te jeszcze nikogo nie uratowały. 

wtorek, 30 czerwca 2015

Ta wojna się nigdy nie skończy

Opowiem wam inną przygodę, dziwniejszą. Wcale nie o tym, że Państwo złe, że porażka, nieszczęście, pokrzywdzenie, że przysyłają telewizję, która kłamie. 

Trzy lata temu czytelnik zaproponował złożenie skargi do ETPCZ. Trzeba to podkreślić, że wyłącznie z inspiracji tego czytelnika pismo zostało sporządzone, sam nigdy bym tego nie wymyślił. Chodziło o przetrzymywanie nieletnich w schroniskach bez orzeczenia sądu. Ten stary tekst można przeczytać tutaj. Skargę poparła Helsińska Fundacja Praw Człowieka, rząd co do zasady nie polemizował. Stanowisko ludzi władzy było o tyle zaskakujące, że kiedy dzwoniłem do schronisk dla nieletnich i pisałem do sądu, że nie można więzić dzieci bez stosownego orzeczenia, to moje wywody budziły zdumienie. Nawet Rzecznik Praw Dziecka nie podjął jakiś energicznych działań. Dla wszystkich było oczywiste, że jak sprawa prowadzona jest w postępowaniu poprawczym, to automatycznie przedłuża się pozbawienie wolności ponad 3 miesiące, pomimo tego, że sąd nie wydał żadnego postanowienia. Mówiąc inaczej byłem dla nich człowiekiem z kosmosu.

Z perspektywy czasu trudno uwierzyć, że to się działo naprawdę i trzeba było pisać do jakiegoś odległego miasta w obcym państwie, żeby ktoś dostrzegł bezprawną praktykę sądów i schronisk (na pewno dwóch, nie sprawdzałem jak działają inne).  

Dzisiaj Europejski Trybunał Spraw Człowieka skargę uwzględnił, stwierdził naruszenie art. 5 par. 1 Konwencji, art. 5 Par. 4 Konwencji i zasądził 5000 Euro zadośćuczynienia. Wyrok dostępny tutaj:  http://hudoc.echr.coe.int/sites/eng/Pages/search.aspx#{"itemid":["001-155716"]}  Numer sprawy 57722/12. 



W kolejce czekają sprawy stosowania aresztu pomimo prowadzenia postępowania z naruszeniem naczelnych zasad procesu karnego, czy brak możliwości sporządzenia apelacji w zakresie dotyczącym materiałów niejawnych.  Być może też trzeba szybko pisać skargi. Wszak powiada Jakub Biłuński: ta wojna się nigdy nie skończy. 



niedziela, 28 czerwca 2015

Rozbijemy zabawę

W reżimowych mediach dużo o zmianach w procedurze karnej. Za pisanie o małym przewrocie w prawie materialnym gorzej pewnie płacą, albo badania dowodzą, że o tym trzeba tylko trochę. Nadto złowróżbnie milczy prokurator Jacek Skała (odnotowaliśmy jedynie krytykę zmiany okresu przedawnienia, ale to chyba najmniej istotna modyfikacja), a przecież i oskarżycielom może być trudniej i przestępcom, z powodu niektórych nowości, łatwiej. Póki co nie ma więc komu naciskać magnatów prasowych, by wydali stosowne dyspozycje swym bezwzględnym reporterom i redaktorom.

Piszą tymczasem o rewolucji w procesie. Nie dostrzegają, że większy ferment od ustawodawcy zrobili ostatnio wspaniali obrońcy Romana Polańskiego przekonując sąd do przeprowadzenia dowodu z filmu. Z nieznanych przyczyn to osiągnięcie nie przyćmiło produktu w postaci dwóch nowelizacji procedury karnej. To fatalnie. Przecież ustawodawca nie zmienił art. 2 par. 2 kpk, art. 79 par. 1 kpk, zaś w art. 167 par. 1 kpk dopuścił inicjatywę dowodową sądu w „wyjątkowych wypadkach”. Te „wyjątkowe wypadki” będą zachodziły równie często jak dotychczas przytrafiały się „szczególne okoliczności”, o których mowa w art. 263 par. 2 kpk, czyli zawsze. Coś tam się zmienia, ale zasadniczo nie sposób dociec skąd reklama tej fasady. Z perspektywy obrońcy będzie dokładnie tak jak było: o przebiegu rozprawy i prowadzonych dowodach decyduje sędzia. Wnioski dowodowe i tak się zawsze składało, a nie jest chyba jakimś kopernikańskim przewrotem przeniesienie ciężaru odczytywania zeznań i wyjaśnień na strony. Jakkolwiek zmiana ta wymusza przygotowanie do rozprawy i spowoduje niechybnie wiele ciekawych układów procesowych, na kanwie których będzie można konstruować niebanalne zarzuty w środkach odwoławczych, ale to raczej powinna być pożywka dla koneserów, nie redaktorów.

Lękając się kolejnych donosów chcę jednak robić to co robi prasa reżimowa. Nie sposób przepisywać te inspirujące teksty, więc by wszyscy byli zadowoleni nie napiszę o istotnych zmianach w kodeksie karnym, a o tym co się nie zmieniło, bo część niezmieniona jest bardzo dobra. W niej właśnie przetrwała instytucja występku o charakterze chuligańskim i wszyscy powinniśmy się cieszyć, że nadal będzie można z niej korzystać. Warto przy tym odnotować, że Trybunał Konstytucyjny wykazał należytą czujność i orzekł w dniu 9 czerwca 2015 o zgodności z konstytucją art. 115 par. 21 k.k.

Pod wpływem tego wzruszającego orzeczenia i lektury znowelizowanego kodeksu karnego (bardzo dobra kombinacja art. 57a, 69 par. 4 i 69 par. 1) muszę dokonać jeszcze jednego aktu ekspiacji i samokrytyki (tekst „Wybranka” nie zadośćuczynił wszystkim wyrządzonym społeczeństwu krzywdom). Otóż pomimo zdolności prekognicyjnych przez lata uważałem reżysera Romana Polańskiego za postać, która odegra zasadniczą rolę dla prawa karnego materialnego, nie zaś procesowego. Wydawało mi się bowiem, że etiuda „Rozbijemy zabawę”, w miarę rozwoju techniki, zastąpi art. 115 par. 21 k.k., bowiem – jak błędnie uważałem – ukazywała istotę występku o charakterze chuligańskim. Miałem nadzieję, że kodeks przyszłości, zamiast opisywać definicję, będzie wyświetlał czytelnikowi ten film i sąd pod jego wpływem będzie decydował o stosowaniu art. 57a k.k. Takie rozwiązanie legislacyjne uważałem za równie precyzyjne jak obecne, a jednak znacznie ciekawsze i być może skutkujące ograniczeniem sędziowskich rozterek. Problem w tym, że po dwudziestu blisko latach ponownie obejrzałem „Rozbijemy zabawę” i nie dostrzegłem tam żadnych chuliganów, którzy bez powodu leją uczestników balu. Oni mają powód niezwykle ważki.

Myliłem się zatem po dwakroć, jednak teraz już wiem:

  1. Film nie opowiada o występku chuligańskim
  2. Obecna definicja w art. 115 par. 21 k.k. jest bardzo dobra.



Ja Państwu takich pomyłek nie życzę.  



p.s. Dzisiaj w Dzienniku Gazecie Prawnej jest ten tekst: http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/879992,zmiany-w-kpk-2015-dowod-sluzb-wyeliminowany-z-procesu.html. Teraz już wiadomo dlaczego w gazetach nie piszą o zmianach w k.k. 
Bohaterom tekstu i autorowi należy się najwyższe uznanie za koncepcję zakładającą, że jeśli w art. 1 k.k. nie ma mowy o kontratypach, to takie zachowania (kontratypowe) stanowią przestępstwo z perspektywy stosowania art. 168a kpk.  Tym wytrawnym egzegetom nigdy nie dorównamy. Zawsze uważałem, że czytając komentarze, a co gorsza próbując myśleć, grzęźniemy w ślepej uliczce.